stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
czwartek, 21 lipca 2011
Sztuka ulicy po raz ostatni
Sztuka Ulicy w tym roku wypadła średnio. Nie wiem, czy miałam pecha, wybierając przedstawienia, czy rzeczywiście poziom był niższy, ale tegoroczne wrażenia to jedynie blade i smętne namiastki zeszłorocznych uniesień. Tamte dwa spektakle, "Perła" i "Gingko", do dziś mam przed oczami, w uszach i pod palcami; tegoroczna edycja była poprawna, a za największą jej zaletę można chyba uznać to, że w ogóle była.

Na sam koniec wpadłam na spektakl Teatru TOL z Belgii, zatytułowany "Luce". Dwóch cyklistów pędzi na metę po sławę, chwałę i serce ukochanej kobiety. Przegrany zawodnik nie poddaje się po pierwszej porażce i postanawia zawalczyć o wybrankę. Tyle w warstwie fabularnej. Jeśli chodzi o tak zwane doznania artystyczne - cóż. Nic mi nie się urwało z wrażenia, choć Belgowie się starali. Może i nie wypadliby tak rozczarowująco, gdyby...
... gdyby aniołek zwisający z nieba umiał śpiewać...

... gdyby wybranka kolarzy też umiała śpiewać poruszając i poruszać śpiewając, a oszczędziła publiczności rzewnego i lekko kiczowatego zawodzenia...

... gdyby aktorzy nie byli tak ewidentnie oplątani linami, opancerzeni uprzężami, przez co widz głównie martwi się, czy któraś z wyginających się podniebnie postaci nie spadnie mu na głowę...

... które to uczucie zdecydowanie uległo eskalacji, gdy na kilkunastometrowym dźwigu w powietrzu zawisła cała masa rowerzystów i tancerzy...


... i gdyby niżej podpisana była ogólnie bardziej podatna na wzruszenia.

(Wszystkie zamieszczone tutaj zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu).

W przyszłym roku wybieram się znowu powybrzydzać.

A na nieco bliższą przyszłość planuję jeszcze kilka wpisów teatralnych (to mimo wszystko najbliższe memu wrednemu sercu medium), kilka recenzji z mądrych książek i jednej głupiej, parę słów o filmach oraz CV pewnej pani. Nie odchodźcie od monitorów!
23:26, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 lipca 2011
Debiutanci
Debiutanci
Najpierw obejrzyjcie zwiastun, to nie będziecie rozczarowani, że nie streszczam filmu.

Tak na gorąco: urocza, słodko-gorzka historia o ludziach, którzy z jakichś powodów nie potrafią być szczęśliwi, choć bardzo się starają. Pomysłowy montaż dodaje odrobinę zakręcenia do całej historii - i tak na przykład główny bohater wychodzi ze swojej sypialni prosto do biblioteki, w której jego ojciec, nie żyjący od kilku miesięcy segreguje książki. Film do śmiechu i do płaczu. Cudowny.
***
Rama całej historii jest prosta. On i ona - zupełnie do siebie niepasujący oraz ich dziecko, które bardzo będzie próbowało być szczęśliwe i tak bardzo nie będzie umiało. On - gej. Ona, świadoma jego orientacji, oświadcza mu się i przez całe życie mierzy się z jego chłodem i brakiem bardziej entuzjastycznego zainteresowania. Ich syn z kolei (w tej roli niepokojąco pociągający Ewan McGregor) wyrasta w przekonaniu, że jego rodzice się nie kochają, co później położy się cieniem na jego własnym życiu uczuciowym.
Czytam to, co napisałam, i wieje z tych słów smutkiem. A przecież napisać, że "Debiutanci" to smutny film oznacza poważne minięcie się z nastrojem. Oliver nie może utrzymać przy sobie żadnej miłości, jego pomysły w pracy zderzają się ze ścianą niezrozumienia jego artystycznych wizji, prawie wyrzuca z mieszkania kobietę swojego życia - a jednak jest w nim coś bardzo pozytywnego; jego pełna powagi troska o odchodzącego ojca czy, już później, o psa Arthura (Oscar dla tego zwierzęcia!) wywołuje uśmiech i poczucie tęsknoty za uporządkowaniem świata dookoła i siebie od wewnątrz. I rozczula - tak, rozczula ta jego pogoń, trochę po omacku, za czymś nieuchwytnym, za tą miłością, na którą całe życie czekał. Ta miłości wymyka mu się ciągle spod palców, bo nie zacisnął ich dość mocno na czas.
Postaci występujące w "Debiutantach" zarysowano smacznie i soczyście. Znany fanom choćby "Ostrego dyżuru" Goran Visnjic, chłopak ojca Olivera, to pełen nieco sztubackiego poczucia humoru wieczny chłopiec, którego pozorna powierzchowność pęka w pewnym momencie, i spod wesolutkiej maski wyłania się jego twarz pełna bólu i głębi. Matka Olivera (przepiękna Mary Page Keller), oprócz spontanicznych wygłupów w poważnych galeriach sztuki, ma niestandardowe hobby: "zabija" swojego syna, strofując go, jeśli ten nie "umiera" dość przekonująco. Twórcy filmu jednym ruchem - umieszczając trzpiotowatą kobietę w związku bez przyszłości, który jednak potrwał kilkadziesiąt lat - nadają tej postaci głębię i - to wielkie słowo, ale chyba na miejscu - tragizm. Melanie Laurent, dziwaczna dziewczyna Olivera, ta sama, która omal nie znika z jego życia, jest chodzącą niespodzianką i odwrotnością banału.
Co mnie ujęło w "Debiutantach" najmocniej, to szczerość emocji. Ten film składa się z odprysków przeżyć tak bardzo wszystkim znajomych: szok na wieść o skrywanej latami tajemnicy, smutek dziecka nierozumiejącego, co dzieje się między dorosłymi, szukanie nieuchwytnego i niezdefiniowanego czegoś, co jest przecież najważniejsze na świecie, rozpacz po odejściu tych, których kochamy, zrozumienie, jak przerażająco głupi czasem bywamy. Ten film to kawałek życia takiego, jakim je znamy.
A jak już wyżej wspominałam, zabawny i powykręcany montaż sprawia, że banalne historie nabierają dynamiki. Uroczy. Po stokroć uroczy film.

23:29, agawa79 , Film
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
Sztuki ulicznej ciąg dalszy
 Francuska grupa Compagnie Antipodes zatańczyła w fontannie na Placu Grzybowskim. Ten krótki spektakl "Ostatnie rendez-vous" opowiada o trudach bycia razem - o tym, że niejedną trudność trzeba razem pokonać przed ostatecznym rozstaniem oraz, biorąc pod uwagę słabe zsynchronizowanie tancerzy, o tym, że cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz. ;) Mam nadzieję, że organizator zapewnił tancerzom zapas aspiryny.











Na Placu Zamkowym wystąpił czteroosobowy zespół Bash Street Theatre z Wielkiej Brytanii w przedstawieniu "Stacja". Utrzymana w konwencji komedii slapstickowej sztuka rozbawiła publiczność do - może nie do łez - ale przynajmniej do salw śmiechu, gromkich oklasków i okrzyków zachwytu na koniec. Pościgi, potknięcia, wybuchy - Brytyjczycy trzymali poziom. Szczególne wyrazy uznania należą się wąsatemu taperowi z akordeonem - był rewelacyjny, jeśli chodzi o jakość dźwięku i zaangażowanie!






















Na Placu Zamkowym można było również zobaczyć polską grupę Teatr Ewolucji Cienia ze spektaklem "Fin Amor", zainspirowanym historiami Tristana i Izoldy oraz Lancelota i Ginewry. Miała to być uniwersalna opowieść o miłości poza granicami czasu, o miłości, która nie przemija. Uczciwie mówię, że nie byłam zachwycona. Nie lubię teatru ulicznego, który musi posiłkować się słowem, aby dotrzeć z przekazem do widza. To raz. Dwa, nie lubię się martwić, że aktor zaraz sobie zrobi krzywdę (sobie i przy okazji innym), bo wygląda, jakby dopiero uczył się chodzić na szczudłach. Przed grupą jeszcze wiele godzin i lat dopracowywania ruchu scenicznego. Całość wypadła dość nieporadnie.










21:16, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 lipca 2011
Festiwal Sztuka Ulicy uważam za rozpoczęty!

Ciemny wieczór, mało rozrywkowa dzielnica miasta stołecznego. Wieczór zupełnie nielipcowy, choć lipcowy: z nieba spadają coraz gęściej strugi zimnego deszczu, termometr wskazuje przyprawiającą o dzwonienie zębów temperaturę dwunastu stopni. W takich warunkach atmosferycznych składam nową definicję sztuki - sztuką jest w taką ulewę i ziąb wywabić tłumy ludzi na ulice.

Dwie godziny temu ulicą Kasprowicza (mieszkańcy Warszawy wiedzą, że to ulica zupełnie niekojarząca się z ofertą kulturalną) ruszyła barwna parada. Nie trzeba aż tak wiele, żeby wyciągnąć ludzi z miękkich foteli i sprzed migających telewizorów. Kilkunastu akrobatów na szczudłach, z pomalowanymi na złoto twarzami i w błazeńskich strojach, to skaczący wśród stłoczonej masy, to rozciągający nad tą masą kolorową płachtę, sztuczne ognie, fajerwerki, iluminacje, gigantyczny mechaniczny owad, na którego grzbiecie zespół wydobywa z instrumentów wprawiającą widzów w radosny trans muzykę. Tak właśnie zaprezentowali się publiczności goście z Francji, Compagnie Malabar, z widowiskiem "Helios II". W teatrach ulicznych przepadam za stopieniem się publiki i aktorów, kiedy granice między jednymi i drugimi są niedostrzegalne, a przeżywanie teatru staje się jednocześnie doświadczeniem zbiorowym i bardzo intymnym. Nie potrzeba tu żadnej głębi, wystarczy odłożyć codzienność na bok i dać się ponieść artystom.

I tak będę spędzać popołudnia i wieczory do 5 lipca - o ile nie zawiedzie mnie ośrodek decyzyjny, bo wybór tego, co można zobaczyć w ramach tegorocznego festiwalu, przytłoczyć może niejednego.



Wszystkie zamieszczone zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu.

23:07, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 czerwca 2011
Przejście techniczne - Teatr Ochoty

Rzecz to mocna. I zaskakująca. Spektakl „Przejście techniczne” ma w sobie niepokojącą klaustrofobiczność. To studium samotności człowieka. Obserwujemy mężczyznę podczas codziennych, zwykłych czynności: przebieranie się, przygotowywanie posiłku, sprzątanie, palenie, oglądanie telewizji... Robi to wszystko z męczącą pieczołowitością, jakby chciał dokładnie wypełnić pustkę wokół siebie przesadną drobiazgowością. Widzimy, co człowiek żyjący w pojedynkę robi... ale największe wrażenie wywiera na widzu to, czego NIE robi. W głowie pojawiają się trudne pytania: jaki jest cel i sens tych wszystkich czynności? Jak to się stało, że jest sam? Kim jest na zewnątrz, poza zamkniętym światem swojego mieszkania? I w końcu to najtrudniejsze: czy jego życie w ogóle ma jakiś sens i cel? Wielkie brawa dla aktora, że udaje mu się tak maksymalnie skoncentrować – gra przed widownią złożoną z kilku osób; a każdy jego gest i wyraz twarzy można obserwować z bliska. Trudna jest ta intymność między aktorem a widzem. To prawdopodobnie o wiele większy wysiłek, niż gra dla kilkuset widzów. Na wspomnienie zakończenia mam dreszcze... granica między czasem, kiedy spektakl trwa a jego zakończeniem jest zatarta i wprawia w osłupienie – to do widza należy decyzja, ile wytrzyma i kiedy opuści widownię... Zaś picie szampana w pojedynkę to chyba najmocniejszy wyraz samotności, jaki widziałam w teatrze.

PS Postuluję wprowadzenie zakazu teatralnego dla niektórych - na wzór zakazu stadionowego. Głupawe komentarze wygłaszane scenicznym, nomen omen, szeptem przez pewnego pana skutecznie zakłócały odbiór - brawa dla aktora, że udało mu się tak maksymalnie skupić.

09:08, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 maja 2011
Tuwim dla dorosłych - Teatr Roma
Najchętniej wcale nie pisałabym tej recenzji. Nie dlatego, że to niedobre przedstawienie, a jak pisać, to albo dobrze, albo wcale. Wręcz przeciwnie - Tuwim dla dorosłych to perła, a żeby ją wydobyć z dna morza (czytaj: zdobyć bilet) trzeba się poważnie natrudzić. Chcę, zamierzam, muszę obejrzeć Tuwima raz jeszcze, a jeśli Was teraz zachęcę, to mogę przegrać wyścig do kas i walkę o bilet. Najchętniej schowałabym przed światem wspomnienie o spektaklu i jak Smeagol po przechwyceniu wiadomego pierścienia powtarzała mantrę "My precioussssss".

Ale pewnych rzeczy robić nie wypada, więc niech już będzie - napiszę.

Julian Tuwim. Moje pierwsze skojarzenie z tym nazwiskiem - absolutny mistrz języka polskiego. Moje drugie skojarzenie - absolutny mistrz sarkazmu. Uzbrojony w słowo stawał się niebezpieczny dla adwersarzy, ciął tym boleśniej, im bardziej precyzyjnie. Potrafił jednak słowem ukochać, pogłaskać, lirycznie przytulić. Przez całe życie gromadził zapiski i karteluszki z tym wszystkim, co wydało mu się intrygujące, przydatne, niebanalne; pracowicie zbierał synonimy do rozmaitych słów i z wirtuozerią je potem wykorzystywał. W polszczyźnie poeta jest obecny na wiele sposobów do dzisiaj. Wielu z nas bez trudu rozpoznaje takie frazy, jak "Ojczyzna-polszczyzna", "Mimozami jesień się zaczyna", "Prawo i sprawiedliwość", "Miłość ci wszystko wybaczy", "miejscowa idiotka z tutejszym kretynem" - wszystko to ślady po Tuwimie, łącznie z nieśmiertelnymi wierszykami dla dzieci, którymi ambitni rodzice ukulturalniają kolejne pokolenia niemowląt.

Jednak na długo przed tym, zanim  Tuwim wrył się na stałe w kulturalny krajobraz, był młodym, niepewnym swojej wartości chłopakiem, który przybył z Łodzi do nieznanej mu Warszawy. Początkowy lęk przerodził się wkrótce w szczery zachwyt i miłość, aby po wielu latach zmienić się w zgorzknienie i rozczarowanie panoszącymi się po mieście antysemickimi nastrojami, których sam padł ofiarą. Równoległą historię tego młodego chłopaka i jego narodzin jako poety oraz miasta, które było mu towarzyszem i wrogiem, opowiada przestawienie "Tuwim dla dorosłych". Utrzymany w nieco staroświeckiej estetyce dawnych słuchowisk (nie sposób oprzeć się skojarzeniom z cyklem "Bajki grajki"), spektakl zamaszyście przeprowadza widza przez karkołomną polszczyznę Tuwima. Forma słuchowiska radiowego pozwala na przeplatanie recytowanych wierszy i dykteryjek brawurowo wykonywanymi piosenkami, skomponowanymi przez Satanowskiego, Możdżera, Koniecznego i innych. Sześcioro aktorów będzie dla nas Tuwimem wyśmiewać zacofanych mieszczan i kołtunów, będzie się dla nas adorować słowem i pluć goryczą, a wszystko to bez jednej fałszywej nuty. Cymes, moi drodzy, przyrządzony ze smakiem i znawstwem.

Proszę, oto aperitif:


PS No jednak muszę, inaczej się uduszę. Nie idźcie do Romy, Nova Scena z trudem mieści kilkaset spoconych (w miarę trwania spektaklu coraz bardziej) ciał, a klimatyzacja stanowczo odmawia współpracy. Zostańcie w domu, dajcie innym szansę kupić bilet! 
17:17, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 lutego 2011
Sztuka bez tytułu (ale za to z klopsem)

Przyszedł zblazowany widz z teatru, zabrał się za pisanie recenzji i okazało się, że jej tytuł już wcześniej wymyślił i wykorzystał ktoś inny. Co więcej, okazało się, że odczucia miejscami nawet dość zbliżone do odczuć owego widza również zostały wcześniej ujęte słowa przez tę samą osobę, ze szczególnym uwzględnieniem Osipa z drapakiem na głowie (komentarzami pod zalinkowaną recenzją nie radzę się sugerować, to na pewno pisały te same osoby, które z jakiegoś powodu na zakończenie czterogodzinnej męczarni klaskały na stojąco).

