stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
piątek, 29 stycznia 2010
Folk na Łotwie

Z braku weny do pisania o Tartuffie i jednocześnie wiedziona niechęcią do świecenia blogopustkami przez okres dłuższy niż kilka dni wstawiam (mam nadzieję, że wstawiam) video z festiwalu folkowego na Łotwie. Łotwa jest jedynym - a na pewno jednym z nielicznych - krajem w Europie, gdzie muzyka ludowa jest ciągle żywa. Połowa Łotyszy śpiewa w chórze, każdy z nich zna setki pieśni. Nie dziwię się, że chcą się tych pieśni uczyć, skoro one tak brzmią. :) Na video widać ogromny tłum śpiewaków. Początkowo sądziłam, że to publiczność, a tymczasem okazuje się, że to chór. Niezły chór, co?
poniedziałek, 25 stycznia 2010
"Wassa Żeleznowa" w Och-Teatrze
Zgodnie z zapowiedziami, nowy teatr Krystyny Jandy, Och-Teatr, stworzony w budynku dawnego Kina Ochota, miał być sceną z ofertą dla młodszego widza, bardziej nowoczesną i z ostrzejszym pazurem niż repertuar teatru Polonia. W świetle tych deklaracji wybór spektaklu na inaugurację nowej sceny dziwi, i to bardzo. Trącąca myszką Wassa Żeleznowa Gorkiego jako sztandarowy spektakl raczkującego teatru nie zachęca do wejścia w bliższą relację z tym miejscem.

Wassa Żeleznowa ma w życiu pod górkę. Urodziła dziewięcioro dzieci, z których przeżyła tylko trójka. Syn jest kaleką, po tym jak Żeleznow kopnął ciężarną Wassę w brzuch. Jedna z córek, Luba, jest, jak mówi Wassa, "niezdolna do nauki" - upośledzona. Druga z żyjących, Natalia (w tej roli histeryczna Joanna Kulig) pije, pali i się buntuje. W domu panuje przemoc, chłód uczuciowy, emocjonalne szantaże, pojawia się problem pedofilii; na kłopoty z rodziną nakładają się problemy finansowe. Wassa, żeby ratować rozpadające się przedsiębiorstwo, nie waha się przed popełnieniem zbrodni. Że happy endu nie będzie, wiadomo od początku.

Z tym spektaklem wszystko jest jakoś nie tak. Wyszło mdło, staroświecko, mało dramatycznie. Między poszczególnymi postaciami dramatu nie ma żadnego napięcia, każdy jest na scenie jakby dla siebie i dla siebie wypowiada swoje kwestie. Lubię w teatrze się zatracić i zapomnieć, gdzie jestem; tym razem przez cały czas byłam świadoma, że to tylko teatr i oni wszyscy jedynie udają. Nie wiem, być może spowodował to układ sceny, ustawionej pośrodku tak, że widzowie siedzący po obu jej stronach widzą się nawzajem. Nawet kiedy Żeleznow (Jerzy Trela, wyszedł na scenę, potańcował, poironizował sztucznie) okłada Wassę sznurem, na którym ona wcześniej kazała mu się powiesić - dla dobra rodziny, aby nie przepuszczał już więcej topniejącego majątku - to nic mnie to nie obeszło.

Grająca niepełnosprawną umysłowo Lubę Justyna Schneider nieco przeszarżowuje ze środkami wyrazu - to machanie rączkami wokół twarzy, przekrzywianie głowy, dziwny płacz - aż chce się powiedzieć: eeetam, nuda, oczywistość i jazda na stereotypie. Lidia Sadowa, grająca Annę, zaufaną służącą Wassy, również nie zachwyca. Świetna była jako entuzjastyczna, rozedrgana zakonnica w Wątpliwości, natomiast w Wassie niczym nie zaskakuje, nie robi swoją rolą wrażenia. Żadnego. Wspominaną wyżej Joannę Kulig pamiętam z Szansy na sukces z piosenkami Grzegorza Turnaua. Między ciszą a ciszą zaśpiewała tak, jak Turnau nigdy by nie umiał i czasem zastanawiałam się, co się z tą dziewczyną dalej stało. Niedawno dowiedziałam się, że została aktorką, a kiedy pojawiła się na deskach Och-Teatru - zawiodła. Jak większość aktorów w tym przedstawieniu, jej gra jest taka oczywista, pozbawiona niuansów nadających głębię postaci, nieświeża.

