stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog > Komentarze do wpisu
Festiwal Sztuka Ulicy 2010
Warszawskie Bielany nie rozpieszczają przesadnie swoich mieszkańców bogactwem oferty kulturalnej. Na skwerku obok stacji metra Słodowiec występują zazwyczaj cyrkowcy albo tak wybitni artyści, jak na przykład Golec Orkiestra. Nie spodziewałam się zatem wielu uniesień po spektaklu Ginkgo w wykonaniu frankfurckiej grupy Antagon, ale z przyjemnością donoszę, że pomyliłam się zupełnie.

"To przedstawienie o zrzuceniu bomby na Hiroshimę" - tyle było mi wiadomo, kiedy 2 lipca usiadłam w tłumie podgryzanych przez komarzyce warszawiaków przed wysoką sceną postawioną na środku wspomnianego wyżej skweru. Jak wybornie zostałam zaskoczona wyrazistością obrazów, muzyki, gry aktorskiej; słowem - wysokim poziomem spektaklu. Towarzyszyło mi przyjemne odczucie obcowania z profesjonalistami, wiecie jak to jest - wychodzą na scenę aktorzy i wszystko mają takie dograne, dopracowane, zsynchronizowane, widać, że nie zabrali się za przygotowywanie swojej pracy ledwie przedwczoraj. Dopiero później dowiedziałam się (niech żyje Facebook), że Antagon był jednym z zespołów, obok opisanej niżej grupy
Plasticiens Volants, nad zaproszeniem którego na Festiwal Sztuka Ulicy organizatorzy trudzili się przez kilka lat, czym zresztą zaskarbili sobie ogromną wdzięczność chociażby niżej podpisanej.

Cyklicznie marudzę na blogu, że moja pamięć i wrażliwość przypominają siatkę o coraz większych oczkach i że spora część moich kontaktów z tak zwaną sztuką przypomina łapanie drobnych rybek w sieć rybacką przeznaczoną do łowienia grubszego zwierza - mało która rybka zaplącze się w tę sieć na tyle skutecznie, żebym mogła ją zatrzymać i choć przez chwilę się nią nacieszyć. Spektakl o Hiroshimie okazał się, żeby trzymać się rybołówczej metafory, rybą pokaźnych rozmiarów, w dodatku dość drapieżną, dzięki czemu mogłam doświadczyć radości z
uczestniczenia w czymś tak po prostu dobrym, i zachować na dłużej wrażenia z lipcowej nocy.

Co się wydarzyło w Hiroshimie, wie prawdopodobnie każdy z czytelników tego bloga, więc oszczędzę sobie przytaczania tej potwornej historii. Obrazy z Ginkgo wracają do mnie raz po raz. Paradujący w eleganckich mundurkach uśmiechnięci sztywno panowie i panie, poruszający się w rytm marszowej muzyki. Ci sami panowie i panie po wybuchu w postrzępionych ubraniach, ze startymi z obliczy uśmiechami, ogłupiali, przerażeni, zagubieni. Postacie na szczudłach, w białych kombinezonach i maskach przeciwgazowych, biegający wśród publiczności, która ruszyła z miejsc w panice, próbując uciec przed gryzącym dymem. Te same figury, już bez szczudeł, wykrwawiające się od środka - zastosowano prosty acz wymowny trick z wyciąganiem postrzępionych czerwonych sznurów z umocowanych na brzuchach pudełek). Suche, powykręcane, chore drzewko - tytułowe ginkgo - usiłujące się odrodzić i przywrócić życie na skażonym terenie. Nieśmiało uradowane matki w ciąży, których pęczniejące łona dają nadzieję na powrót do normalności, do szczęśliwej codzienności. Ich przerażenie, kiedy dzieci okazują się zdeformowane, brzydkie, potworne. Przejmujący obraz trudnych narodzin i próby stanięcia na nogi po masakrze - z góry sceny w wielkim przezroczystym worku zjeżdża kobieta, zwinięta w pozycji embrionu. Próbuje przebić worek rękami, siłuje się z nim, w końcu osiąga cel - na scenę chlusta woda i na świecie pojawia się nowy, nieporadny człowiek. Długo będzie tańczyć w powietrzu, niezdarna, przypięta nad deskami sceny, zanim pokona słabości swego ciała i ruszy dalej - w życie.

Moim wielkim faworytem wieczoru został bębniarz i gitarzysta w jednej (dodam, że urodziwej) osobie. Występował na uboczu, na platformie umieszczonej wysoko nad ziemią, przez większość czasu zwrócony w stronę swych ukochanych (to się czuło!) bębnów, tyłem do publiczności (która nie miała nic przeciwko, bo z tej strony bębniarz również prezentował się uroczo). Jego wizualne zalety to nic w porównaniu z pasją i miłością do wykonywanej pracy. Boże, jak on grał! Z jakim zaangażowaniem, werwą, energią, z całkowitym oddaniem się melodii i rytmowi! Jeśli nie zapamiętałam pewnych fragmentów sztuki, a pewne jest, że kilka skrawków mi umknęło, to przyczyna tej niepamięci tkwiła kilka metrów nad ziemią - trudno było oderwać wzrok od człowieka tak bardzo przejętego swoją pracą, tak ewidentnie przezeń uwielbianą.











6 lipca miał miejsce finał Festiwalu. Z niepokojem obserwowaliśmy pogarszającą się pogodę i komunikaty na FB - istniała bowiem możliwość, że w przypadku obfitego deszczu aktorzy nie wystąpią. Aura okazała jednak swą łaskę i pozwoliła zebranej w Parku Agrykola publice przenieść się do podwodnego świata wykreowanego przez
Plasticiens Volants w spektaklu Perła. Cieszyłam się nim jak dziecko. W rytm pięknej, relaksującej i orzeźwiającej jednocześnie muzyki Philippe'a Bonneta mogliśmy oglądać świat z perspektywy dna morza. Nad głowami widowni unosiły się ogromne morskie zwierzęta - wieloryb, małż, ośmiornica, ryby; wśród widzów przemykały walczące ze sobą koniki morskie. A my staliśmy tam, urzeczeni, i jak glony poruszane przez przepływające zwierzęta, goniliśmy za wielkimi figurami, próbując dotknąć ich choć przez chwilę.










czwartek, 09 września 2010, agawa79

Polecane wpisy

  • Dzień Walentego - Teatr Powszechny

    Lista powodów, dla których kocham Iwana Wyrypajewa, jest długa. Najbardziej kocham go za "Lipiec". Potem za twórcze wykorzystanie Gruszki. A następnie

  • Teatr Lalka - Buratino i nie tylko

    Moi drodzy, jeśli jesteście na Facebooku i jeśli bliska jest Wam idea wprowadzania dzieci w świat dobrego teatru, to bardzo proszę o zajrzenie na stronę Teatru

  • Poszła kosmitka na 6. piętro i co z tego wynikło

    Zrządzenie losu zawlokło mnie wczoraj na szóste piętro Pałacu Kultury, wprost w komercyjne objęcia spektaklu "Zagraj to jeszcze raz, Sam" Allena. Głów

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: