stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Blog > Komentarze do wpisu
Święto wiosny. Święto wiosny. Święto wiosny.
Na początku była muzyka. W 1913 roku Igor Fiodorowicz (prawnik z wykształcenia, syn śpiewaka operowego) przysunął fortepian do ściany i pracował od rana do nocy, na okrągło. Na drzwiach napisał: "To tutaj komponuję Święto wiosny. Igor Strawiński". Kiedy tak sobie siedział i w pocie czoła komponował, spod palców zaczęły wymykać mu się nowe akordy - całkiem nowy, z nowymi akcentami, które stały się fundamentem całości. Kiedy skończył pracę nad Świętem, zagrał je Siergiejowi Diagilewowi, którego zespół The Ballet Russes miał zatańczyć do nowej muzyki. Diagilew był dość zaskoczony. Nie chciał obrazić Strawińskiego, ale zadał mu jedno pytanie, które jednak Strawińskiego uraziło: "Czy to potrwa bardzo długo?" Na co Strawiński odparł: "Do samego końca, mój drogi". Zapadła cisza, bo Diaghilew zrozumiał, że odpowiedź była jak najbardziej serio. Tak się odbyły niełatwe narodziny muzyki współczesnej XX w.

Historię tę opowiada tu uroczo sam Strawiński:



Teatr Wielki pokazuje jednego wieczoru trzy różne inscenizacje "Święta wiosny", każdą z innej epoki (oraz bajki): zrekonstruowaną choreografię Wacława Niżyńskiego, stosunkowo świeżą, bo powstałą w 2004 r., choreografię Emanuela Gata oraz przypomnienie choreografii Maurice'a Bejarta z 1959 r.

Pierwszą - i od razu szokującą - choreografią do - również szokującej! - wówczas muzyki ułożył Wacław Niżyński, prekursor wielu powszechnych dziś w tańcu zjawisk (czyli to, na co sto lat temu widownia reagowała gniewem, gwizdami i nawet opuszczaniem budynku teatru, widownia dzisiejsza przyjmuje z zachwytem na kolanach). Pomysł na to, że balet ten ma opowiadać o dziewczynie, składanej wiosną w ofierze, zaszczepił w głowie Niżyńskiego Nikołaj Roerich, spec od dawnych słowiańskich rytuałów. Owa pierwsza inscenizacja przedstawiała właśnie sceny z obrzędów dawnej Rosji. Co było niezwykłe i szokujące, jak na początek XX w., to fakt, że Niżyński potraktował każdego tancerza zespołu, jak solistę (co oznacza, że na scenie można odnieść wrażenie, że każdy tancerz sobie rzepkę skrobie i nadweręża). I pomyśleć, że choreograficzne poodrywanie członków zespołu stanowiło dla niektórych ówcześnie niemalże obrazę...

Millicent Hodson, amerykańska choreograf, i Kenneth Archer, brytyjski scenograf, połączyli siły mrówcze i benedyktyńskie, aby odtworzyć jak najwierniej pierwotną choreografię Niżyńskiego. To bowiem, co oglądamy na scenie, zdecydowanie bardziej jest rekonstrukcją zdarzeń, niczym w 997, a nie zapisem oryginalnego przestępstwa. Aby złożyć w całość obraz "pogańskiej Rusi w dwóch aktach", trzeba było przekopać się przez różnorodne źródła wiedzy o przedstawieniu takim, jakie było ono w roku 1913: notatki Strawińskiego, Marie Rambert (asystentki Niżyńskiego przy Święcie), bezcenne dla utrwalenia informacji o balecie prace krytyczne czy rysunki Valentine Gross, rysowane z poświęceniem w ciemnym teatrze.

Choreografia Niżyńskiego nie zestarzała się wcale, choć dziś już nikt go nie wygwiżdże, nie wyjdzie z teatru oburzony profanacją klasycznej sztuki tańca. Kostiumy natomiast mają długą (w dodatku doklejoną) brodę. O ile szczerze podziwiam pracę nad odtworzeniem strojów, z których każdy jest dziełem sztuki samym w sobie, o tyle estetyka dosłowności ludowych jest dzisiaj przede wszystkim pocieszna. Zachwyca mnie wysiłek włożony przez artystów w dokopanie się do oryginalnej wizualizacji; sam efekt już zdecydowanie mniej. Te wiechcie na głowach, wymalowane na policzkach czerrrrrwone rumieńce, trochę toporne stroje niedźwiedzi... Nie, taka dosłowność trąci mi naftaliną, choć z drugiej strony nie do przecenienia jest poczucie, że wsiadło się w wehikuł czasu i wylądowało na początku XX w; że można podejrzeć kawałek rzeczywistości, której nikt z żyjących już nie pamięta.



Dla kontrastu, kolejna inscenizacja Święta wiosny, autorstwa Emanuela Gata, elektryzuje minimalizmem formy, wysmakowaniem estetycznym i udanym mariażem klasycznego tańca baletowego z... z salsą. Można sobie ustawiać oko i w zależności od kąta patrzenia widzieć raz balet, raz salsę. Co kto lubi. Tancerzy na scenie jest tylko pięcioro: dwóch mężczyzn i trzy kobiety. Panowie tańczą w czarnych koszulach i spodniach, panie mają na sobie krótkie czarne sukienki. Kiedy zalewa ich czerwone światło, można stracić oczy z wizualnej uciechy. Tancerze wciąż splatają się ze sobą i rozłączają, zamieniają miejscami, trącają biodrami. Iskrzą. Jak mówi sam Gat, w jego inscenizacjach brakuje konkretnej historii, woli on grać emocjami, niż konkretną narracją. Składa widzowi propozycję, którą widz odbiera jak chce, w zależności od tego, kim jest i co mu aktualnie siedzi w duszy.



Autorem ostatniej inscenizacji jest Maurice Bejart. Miał w zespole niewielu tancerzy, więc zaprosił do współpracy artystów z innych zespołów. Choreografię ułożył w ciągu zaledwie trzech tygodni, w co trudno uwierzyć, kiedy ogląda się na scenie jakieś pół setki osób. Dla Bejarta tematem Święta Wiosny  jest energia życiowa, budzenie się świata do życia na wiosnę. Tancerze budzą się do tańca z trudem, ale potem drzemiąca w nich energia wybucha potem z całą siłą. Mam wielką słabość do scen zbiorowych, gdzie kilkudziesięciu tancerzy tak sobie równiutko i bez zadyszki pomyka po scenie. 



Gdyby się ktoś obawiał, że znuży go trzykrotne wysłuchanie tego samego utworu pod rząd, pragnę uspokoić - nie znuży; zobaczycie trzy zupełnie różne spektakle.

A kiedy teraz do Was pisałam, to w słuchawkach brzmiało mi Święto Wiosny zagrane przez pianistę Marka Tomaszewskiego. Okazuje się, że można to zagrać bez ukochanych przez Strawińskiego instrumentów dętych, a utwór nic na tym nie straci.

Na koniec pożyczam ze strony Teatru Wielkiego kilka zdjęć na zachętę:











niedziela, 11 marca 2012, agawa79

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: