stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
niedziela, 11 marca 2012
Święto wiosny. Święto wiosny. Święto wiosny.
Na początku była muzyka. W 1913 roku Igor Fiodorowicz (prawnik z wykształcenia, syn śpiewaka operowego) przysunął fortepian do ściany i pracował od rana do nocy, na okrągło. Na drzwiach napisał: "To tutaj komponuję Święto wiosny. Igor Strawiński". Kiedy tak sobie siedział i w pocie czoła komponował, spod palców zaczęły wymykać mu się nowe akordy - całkiem nowy, z nowymi akcentami, które stały się fundamentem całości. Kiedy skończył pracę nad Świętem, zagrał je Siergiejowi Diagilewowi, którego zespół The Ballet Russes miał zatańczyć do nowej muzyki. Diagilew był dość zaskoczony. Nie chciał obrazić Strawińskiego, ale zadał mu jedno pytanie, które jednak Strawińskiego uraziło: "Czy to potrwa bardzo długo?" Na co Strawiński odparł: "Do samego końca, mój drogi". Zapadła cisza, bo Diaghilew zrozumiał, że odpowiedź była jak najbardziej serio. Tak się odbyły niełatwe narodziny muzyki współczesnej XX w.

Historię tę opowiada tu uroczo sam Strawiński:



Teatr Wielki pokazuje jednego wieczoru trzy różne inscenizacje "Święta wiosny", każdą z innej epoki (oraz bajki): zrekonstruowaną choreografię Wacława Niżyńskiego, stosunkowo świeżą, bo powstałą w 2004 r., choreografię Emanuela Gata oraz przypomnienie choreografii Maurice'a Bejarta z 1959 r.

Pierwszą - i od razu szokującą - choreografią do - również szokującej! - wówczas muzyki ułożył Wacław Niżyński, prekursor wielu powszechnych dziś w tańcu zjawisk (czyli to, na co sto lat temu widownia reagowała gniewem, gwizdami i nawet opuszczaniem budynku teatru, widownia dzisiejsza przyjmuje z zachwytem na kolanach). Pomysł na to, że balet ten ma opowiadać o dziewczynie, składanej wiosną w ofierze, zaszczepił w głowie Niżyńskiego Nikołaj Roerich, spec od dawnych słowiańskich rytuałów. Owa pierwsza inscenizacja przedstawiała właśnie sceny z obrzędów dawnej Rosji. Co było niezwykłe i szokujące, jak na początek XX w., to fakt, że Niżyński potraktował każdego tancerza zespołu, jak solistę (co oznacza, że na scenie można odnieść wrażenie, że każdy tancerz sobie rzepkę skrobie i nadweręża). I pomyśleć, że choreograficzne poodrywanie członków zespołu stanowiło dla niektórych ówcześnie niemalże obrazę...

Millicent Hodson, amerykańska choreograf, i Kenneth Archer, brytyjski scenograf, połączyli siły mrówcze i benedyktyńskie, aby odtworzyć jak najwierniej pierwotną choreografię Niżyńskiego. To bowiem, co oglądamy na scenie, zdecydowanie bardziej jest rekonstrukcją zdarzeń, niczym w 997, a nie zapisem oryginalnego przestępstwa. Aby złożyć w całość obraz "pogańskiej Rusi w dwóch aktach", trzeba było przekopać się przez różnorodne źródła wiedzy o przedstawieniu takim, jakie było ono w roku 1913: notatki Strawińskiego, Marie Rambert (asystentki Niżyńskiego przy Święcie), bezcenne dla utrwalenia informacji o balecie prace krytyczne czy rysunki Valentine Gross, rysowane z poświęceniem w ciemnym teatrze.

Choreografia Niżyńskiego nie zestarzała się wcale, choć dziś już nikt go nie wygwiżdże, nie wyjdzie z teatru oburzony profanacją klasycznej sztuki tańca. Kostiumy natomiast mają długą (w dodatku doklejoną) brodę. O ile szczerze podziwiam pracę nad odtworzeniem strojów, z których każdy jest dziełem sztuki samym w sobie, o tyle estetyka dosłowności ludowych jest dzisiaj przede wszystkim pocieszna. Zachwyca mnie wysiłek włożony przez artystów w dokopanie się do oryginalnej wizualizacji; sam efekt już zdecydowanie mniej. Te wiechcie na głowach, wymalowane na policzkach czerrrrrwone rumieńce, trochę toporne stroje niedźwiedzi... Nie, taka dosłowność trąci mi naftaliną, choć z drugiej strony nie do przecenienia jest poczucie, że wsiadło się w wehikuł czasu i wylądowało na początku XX w; że można podejrzeć kawałek rzeczywistości, której nikt z żyjących już nie pamięta.



Dla kontrastu, kolejna inscenizacja Święta wiosny, autorstwa Emanuela Gata, elektryzuje minimalizmem formy, wysmakowaniem estetycznym i udanym mariażem klasycznego tańca baletowego z... z salsą. Można sobie ustawiać oko i w zależności od kąta patrzenia widzieć raz balet, raz salsę. Co kto lubi. Tancerzy na scenie jest tylko pięcioro: dwóch mężczyzn i trzy kobiety. Panowie tańczą w czarnych koszulach i spodniach, panie mają na sobie krótkie czarne sukienki. Kiedy zalewa ich czerwone światło, można stracić oczy z wizualnej uciechy. Tancerze wciąż splatają się ze sobą i rozłączają, zamieniają miejscami, trącają biodrami. Iskrzą. Jak mówi sam Gat, w jego inscenizacjach brakuje konkretnej historii, woli on grać emocjami, niż konkretną narracją. Składa widzowi propozycję, którą widz odbiera jak chce, w zależności od tego, kim jest i co mu aktualnie siedzi w duszy.



Autorem ostatniej inscenizacji jest Maurice Bejart. Miał w zespole niewielu tancerzy, więc zaprosił do współpracy artystów z innych zespołów. Choreografię ułożył w ciągu zaledwie trzech tygodni, w co trudno uwierzyć, kiedy ogląda się na scenie jakieś pół setki osób. Dla Bejarta tematem Święta Wiosny  jest energia życiowa, budzenie się świata do życia na wiosnę. Tancerze budzą się do tańca z trudem, ale potem drzemiąca w nich energia wybucha potem z całą siłą. Mam wielką słabość do scen zbiorowych, gdzie kilkudziesięciu tancerzy tak sobie równiutko i bez zadyszki pomyka po scenie. 



Gdyby się ktoś obawiał, że znuży go trzykrotne wysłuchanie tego samego utworu pod rząd, pragnę uspokoić - nie znuży; zobaczycie trzy zupełnie różne spektakle.

A kiedy teraz do Was pisałam, to w słuchawkach brzmiało mi Święto Wiosny zagrane przez pianistę Marka Tomaszewskiego. Okazuje się, że można to zagrać bez ukochanych przez Strawińskiego instrumentów dętych, a utwór nic na tym nie straci.

Na koniec pożyczam ze strony Teatru Wielkiego kilka zdjęć na zachętę:











20:37, agawa79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 marca 2012
Dzień Walentego - Teatr Powszechny

Lista powodów, dla których kocham Iwana Wyrypajewa, jest długa. Najbardziej kocham go za "Lipiec". Potem za twórcze wykorzystanie Gruszki. A następnie - za umiejętność pisania o sprawach bolesnych i smutnych w taki sposób, żebym mogła w teatrze poprzewracać się ze śmiechu.

Oto, czym się ubawiłam podczas "Dnia Walentego" w Teatrze Powszechnym. Trójkątem miłosnym się ubawiłam, nieszczęściem trojga ludzi się ubawiłam. I to, o wstydzie, po pachy.

Walenty to mężczyzna (choć "mężczyzna" sugeruje pewną siłę charakteru, mówmy może zatem o osobniku płci męskiej), który stał się miłością życia aż dwóch kobiet, rywalizujących o jego względy latami. W naszym kręgu kulturowym jest to, jakby nie liczyć, o jedną kobietę za dużo. Walenty zmarł w wieku czterdziestu lat, i odtąd w mieszkaniu jego żony, Katii, zamieszkała jego wieloletnia kochanka, Wala. Ironia losu? To dopiero początek. Wala będzie wykupowała kolejne skrawki mieszkania Katii, Katia będzie piła, grała na akordeonie i co roku w urodziny Wali będzie próbowała sprzedać jej strzelbę, niegdyś należącą do Walentego. Strzelbę, która w zgodnie z regułą Czechowa w stosownym momencie wystrzeli (ale nie powiem wam, w czyim kierunku). Kolejne spędzone razem lata dwie kobiety spędzą na licytacjach, która z nich znała go lepiej - prawowita żona, czy młodzieńcza miłość, Wala.

Czemu Walenty nie poślubił Walentyny, ale Katię, wyjdzie na jaw po latach. W każdym razie nie wziął za żonę tej, ku której wyrywało mu się serce, a za to zdecydował się na życie przy boku dość mu obojętnej Katii. Zdecydował się to trochę za mocno powiedziane - Sławomir Pacek jest znakomity w roli pimpusia nie przejawiającego  najmniejszych oznak bycia zdolnym do podejmowania decyzji. Ot, gdzie go rzuciło, tam zostawał, i przez lata dręczył dwie kobiety, nie potrafiąc zdecydować, z którą z nich chce być. Z Katią było mu wygodnie - miała mieszkanie, codziennie podawała mu na stół zupę, była. Kapitalnie skonstruowano i zagrano scenę, w której widzimy ewolucję stosunków małżeńskich Katii i Walentego - co wieczór Katia podsuwa mu pod nos ciepły obiad i gazetę, w pierwszych dniach i latach robi to z czułością, miłością i niedowierzaniem, że udało jej się zdobyć kochanego od lat skrycie mężczyznę. Potem czułość przechodzi w rutynę, obojętność, w końcu złość i gniew, a talerz i gazeta lądują na stole z furią, nie wiadomo, czy Katia ma poczucie obowiązku, które każe jej nakarmić męża, czy też może wykorzystuje okazję do pokazania mu, jak bardzo go nie znosi. Walenty jest przy tym idealnie nijaki; jedynym magnesem, który może tak bez reszty przyciągać do niego dwie niegłupie, pełne temperamentu kobiety, jest prawdopodobnie fakt, że żadna z nich nie może go tak naprawdę mieć. 

Przez wszystkie lata wspólnego życia z Katią Walenty spotyka się potajemnie (jak sądzi) z kobietą swojego życia - a przynajmniej z tą, która mu się kobietą życia wydaje. Wygodna sytuacja - ona daje mu poczucie, że jest ważny, że jest ktoś, kto za nim tęskni, kto czeka na spotkanie z nim... a przy okazji nie musi wywracać swojego świata do góry, żeby związać się z nią na stałe, ba, oboje wierzą, że chcą być tylko i aż kochankami - bo wtedy on może za nią tęsknić, a ona może na niego czekać i mieć nadzieję. Życie oszczędza mu jednak dramatu podjęcia męskiej decyzji i elegancko usuwa go z tego świata.

Nastrój "Dnia Walentego" jest jednocześnie ironiczny i ciepły, co z jednej strony ratuje widza przed melodramatyzmem, a z drugiej - przed gwałtownym zderzeniem z goryczą losu.  Autor drwi sobie ze wszystkich, nie oszczędza nikogo - pana niezdecydowanego, miotającego się między dwiema kobietami, gotowymi powydrapywać sobie nawzajem oczy w walce o niego; nie oszczędza dwóch nieszczęśnic, które w swej ślepocie nie widzą, że obiekt ich wzajemnej zazdrości niewiele ma każdej z nich do zaoferowania; przemyca też kpinę z pewnego rodzaju patriotyzmu i tęsknoty za przeszłością (Michaił Gorbaczow pojawia się nawet w quasi-erotycznych snach młodej Katii) i wiary w wielkość Rosji (zobaczyć starą Katię w kombinezonie kosmonauty i umrzeć!).

Całkiem mi się podobały scenograficzne nawiązania do motywów z Chagalla, pojawiających się w "Dniu Walentego". Pożyczam ze strony Teatru Powszechnego dwa zdjęcia - musicie zobaczyć lot nad Witebskiem:

lot 

i iście chagallowską scenę ślubną:

slub

Elżbieta Kępińska w roli Walentyny jest krucha i subtelna; z jednej strony pogodzona z losem i tym, jak jej się w życiu ułożyło, a z drugiej -  pełna goryczy wobec Katii, z którą dzieliła miłość do Walentego, a której teraz po kawałku odbiera mieszkanie i wartość wspomnień ze wspólnego życia Katii z Walentym. Katię sprzed lat i Katię po latach grają Paulina Holtz i Joanna Żółkowska - pod każdym względem urocze w pijackich zaczepkach, w wyrachowanej uprzejmości wobec Wali, z przekomiczną wadą wymowy ("kuwwa" i "piewdolę", że pozwolę sobie zacytować), symetryczne w pozornym zwycięstwie nad rywalką i w staczaniu się po równi pochyłej, kiedy okazało się, że życie z Walentym nie jest tym, czym być miało, a życie po Walentym nabierało rumieńców tylko w chwilach, kiedy można było ponaigrawać się z dawnej rywalki. Śmieszne jest to wszystko okropnie, ale ta bezradność całej trójki wobec wydarzeń i własnych wyborów mocno porusza. Stworzyłam sobie taką kategorię "spektakl-bumerang" - wrzucam do niej przedstawienia wracające do mnie jeszcze długo po obejrzeniu. "Dzień Walentego" wraca. 

21:24, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 marca 2012
Teatr Lalka - Buratino i nie tylko

Moi drodzy, jeśli jesteście na Facebooku i jeśli bliska jest Wam idea wprowadzania dzieci w świat dobrego teatru, to bardzo proszę o zajrzenie na stronę Teatru Lalka.

Sama o Teatrze Lalka potrafię pisać używając wyłącznie pozytywnych przymiotników. Kiedy byłam dzieckiem, nie chadzałam do teatru - mieszkałam w małym mieście, a w rodzinie brakowało raczej miłośników tego medium, zatem rzadko miałam okazję zobaczyć jakieś przedstawienie. W Lalce bywam zatem nie tylko po to, żeby wkręcać własne dzieci w manię teatralną, ale też po to, żeby nadrobić własne zaległości w dostępie do kultury. W Lalce jestem jednocześnie dzieckiem i człowiekiem dorosłym; po dziecięcemu ulegam magii przedstawienia i po dorosłemu rozbieram je na czynniki pierwsze, żeby wiedzieć, co dokładnie mnie urzekło.

Ostatniej niedzieli obejrzeliśmy spektakl Buratino na podstawie opowiadania Aleksego Tołstoja. W ubogim domku z kominkiem namalowanym na płótnie, psującym się gramofonem, skrzypiącym ze starości i zmęczenia zydelkiem oraz drzwiami, które boją się, że zostaną wrzucone do pieca (we wszystkie rekwizyty brawurowo wcielają się aktorzy, zwłaszcza zydelek gra z wielkim poświęceniem) mieszka staruszek, który z krnąbrnego kawałka drewna struga pajacyka. Nadaje mu imię Buratino i staje się dla niego ojcem. Chce, żeby Buratino zdobył wykształcenie i pomógł mu zarabiać na życie na stare lata. Buratino ma jednak inne marzenie, niż chodzić do szkoły, gdzie jest nudno i powtarzalnie - on pragnie zostać w teatrze, w miejscu, gdzie mieszka szczęście.

Zanim jednak nasz drewniany pajacyk dotrze do swoich marzeń, złamie po drodze parę konwenansów, zmierzy się z własną naiwnością, a na koniec wykaże odwagą i siłą charakteru.

Za każdym razem na nowo zaskakuje mnie szczególna atmosfera Lalki: to atmosfera szacunku dla widza. Ze sceny płynie radosne przesłanie do widza: tu się pracuje z pasją i miłością do teatru.

Po spektaklu czekała nas nie lada gratka: podgląd teatralnych trzewi. Pokazano nam różne tricki i techniki, z jakich korzysta się w teatrze. Zobaczyliśmy, jak powstaje sztuczna burza, jak się robi wiatr na scenie, jak biała suknia, twarz i ręce mogą tańczyć każde swój osobny powietrzny taniec w każdym rogu sceny... A na sam koniec dzieci weszły na scenę i zasypał ich śnieg (piankowy, o smaku mydła).

A wiecie, co robi człowiek tuż po powrocie z Teatru Lalka? Rzuca się przeglądać repertuar w internecie i planuje kolejną wizytę...

piątek, 02 marca 2012
Poszła kosmitka na 6. piętro i co z tego wynikło
Zrządzenie losu zawlokło mnie wczoraj na szóste piętro Pałacu Kultury, wprost w komercyjne objęcia spektaklu "Zagraj to jeszcze raz, Sam" Allena. Głównego bohatera, neurotycznego hipohindryka intelektualistę, rzuca żona, więc para jego najlepszych przyjaciół postanawia go wyswatać. Wokół tych poszukiwań toczyć się będzie nierównym rytmem akcja.

W tym miejscu miałabym ochotę rozpisać ankietę pt. "O czym myślimy, kiedy myślimy o Allenie". Zabawny? Lekki? Ironiczny? Zakochany w sobie? A może banalny, prymitywny, przewidywalny? Czy jeszcze coś innego?

Nie wątpię, że wyznawcy Allena bawiliby się świetnie. Co ja mówię, przecież widziałam i słyszałam, że wyznawcy Allena bawili się wczoraj znakomicie. Niestety, moje poczucie humoru rozjeżdża się z allenowskim dowcipem. Niby wiem, które miejsca są przewidziane przez autora na śmiech, a jednak... jakoś nic się ze mnie nie wydobywa. Zwłaszcza przy finezyjnych dowcipach o gwałcie. Boki zrywać, proszę państwa. Po szczery śmiech, najlepiej taki z drugim i trzecim dnem, jednak udam się gdzie indziej.

Rozpisałabym też chętnie ankietę pt. "Po co chadzamy do teatru?". Powiem Wam, po co ja do teatru NIE chadzam.

W głównej roli (Allana, prawie jak Allen, żebyśmy nie mieli wątpliwości, kim jest alter ego postaci) występuje (już z rozpędu chciałam napisać, że gra, po czym wykasowałam to poświadczenie nieprawdy) Kuba Wojewódzki.

A ja otóż nie chodzę do teatru, żeby zobaczyć, jak wypadnie na scenie pan z telewizji, ponieważ z telewizją kontakt mam wybitnie rzadki, a jeśli już coś oglądam, to to raczej nie jest Narcyz Wojewódzki. Nie interesuje mnie, kim w życiu prywatnym jest Wojewódzki ani czy Wojewódzki ma dystans do Wojewódzkiego, skoro się zgodził wygłupić na deskach teatru. Na Wojewódzkiego najczęściej natykam się w "Polityce"; jego rubrykę czytam nie bez przyjemności, ale chyba jednak brakuje mi biegłości w czytaniu Pudelka, żeby wszystkie dowcipy docenić i zrozumieć. Do czego zmierzam: facet na scenie, który jest kimś tam w innych mediach, a który kompletnie nie umie grać, jest dla mnie męczący, i jego (sztuczny oraz na pokaz, jeśli chcecie znać moje zdanie) dystans do siebie takoż. Mnie w ogóle nie interesuje, kim prywatnie są osoby występujące na scenie, ja chcę tylko, żeby dobrze grali. A jedynym aktorem z porządnym warsztatem jest tam Żebrowski - pan dyrektor jako jedyny się postarał, choć może nie musiał aż tak bardzo, otoczony drewienkami. Małgorzata Socha, piskliwa, rozwrzeszczana, z marną dykcją i z jedną, przysięgam, jedną miną, zainspirowała mnie do poszukania w słowniku żeńskiej formy słowa "aktorzyna". Anna Cieślak przynajmniej próbowała wykrzesać z siebie trochę kunsztu aktorskiego, choć szkoda, że na próbach się skończyło.

Najgorsze w tym spektaklu jest to, że między aktorami nic się absolutnie nie dzieje, są na scenie obok siebie, ale nigdy razem, i nawet Żebrowski próbujący posklejać całość do kupy, nie odnosi sukcesu.

Chyba, że mowa o sukcesie komercyjnym - tu się zgodzę, sukces został odniesiony w stu procentach. Teatr trzeszczał w szwach, wejściówki skończyły się na długo przed ostatnimi chętnymi. A ja się zastanawiam, gdzie w tym spektaklu jest magnes i dlaczego ja nic o tym nie wiem.

Brawa na stojąco uskutecznione przez jakieś pięćdziesiąt procent publiki, zapisuję do zaskoczeń kwartału.

12:21, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (8) »
czwartek, 21 lipca 2011
Sztuka ulicy po raz ostatni
Sztuka Ulicy w tym roku wypadła średnio. Nie wiem, czy miałam pecha, wybierając przedstawienia, czy rzeczywiście poziom był niższy, ale tegoroczne wrażenia to jedynie blade i smętne namiastki zeszłorocznych uniesień. Tamte dwa spektakle, "Perła" i "Gingko", do dziś mam przed oczami, w uszach i pod palcami; tegoroczna edycja była poprawna, a za największą jej zaletę można chyba uznać to, że w ogóle była.

Na sam koniec wpadłam na spektakl Teatru TOL z Belgii, zatytułowany "Luce". Dwóch cyklistów pędzi na metę po sławę, chwałę i serce ukochanej kobiety. Przegrany zawodnik nie poddaje się po pierwszej porażce i postanawia zawalczyć o wybrankę. Tyle w warstwie fabularnej. Jeśli chodzi o tak zwane doznania artystyczne - cóż. Nic mi nie się urwało z wrażenia, choć Belgowie się starali. Może i nie wypadliby tak rozczarowująco, gdyby...
... gdyby aniołek zwisający z nieba umiał śpiewać...

... gdyby wybranka kolarzy też umiała śpiewać poruszając i poruszać śpiewając, a oszczędziła publiczności rzewnego i lekko kiczowatego zawodzenia...

... gdyby aktorzy nie byli tak ewidentnie oplątani linami, opancerzeni uprzężami, przez co widz głównie martwi się, czy któraś z wyginających się podniebnie postaci nie spadnie mu na głowę...

... które to uczucie zdecydowanie uległo eskalacji, gdy na kilkunastometrowym dźwigu w powietrzu zawisła cała masa rowerzystów i tancerzy...


... i gdyby niżej podpisana była ogólnie bardziej podatna na wzruszenia.

(Wszystkie zamieszczone tutaj zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu).

W przyszłym roku wybieram się znowu powybrzydzać.

A na nieco bliższą przyszłość planuję jeszcze kilka wpisów teatralnych (to mimo wszystko najbliższe memu wrednemu sercu medium), kilka recenzji z mądrych książek i jednej głupiej, parę słów o filmach oraz CV pewnej pani. Nie odchodźcie od monitorów!
23:26, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 lipca 2011
Debiutanci
Debiutanci
Najpierw obejrzyjcie zwiastun, to nie będziecie rozczarowani, że nie streszczam filmu.

Tak na gorąco: urocza, słodko-gorzka historia o ludziach, którzy z jakichś powodów nie potrafią być szczęśliwi, choć bardzo się starają. Pomysłowy montaż dodaje odrobinę zakręcenia do całej historii - i tak na przykład główny bohater wychodzi ze swojej sypialni prosto do biblioteki, w której jego ojciec, nie żyjący od kilku miesięcy segreguje książki. Film do śmiechu i do płaczu. Cudowny.
***
Rama całej historii jest prosta. On i ona - zupełnie do siebie niepasujący oraz ich dziecko, które bardzo będzie próbowało być szczęśliwe i tak bardzo nie będzie umiało. On - gej. Ona, świadoma jego orientacji, oświadcza mu się i przez całe życie mierzy się z jego chłodem i brakiem bardziej entuzjastycznego zainteresowania. Ich syn z kolei (w tej roli niepokojąco pociągający Ewan McGregor) wyrasta w przekonaniu, że jego rodzice się nie kochają, co później położy się cieniem na jego własnym życiu uczuciowym.
Czytam to, co napisałam, i wieje z tych słów smutkiem. A przecież napisać, że "Debiutanci" to smutny film oznacza poważne minięcie się z nastrojem. Oliver nie może utrzymać przy sobie żadnej miłości, jego pomysły w pracy zderzają się ze ścianą niezrozumienia jego artystycznych wizji, prawie wyrzuca z mieszkania kobietę swojego życia - a jednak jest w nim coś bardzo pozytywnego; jego pełna powagi troska o odchodzącego ojca czy, już później, o psa Arthura (Oscar dla tego zwierzęcia!) wywołuje uśmiech i poczucie tęsknoty za uporządkowaniem świata dookoła i siebie od wewnątrz. I rozczula - tak, rozczula ta jego pogoń, trochę po omacku, za czymś nieuchwytnym, za tą miłością, na którą całe życie czekał. Ta miłości wymyka mu się ciągle spod palców, bo nie zacisnął ich dość mocno na czas.
Postaci występujące w "Debiutantach" zarysowano smacznie i soczyście. Znany fanom choćby "Ostrego dyżuru" Goran Visnjic, chłopak ojca Olivera, to pełen nieco sztubackiego poczucia humoru wieczny chłopiec, którego pozorna powierzchowność pęka w pewnym momencie, i spod wesolutkiej maski wyłania się jego twarz pełna bólu i głębi. Matka Olivera (przepiękna Mary Page Keller), oprócz spontanicznych wygłupów w poważnych galeriach sztuki, ma niestandardowe hobby: "zabija" swojego syna, strofując go, jeśli ten nie "umiera" dość przekonująco. Twórcy filmu jednym ruchem - umieszczając trzpiotowatą kobietę w związku bez przyszłości, który jednak potrwał kilkadziesiąt lat - nadają tej postaci głębię i - to wielkie słowo, ale chyba na miejscu - tragizm. Melanie Laurent, dziwaczna dziewczyna Olivera, ta sama, która omal nie znika z jego życia, jest chodzącą niespodzianką i odwrotnością banału.
Co mnie ujęło w "Debiutantach" najmocniej, to szczerość emocji. Ten film składa się z odprysków przeżyć tak bardzo wszystkim znajomych: szok na wieść o skrywanej latami tajemnicy, smutek dziecka nierozumiejącego, co dzieje się między dorosłymi, szukanie nieuchwytnego i niezdefiniowanego czegoś, co jest przecież najważniejsze na świecie, rozpacz po odejściu tych, których kochamy, zrozumienie, jak przerażająco głupi czasem bywamy. Ten film to kawałek życia takiego, jakim je znamy.
A jak już wyżej wspominałam, zabawny i powykręcany montaż sprawia, że banalne historie nabierają dynamiki. Uroczy. Po stokroć uroczy film.

23:29, agawa79 , Film
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
Sztuki ulicznej ciąg dalszy
 Francuska grupa Compagnie Antipodes zatańczyła w fontannie na Placu Grzybowskim. Ten krótki spektakl "Ostatnie rendez-vous" opowiada o trudach bycia razem - o tym, że niejedną trudność trzeba razem pokonać przed ostatecznym rozstaniem oraz, biorąc pod uwagę słabe zsynchronizowanie tancerzy, o tym, że cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz. ;) Mam nadzieję, że organizator zapewnił tancerzom zapas aspiryny.











Na Placu Zamkowym wystąpił czteroosobowy zespół Bash Street Theatre z Wielkiej Brytanii w przedstawieniu "Stacja". Utrzymana w konwencji komedii slapstickowej sztuka rozbawiła publiczność do - może nie do łez - ale przynajmniej do salw śmiechu, gromkich oklasków i okrzyków zachwytu na koniec. Pościgi, potknięcia, wybuchy - Brytyjczycy trzymali poziom. Szczególne wyrazy uznania należą się wąsatemu taperowi z akordeonem - był rewelacyjny, jeśli chodzi o jakość dźwięku i zaangażowanie!






















Na Placu Zamkowym można było również zobaczyć polską grupę Teatr Ewolucji Cienia ze spektaklem "Fin Amor", zainspirowanym historiami Tristana i Izoldy oraz Lancelota i Ginewry. Miała to być uniwersalna opowieść o miłości poza granicami czasu, o miłości, która nie przemija. Uczciwie mówię, że nie byłam zachwycona. Nie lubię teatru ulicznego, który musi posiłkować się słowem, aby dotrzeć z przekazem do widza. To raz. Dwa, nie lubię się martwić, że aktor zaraz sobie zrobi krzywdę (sobie i przy okazji innym), bo wygląda, jakby dopiero uczył się chodzić na szczudłach. Przed grupą jeszcze wiele godzin i lat dopracowywania ruchu scenicznego. Całość wypadła dość nieporadnie.










21:16, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 lipca 2011
Festiwal Sztuka Ulicy uważam za rozpoczęty!

Ciemny wieczór, mało rozrywkowa dzielnica miasta stołecznego. Wieczór zupełnie nielipcowy, choć lipcowy: z nieba spadają coraz gęściej strugi zimnego deszczu, termometr wskazuje przyprawiającą o dzwonienie zębów temperaturę dwunastu stopni. W takich warunkach atmosferycznych składam nową definicję sztuki - sztuką jest w taką ulewę i ziąb wywabić tłumy ludzi na ulice.

Dwie godziny temu ulicą Kasprowicza (mieszkańcy Warszawy wiedzą, że to ulica zupełnie niekojarząca się z ofertą kulturalną) ruszyła barwna parada. Nie trzeba aż tak wiele, żeby wyciągnąć ludzi z miękkich foteli i sprzed migających telewizorów. Kilkunastu akrobatów na szczudłach, z pomalowanymi na złoto twarzami i w błazeńskich strojach, to skaczący wśród stłoczonej masy, to rozciągający nad tą masą kolorową płachtę, sztuczne ognie, fajerwerki, iluminacje, gigantyczny mechaniczny owad, na którego grzbiecie zespół wydobywa z instrumentów wprawiającą widzów w radosny trans muzykę. Tak właśnie zaprezentowali się publiczności goście z Francji, Compagnie Malabar, z widowiskiem "Helios II". W teatrach ulicznych przepadam za stopieniem się publiki i aktorów, kiedy granice między jednymi i drugimi są niedostrzegalne, a przeżywanie teatru staje się jednocześnie doświadczeniem zbiorowym i bardzo intymnym. Nie potrzeba tu żadnej głębi, wystarczy odłożyć codzienność na bok i dać się ponieść artystom.

I tak będę spędzać popołudnia i wieczory do 5 lipca - o ile nie zawiedzie mnie ośrodek decyzyjny, bo wybór tego, co można zobaczyć w ramach tegorocznego festiwalu, przytłoczyć może niejednego.



Wszystkie zamieszczone zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu.

23:07, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 czerwca 2011
Przejście techniczne - Teatr Ochoty

Rzecz to mocna. I zaskakująca. Spektakl „Przejście techniczne” ma w sobie niepokojącą klaustrofobiczność. To studium samotności człowieka. Obserwujemy mężczyznę podczas codziennych, zwykłych czynności: przebieranie się, przygotowywanie posiłku, sprzątanie, palenie, oglądanie telewizji... Robi to wszystko z męczącą pieczołowitością, jakby chciał dokładnie wypełnić pustkę wokół siebie przesadną drobiazgowością. Widzimy, co człowiek żyjący w pojedynkę robi... ale największe wrażenie wywiera na widzu to, czego NIE robi. W głowie pojawiają się trudne pytania: jaki jest cel i sens tych wszystkich czynności? Jak to się stało, że jest sam? Kim jest na zewnątrz, poza zamkniętym światem swojego mieszkania? I w końcu to najtrudniejsze: czy jego życie w ogóle ma jakiś sens i cel? Wielkie brawa dla aktora, że udaje mu się tak maksymalnie skoncentrować – gra przed widownią złożoną z kilku osób; a każdy jego gest i wyraz twarzy można obserwować z bliska. Trudna jest ta intymność między aktorem a widzem. To prawdopodobnie o wiele większy wysiłek, niż gra dla kilkuset widzów. Na wspomnienie zakończenia mam dreszcze... granica między czasem, kiedy spektakl trwa a jego zakończeniem jest zatarta i wprawia w osłupienie – to do widza należy decyzja, ile wytrzyma i kiedy opuści widownię... Zaś picie szampana w pojedynkę to chyba najmocniejszy wyraz samotności, jaki widziałam w teatrze.

PS Postuluję wprowadzenie zakazu teatralnego dla niektórych - na wzór zakazu stadionowego. Głupawe komentarze wygłaszane scenicznym, nomen omen, szeptem przez pewnego pana skutecznie zakłócały odbiór - brawa dla aktora, że udało mu się tak maksymalnie skupić.

09:08, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 maja 2011
Tuwim dla dorosłych - Teatr Roma
Najchętniej wcale nie pisałabym tej recenzji. Nie dlatego, że to niedobre przedstawienie, a jak pisać, to albo dobrze, albo wcale. Wręcz przeciwnie - Tuwim dla dorosłych to perła, a żeby ją wydobyć z dna morza (czytaj: zdobyć bilet) trzeba się poważnie natrudzić. Chcę, zamierzam, muszę obejrzeć Tuwima raz jeszcze, a jeśli Was teraz zachęcę, to mogę przegrać wyścig do kas i walkę o bilet. Najchętniej schowałabym przed światem wspomnienie o spektaklu i jak Smeagol po przechwyceniu wiadomego pierścienia powtarzała mantrę "My precioussssss".

Ale pewnych rzeczy robić nie wypada, więc niech już będzie - napiszę.

Julian Tuwim. Moje pierwsze skojarzenie z tym nazwiskiem - absolutny mistrz języka polskiego. Moje drugie skojarzenie - absolutny mistrz sarkazmu. Uzbrojony w słowo stawał się niebezpieczny dla adwersarzy, ciął tym boleśniej, im bardziej precyzyjnie. Potrafił jednak słowem ukochać, pogłaskać, lirycznie przytulić. Przez całe życie gromadził zapiski i karteluszki z tym wszystkim, co wydało mu się intrygujące, przydatne, niebanalne; pracowicie zbierał synonimy do rozmaitych słów i z wirtuozerią je potem wykorzystywał. W polszczyźnie poeta jest obecny na wiele sposobów do dzisiaj. Wielu z nas bez trudu rozpoznaje takie frazy, jak "Ojczyzna-polszczyzna", "Mimozami jesień się zaczyna", "Prawo i sprawiedliwość", "Miłość ci wszystko wybaczy", "miejscowa idiotka z tutejszym kretynem" - wszystko to ślady po Tuwimie, łącznie z nieśmiertelnymi wierszykami dla dzieci, którymi ambitni rodzice ukulturalniają kolejne pokolenia niemowląt.

Jednak na długo przed tym, zanim  Tuwim wrył się na stałe w kulturalny krajobraz, był młodym, niepewnym swojej wartości chłopakiem, który przybył z Łodzi do nieznanej mu Warszawy. Początkowy lęk przerodził się wkrótce w szczery zachwyt i miłość, aby po wielu latach zmienić się w zgorzknienie i rozczarowanie panoszącymi się po mieście antysemickimi nastrojami, których sam padł ofiarą. Równoległą historię tego młodego chłopaka i jego narodzin jako poety oraz miasta, które było mu towarzyszem i wrogiem, opowiada przestawienie "Tuwim dla dorosłych". Utrzymany w nieco staroświeckiej estetyce dawnych słuchowisk (nie sposób oprzeć się skojarzeniom z cyklem "Bajki grajki"), spektakl zamaszyście przeprowadza widza przez karkołomną polszczyznę Tuwima. Forma słuchowiska radiowego pozwala na przeplatanie recytowanych wierszy i dykteryjek brawurowo wykonywanymi piosenkami, skomponowanymi przez Satanowskiego, Możdżera, Koniecznego i innych. Sześcioro aktorów będzie dla nas Tuwimem wyśmiewać zacofanych mieszczan i kołtunów, będzie się dla nas adorować słowem i pluć goryczą, a wszystko to bez jednej fałszywej nuty. Cymes, moi drodzy, przyrządzony ze smakiem i znawstwem.

Proszę, oto aperitif:


PS No jednak muszę, inaczej się uduszę. Nie idźcie do Romy, Nova Scena z trudem mieści kilkaset spoconych (w miarę trwania spektaklu coraz bardziej) ciał, a klimatyzacja stanowczo odmawia współpracy. Zostańcie w domu, dajcie innym szansę kupić bilet! 
17:17, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11