Wyżej wspomniany zblazowany widz w teatrze szuka rozmaitych rzeczy. Czasem szuka zaskoczenia. Czasem formy innej niż wszystkie. Czasem tylko perfekcji. "Sztuka bez tytułu" Czechowa w Teatrze Współczesnym nie oferuje niczego z tego zestawu.

Wyobraźcie sobie przedstawienie, w którym wszystko niby gra. Galeria czechowowskich charakterów sadowi się przed widownią; zaczynają rozmawiać ze sobą, patrząc przy tym na publiczność. Już na pierwszy rzut oka widać, że postaci jest za dużo i szykuje się grubszy galimatias; trzeba będzie nieźle się wysilić, żeby załapać, kto kogo nie lubi, a kto ku komu skrywa jaką namiętność. W miarę upływu akcji wydarzenia koncentrują się na Płatonowie (Borys Szyc), którego słabość charakteru skrzywdzi właściwie wszystkich, zwłaszcza panie - zakochana w nim (czy z wzajemnością, do końca nie zostanie ustalone) wdowa po generale, głupiutka i wpatrzona w niego a wielokrotnie zdradzona żona, kochanka z dawnych czasów, która rzuci męża po to, by się dowiedzieć, że Płatonow nie odpowie na ten zryw porzuceniem własnej żony; jakaś wpatrzona w Płatonowa młódka, którą urazi to, że Płatonow całował ją jedynie dla żartu. W jednej z końcowych scen jego koszmary przemówią jednocześnie i będzie to najlepszy moment spektaklu. Ci wszyscy zdradzeni mężowie i niewierne żony, zakochani bez wzajemności, dłużnicy i alkoholicy - znamy tę czechowowską kolekcję, znamy. Każdy aktor gra w zasadzie bardzo dobrze, bywa, że doskonale. Czemu więc uważam, że przedstawienie to strata czasu? Cóż - każdy z tych doskonałych aktorów gra dla siebie, poszczególnych postaci nie łączą żadne nici, oprócz tych zawartych w warstwie tekstowej i właściwie po pewnym czasie widz się zastanawia, po co tu przyszedł i co ci ze sceny chcą powiedzieć tym na widowni. Że zdarzają się takie puste typki, które wdziękiem uwodzą ludzkość, idącą za nimi na zatracenie? Że życie jest nędzne, brudne i podłe? Nic nowego pod słońcem. 

Największym problemem tego spektaklu jest moim zdaniem Borys Szyc. W tej tragikomedii Szyc, choć tak zwanych środków wyrazu mu nie brak, po pierwsze przez cały czas pozostaje Szycem, jest charakterystyczny do kwadratu, zarzyna swoją mocną osobowością postać kryjącą się pod nim. Po drugie, Borys Szyc jest tak komiczny, że właściwie widz się gubi i nie wie, czy ma się przejąć losem krzywdzonych przez niego osób, bo przecież obserwuje tragedię, ale ta tragedia bawi i dusi w zarodku wszelkie zadumanie nad wydarzeniami. Po trzecie, Borys Szyc tak się wyróżnia ekspresją, że tłamsi pozostałe postacie. (Że można grać na granicy nadekspresji i jednocześnie nie górować nad resztą aktorów, pokazuje choćby Stelmaszyk w "Iwanowie"). Mamy zatem klops, bo jak to możliwe, że w sztuce, w której wszystko gra, nie gra nic?

Bonus: jeszcze jedna recenzja. Krytykuje argumentując odwrotnie niż niżej podpisany znudzony widz, ale wnioski wysuwa zbliżone.

21:20, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Słowo na koniec miesiąca, czyli notki niedokończone (przy czym niektóre JESZCZE nie)
Aaaaaby nie trzymać światła pod korcem, a zbyt wielu notek w poczekalni. Niedorobiony dorobek styczniowy. Ready, steady, go:

Sztuka bez tytułu - Teatr Współczesny. Czechow sprowadzony do zbyt długo żutej teatralnej gumy. Ciągnęło się, jak o cztery godziny za długo przeżuwana guma i miało podobny wdzięk. Cyzelowanie recenzji w toku.

Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi - Laurence Bergreen o jednej z najśmielszych i najbardziej ryzykownych wypraw wszech czasów. Na początku stwierdziłam, że Bergreen nadużywa przymiotników i przesadza ze złożonością zdań wielokrotnie złożonych. Twierdziłam tak przez jakieś 100 stron, po czym lekko barokowy styl dyskretnie przestał się rzucać w oczy, a na pierwszy plan wysunęły się zmagania dzielnego Magellana z pięcioma załogami, czterema żywiołami i jednym plemieniem (ale za to mściwym). Teraz czekam na dzienniki Antonia Pigafetty, kronikarza wyprawy i jednego z zaledwie osiemnastu członków pierwszej podróży dookoła świata, którzy dożyli mety. O tem potem.

Marek Edelman. Życie. Po prostu - Witold Bereś, Krzysztof Burnetko. Biografia człowieka niezłomnego.

Miasto morderca kobiet - Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal. W meksykańskim mieście Juarez, tuż przy granicy z USA, w niewyjaśnionych okolicznościach giną kobiety. Wiele kobiet. Policja działa nieudolnie, padają fałszywe oskarżenia, dowody rozpływają się w niebycie, a raporty ze zgłoszeń nigdy nie zostają napisane. Dwaj dziennikarze próbują po nitce dojść do zbyt splątanego i co gorsza znikającego kłębka - do przyczyn i sprawców popełnianych masowo morderstw. Wiele wskazuje na to, że ze sprawami powiązane są gangi narkotykowe, zaś z gangami - miejscy prominenci. Przerażające.

Razem na bieguny - Marek Kamiński. Wpaść na pomysł zabrania chłopaka bez ręki i nogi na oba bieguny i jeszcze to zrealizować - do tego trzeba być albo szaleńcem, albo wizjonerem, albo człowiekiem szalenie odpowiedzialnym. Albo wszystkim naraz. Notka trzymana jest na wolnym ogniu.

Córka polarnika - Kari Herbert. Nie do końca udana podróż w czasie córki sławnego polarnika, która jako dziesięciomiesięczne niemowlę zostaje zabrana z Anglii na Grenlandię, gdzie mieszka przez dwa lata. Podróż nieudana, za to książka, dzięki ogromnej dawce szczerości ze strony autorki - udana niezmiernie (mimo przyprawiających o ból słownika błędów ortograficznych; nazwiska korektorki i redaktorek w notce właściwej, wraz z listą dopuszczonych do obiegu niedopuszczalności, coming soon).

The Hot Zone - Robert Preston. Za górami i morzami żył sobie wirus Ebola, który pewnego dnia postanowił się rozerwać i wyjść do ludzi. Horrory pisane przez Mastertona czy Koontza  mogą horrorom pisanym przez życie czyścić stroniczki.

Irlandia. Celtycki splot - Małgorzata Goraj-Bryll i Ernest Bryll. Gdzieś już wyznałam, że opowieść państwa ambasadorostwa czytała mi się źle, ale nie potrafię sprecyzować, dlaczego. To było kilka dni temu, od tamtej pory argumenty na nie zaczęły się krystalizować. Pani Bryllowa wcisnęła Dublin w za ciasny kostium Joyce'a, a pan Bryll nadmiernie się ekscytował spotkaniami z wnukami, siostrzeńcami, prawnuczkami i dziesiątymi wodami po kisielu ludzi, którzy kiedyś coś znaczyli. (Za to wydanie przepiękne!).

Bóg. Życie i twórczość - Szymon Hołownia. Pan "nie przemyślałem sobie tego i brakiem przemyśleń postanowiłem się z wami podzielić" pisze biografię Boga (nie on pierwszy, jakby ktoś pytał). Dostałam w prezencie, to zmęczyłam, a trzeba było oddać bez czytania, bo o ile o autorze miałam całkiem dobre zdanie dotąd (ach, jakiż on ma szacunek dla myślących inaczej), o tyle zmieniłam je diametralnie (ach, jaki beton). Recenzji nie będzie.   

Konfucjusz - Jonathan Clements. Życie Konfucjusza (bez twórczości). Autor ewidentnie rozkochany w opisywanej postaci, co ma zresztą swój urok.

Tuwim - Michał Urbanek, seria A to Polska właśnie. Męcząca forma książki - obok tekstu właściwego tysiąc pińcet rameczek, obrazeczków, portrecików i wkładeczek. Biografia, ze względu na objętość, dość płaska i powierzchowna. Fanom licznych rameczek i obrazeczków, jak również papieru kredowego, jednakowoż serdecznie polecam.

Anty-TINA. Rozmowy o lepszym świecie, myśleniu i życiu - Jacek Żakowski. Wywiady Żakowskiego z ludźmi o często sprzecznych poglądach, których łączy jedno - sprzeciw wobec pewnej nieformalnej ideologii, dominującej myślenie zarówno tych, co z prawa, jak i z lewa. Poznajmy przeciwników TINA - There Is No Alternative. Bauman, Chomsky, Stiglitz, Soros, Naomi Klein, Benjamin Barber, Finkielraut, Martin Gilbert, Ronald Inglehart, Richard Rorty, Ingvar Kamprad (piękny wykład bogatego człowieka o kapitalistycznych pijawkach wysysających pieniądze z ludzkości), Oscar Niemeyer (wielbiciel Fidela Castro, świeżo po lekturze Cuba libre czyta się go jak opowieść przybysza z kosmosu), Kołakowski.

Muzycznie miała być Osiecka i Mackie Majcher. I może będzie, niechże się tylko ogarnę.   
22:29, agawa79 , Inne
Link Komentarze (8) »
niedziela, 30 stycznia 2011
Notatki z komunistycznego kraju

Niskie zarobki, kłopoty ze zdobyciem porządnego ubrania i rozkwitająca w związku z tym sztuka samodzielnej produkcji ubiorów, brak dostępu do urozmaiconej żywności, cenzurowanie książek, które mogą być dostępne na rynku, brak lekarstw i porządnych szpitali, propaganda partyjna sącząca się z telewizorów i radia, państwo kontrolujące możliwie wiele aspektów życia obywatela, więzienie za sprzeciwianie się władzy - brzmi znajomo? Tak, niektórzy z nas to przeżyli i pamiętają, ci młodsi nieraz o tym czytali. Wspomnienia z Polski sprzed 1989 roku? Nic podobnego - to świeże wrażenia ze współczesnej Kuby.

Yoani Sánchez, trzydziestokilkuletnia Kubanka zarabiająca na życie sprzątaniem i nielegalnym oprowadzaniem turystów po Hawanie, pewnego dnia zaczęła opisywać codzienne życie w swoim kraju. Żeby umieścić swoje notatki w internecie, przekradała się do hotelu i udawała cudzoziemkę - jako Kubanka nie miałaby szans, żeby umieścić swoje zapiski w sieci. Pisała o tym, jak nie podoba jej się rzeczywistość w kraju, jak nieudolna jest władza, jak trudno żyje się na co dzień, w państwie, którego mieszkańcy nie mają dostępu do tak podstawowych - wydawałoby się - produktów, jak mleko czy mięso, gdzie władze reglamentują dostęp właściwie do wszystkiego, gdzie na czternaste piętro trzeba wchodzić piechotą, bo zepsutej windy nie ma czym naprawić. Sánchez ma umiejętność wybierania z rzeczywistości takich szczegółów, dzięki którym opisywane miejsca i zdarzenia stają przed oczami jak żywe. To wielki dar, coś absolutnie niewyuczalnego. Sánchez nie pisze o niczym nadzwyczajnym, notuje tylko to, co codziennie wokół siebie widzi. W jej tonie pobrzmiewa gorycz, zgryźliwy humor, rozczarowanie i jednoczesny bunt przeciw biedzie, przeciw poczynaniom partii, przeciw ciągłej cenzurze i przeciw przejawom rozkładu społeczeństwa.

Jest przy tym niezwykle uparta i mimo nacisków nie zamierza przestać pisać. Padają na nią absurdalne podejrzenia o działanie z ramienia CIA, musi uciekać się do coraz to nowych wybiegów i sztuczek, żeby móc się dzielić z czytelnikami swoimi obserwacjami. Choć blog zablokowano dla Kubańczyków, a jej samej zakazano wyjazdu z kraju - nie pozwolono jej odebrać żadnej z nagród, jakie otrzymała za to, co pisze na swoim blogu - nie przestaje pisać. W 2008 roku Time uznał ją za jedną ze 100 najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Yoani Sanchez ironicznie komentuje, że jest prawdopodobnie jedyną osobą z tej listy, która myje swoje własne podłogi i brak jej pieniędzy na przejazd autobusem. Skromna kobieta, która nie ma możliwości, by wykorzystać swój dyplom filologa i zdolności informatyczne musi, okazuje się być niezwykle niezłomną osobą i nietuzinkową osobowością.

Jej blog, tłumaczony na bieżąco na kilkanaście języków, ukazał się w formie książki Cuba libre. Notatki z Hawany. Rewelacja; i mam tu na myśli zarówno styl, treść, jak i osobę autorki, która wykazuje się wielką odwagą i determinacją, by mówić światu, co dzieje się na Kubie poza strefami, które oglądają turyści.

Aperitif:

W latach osiemdziesiątych jechałam w radzieckiej lokomotywie, którą prowadził mój ojciec. Z siedzenia maszynisty zobaczyłam, że na torach, jakieś sto metrów przed nami, coś się rusza. To była krowa, przywiązana tak, że tylko łeb był na łasce pociągu. Zwierzę muczało i próbowało się wyrywać, bezskutecznie. Z niewinnością moich dziesięciu lat krzyknęłam do taty: "Zatrzymaj się! Krowa na torach!". Ale pociąg z trzydziestoma wagonami nie zatrzymuje się tak łatwo, a tym bardziej ze względu na zwierzę. Mój ojciec, ze spokojem kogoś, kto widział gorsze rzeczy na linii, wytłumaczył mi: "Nie martw się, właściciele sami je tak przywiązują, żeby zabił je pociąg i żeby mogli je zjeść. Mogą to zrobić tylko wtedy, gdy ja je przejadę". Kilka sekund później głuche uderzenie powiedziało mi, że ofiara się dokonała. Patrząc przez okno, dostrzegłam grupkę uśmiechniętych rolników, którzy biegli do martwego zwierzęcia. 

piątek, 28 stycznia 2011
Ogden Nash
Wyimki z Ogdena Nasha dedykuję mojemu kotu, którego poeta - nigdy rzeczonego kota nie spotkawszy - bardzo trafnie podsumował.

KOTEK
Kiedy kotek jest kotkiem, da się znieść; kłopotem
Jest to, że zaraz potem staje się on kotem.

KOT
Masz żonę (ślubną), dom masz tyż,
W nim zaś masz misz-masz, gdyż masz mysz.
Przeklinasz mysz, masz dość jej psot?
W terminarz wpisz: Z a k u p i ć: KOT.
Jest kot. Noc. Śpisz. Spiż gwiezdnych cisz.
Wtem wrzask! Drżysz: drze się kot, nie mysz.
Zlewa cię zimny pot, gdy w lot
Pojmujesz: taki, ot, jest kot.
Kto milczy - milszy; milsza niż
Łotr kot jest wyż. wspomniana mysz.
Żona, wzburzona: "Wpisz do not:
D a ć   s p o k ó j: MYSZ. Udusić: KOT".

Więcej podobnych i jeszcze zabawniejszych niż powyższe wierszy znaleźć można w tomie wierszy Nasha przetłumaczonych przez Barańczaka W świecie mułów nie ma regułów,
zawierającą mnóstwo smaczków takich jak na przykład panorama zachowań, którymi ludzie działają sobie nawzajem na nerwy.  Ze względu na niemożliwe do uniknięcia wybuchy śmiechu będące skutkiem lektury, nie zaleca się czytania niniejszego tomu w miejscach, gdzie wybuchy śmiechu zostałyby uznane za zachowanie nieodpowiednie i nielicujące z powagą.
00:10, agawa79 , Inne
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10