O grze Jandy w tytułowej roli aż mi przykro pisać. Niestety, widać wyraźnie, że aktorka ma za dużo na głowie i nie dopracowała swojego występu. Jej Wassa jest jak Janda w złym humorze. Nic więcej.

Przedstawienie ożywia się jedynie w chwili wejścia na scenę czteroletniego chłopca, grającego Kolę, wnuka Wassy. Uroczy, odważny dzieciak, kradnący serce nie tylko scenicznej babce, ale i widzom.

Cały spektakl klei się słabo, nie porusza, nawet uderzenie mocniejszymi tekstami (w tym moim ulubionym: "Litość jest jak piach sypany w tryby maszyny") traci impet w niemrawości przekazu aktorskiego. Nie ma tam tchnienia rosyjskiego ducha, który tak kocham u wschodnich autorów. Reakcja widowni po spektaklu była zastanawiająca, nie rozumiem, za co były te owacje na stojąco. Ale znalazło się oprócz mnie jeszcze kilku chamów, co nie wstali. Moim zdaniem Wassa Żeleznowa to
spektakl do zapomnienia. A jeszcze lepiej - do ominięcia.

A jeśli zapamiętam coś z sobotniego wieczoru, to będzie to raczej wypalona po teatrze fajka wodna. Ale to jest już zupełnie inna historia.
10:08, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (9) »
wtorek, 12 stycznia 2010
Zbigniew Herbert i Stanisław Barańczak. Korespondencja.
Przeczytane do śniadania. :)

Korespondencja między Zbigniewem Herbertem i Stanisławem Barańczakiem to krótka książeczka zawierająca listy, jakie dwaj poeci wymieniali między sobą w latach 1972 - 1996. Listy obu intelektualistów uzupełnione zostały o Aneks, zawierający esej Herberta napisany po śmierci Josifa Brodskiego, jego listy do Adama Michnika i Barbary Toruńczyk (która była redaktorem omawianego tomu) oraz wiersze - również w wersji surowej, ze skreśleniami i poprawkami - dedykowane osobom, o których mowa w korespondencji: Adamowi Zagajewskiemu, Ryszardowi Krynickiemu, Wiktorowi Woroszylskiemu i innym. Dołączone zapiski rzucają nowe światło na przyjaźń Herberta i Barańczaka.

Mało obszerna (niestety) korespondencja pozwala czytelnikowi nabrać pewnego pojęcia, jaka była natura relacji łącząca obu poetów. Pierwszy list Barańczaka do Herberta, rozpoczynający się jeszcze oficjalnym "Szanowny Panie" (dopiero później stosunki między panami staną się bardziej zażyłe i poufałe) przepełniony jest podziwem i szacunkiem Barańczaka dla starszego kolegi po fachu. Obaj zresztą uważali, jak się wydaje - szczerze, że możliwość obcowania i współpracy z tym drugim jest ogromnym wyróżnieniem i zaszczytem. Z czasem panowie zaczęli poruszać w listach sprawy nie tylko zawodowe, ale także osobiste; każdy kolejny fragment korespondencji jest dowodem na pogłębianie się więzi między mężczyznami, obrazuje przyjaźń i wsparcie, jakiego dwaj mężczyźni byli gotowi sobie nawzajem udzielać.

Zdumiewający jest długi list napisany przez Herberta do Barańczaka 6 sierpnia 1990 r. Zaczyna się od mniej ważnych spraw, a całe jego sedno wylewa się z Herberta w obszernym postscriptum. Herbert odsłania w tym liście przed Barańczakiem szczegóły swoich kontaktów z PAX-em, opowiada o przeżyciach z czasów stalinizmu, relacjonuje dokładnie "jak hartowała się stal", jak nie poddawał się rozmaitym naciskom, jak wewnętrznie bronił się przed totalitaryzmem. Herbert mówi wiele o wątpliwościach, jakie targały nim wówczas i w późniejszym okresie, nie czyniąc z siebie przy tym męczennika ani świętego. Spowiedzi tej towarzyszą narzekania na stan współczesnej polszczyzny oraz rozważania nad istotą PRL, w której Herbert z jednej strony dostrzegał wielką nierówność i niesprawiedliwość społeczną, a która z drugiej strony doceniała wpływ kultury na ludzkie sumienia i kształtowanie postaw i gdzie kultura i literatura były zwyczajnie ważne. Władze zresztą cynicznie korzystały z dostępnych im środków, aby twórczość literacką kierować w pożądanych przez nią kierunkach. Bardzo przekonująco mówi Herbert o wpływach wzmocnienia i łagodzenia cenzury na możliwość wypowiadania się twórców, w tym - jak byśmy dziś powiedzieli - niszowych.

Oprócz transkrypcji listów i wierszy Korespondencja zawiera także rękopisy i rysunki Herberta, co jest kolejnym powodem, aby sięgnąć po tę pozycję.

W jednym z listów Barańczak dzieli się z Herbertem świeżym tłumaczeniem wiersza Williama Blake'a pt. Tygrys. Wiersz ów wszedł później w skład przygotowanej przez Barańczaka antologii Z Tobą, więc ze wszystkim. 222 arcydzieła angielskiej i amerykańskiej liryki religijnej. Nie mogę się oprzeć zamieszczeniu tutaj przekładu jednego z moich ulubionych wierszy.

Tygrys

Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
Jakiemuż nieziemskiemu oku
Przyśniło się, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii?

Jakaż to otchłań nieb odległa
Ogień w źrenicach twych zażegła?
Czyje to skrzydła, czyje dłonie
Wznieciły to, co w tobie płonie?

Skąd prężna krew, co życie wwierca
W skręcony supeł twego serca?
Czemu w nim straszne tętno bije?
Czyje w tym moce? kunszty czyje?

Jakim to młotem kuł zajadle
Twój mózg, na jakim kładł kowadle
Z jakich palenisk go wyjmował
Cęgami wszechpotężny kowal?

Gdy rój gwiazd ciskał swoje włócznie
Na ziemię, łzami wilżąc jutrznię,
Czy się swym dziełem Ten nie strwożył,
Kto Jagnię lecz i ciebie stworzył?

Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
W jakim to nieśmiertelnym oku
Śmiał wszcząć się sen, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii?

niedziela, 10 stycznia 2010
"Romeo i Julia" w Teatrze Wielkim
Romeo i Julia z choreografią ułożoną przez Emila Wesołowskiego to kolejny spektakl w Teatrze Wielkim, który szczerze polecam. Co prawda ogólnie wolę raczej balet nowoczesny niż klasyczny, ale Romea i Julię oglądałam z przyjemnością.

Historia dwojga nieszczęśliwych kochanków z Werony jest przedstawiona w przystępny sposób; nawet osoba nie pamiętająca niuansów historii Szekspira zorientuje się, co tancerze ze sceny chcą powiedzieć. Początkowo chciałam oskarżyć twórców baletu o łopatologię narracyjną, ale moja towarzyszka podsłuchała w antrakcie pewną gimnazjalistkę, która spytała koleżankę: "Ty, a ten w białym to właściwie kto to jest?". Ten w białym to był Romeo... Tancerze grali nie tylko ciałami, ale i mimiką, może nieco przerysowaną, gdyby rozpatrywać ją w kategoriach standardowego teatru, ale dodającą smaczku przedstawieniu. Pierwszy raz siedziałam tak blisko sceny w Teatrze Wielkim i ze zdumieniem odkryłam, że tancerze mają twarze - i że ich oblicza są zasadniczym składnikiem ról.

Przyciężkiej i poważnej muzyce Siergieja Prokofiewa towarzyszyła choreografia Emila Wesołowskiego. Porządny kawał roboty - w tańcu zaprojektowanym przez Wesołowskiego można bez trudu odczytać wszystkie emocje, jakie towarzyszyły bohaterom. Na scenie jest i lirycznie, i dramatycznie, i zabawnie - w tym miejscu brawa dla Anny Białeckiej, tańczącej rolę Piastunki Julii. Ogromnie podobał mi się zadziorny Tybalt z blond czupryną, tańczony przez Siergieja Popowa. Przewaga tancerzy tytułowych ról, Władimira Jaroszenki (gdybym była z piętnaście lat młodsza, powiedziałabym o nim: ciacho) i Aleksandry Liaszenko, nad aktorami odtwarzającymi te same role w klasycznym teatrze polega na tym, że oboje są młodzi, nie obarczeni bagażem życiowych klęsk i znakomicie pokazują, że oto stawiają pierwsze kroki w miłości.

Lekkość choreografii zostaje niestety przytłoczona przez stroje, bardzo dosłownie nawiązujące do ubiorów średniowiecznych, wielowarstwowe, ciężkie, choć z drugiej strony barwne i różnorodne. Scena balu u Capulettich, odtańczona przez tłum tancerzy w obszernych szatach i figlarnych nakryciach głowy, sprawia, że w stronę widza wędrują magiczne wibracje. I w tym miejscu naprawdę nie ma znaczenia, że ów bal przypomina raczej scenę z jakiejś opery niż z baletu. Kostiumom zarzucić można również pewną niekonsekwencję, niektóre tancerki są ubrane w trzewiki podobne do tych, jakie noszono w średniowieczu, zaś innym spod starodawnego kostiumu wystają białe rajstopy i białe pointy. Stroje Romea i Julii wyróżniają się na ich tle zwiewnością i jako jedyne zrywają z dosłownością nawiązań do dawnej epoki.

Balet Romeo i Julia okazał się bardzo dobrym wyborem na spędzenie wieczoru; trzy godziny minęły nie wiadomo kiedy. Zainteresowanym polecam objerzenie zdjęć ze spektaklu - tu akurat w nieco innej obsadzie niż miałam przyjemność oglądać.
20:08, agawa79 , Inne
Link Komentarze (2) »
środa, 06 stycznia 2010
Fotoplastikon (?) Jacka Dehnela

Fotoplastikon to skromny pradziadek dzisiejszych technik, w których tworzone są różne Odloty i Avatary, proste urządzenie, nakładające na siebie dwa prawie identyczne zdjęcia, robione pod minimalnie różnymi kątami, dzięki czemu oglądający widzi przed sobą obraz w trójwymiarze. Od książki pod takim tytułem oczekiwałabym, że płaski, dwuwymiarowy obraz dzięki tekstowi zobaczę w trzech wymiarach, że tekst nada głębię zdjęciu, w którym widzę jedynie szerokość i wysokość. Nie liczyłam na nic mniej - ale i na nic więcej. Nie oczekiwałam narzucania mi natrętnych skojarzeń, podsuwania ohydnych myśli, które bez udziału Dehnela nie przyszłyby mi do głowy, niepotrzebne mi nadinterpretacje i odnajdywanie w starych fotografiach treści, których tam nie ma i nigdy nie było. Wybór zdjęć zamieszczonych w albumie jest raczej przypadkowy, nie łączy ich nic poza tym, że wszystkie zostały przez autora wygrzebane w antykwariatach, na pchlich targach czy na Allegro. Przypadkowość owa jednak nie razi, a sprawia wrażenie różnorodności; sugeruje także, że czasów minionych nie da się ogarnąć w całości, zaś wiedzę o nich można próbować zdobyć jedynie z przypadkowych przebłysków.

O ile zdjęcia mi się podobały, o tyle jako całość Fotoplastikon Jacka Dehnela przyniósł mi ogromny zawód. Już po pierwszym tekście, Gówno chłopu nie zegarek, krew zalała mi oczy. Z arogancją zachowującą pozory elegancji Dehnel wysnuł tezę, jakoby demokratyzacja aparatu fotograficznego doprowadziła do upadku sztukę robienia zdjęć. Dehnel, wielbiciel przeszłości, sugeruje, że tylko dawniej, panie dziejku, ludzie robili zdjęcia z duszą, z wyczuciem, nie to, co te gamonie w dzisiejszych czasach, wypuszczające z byle jakich cyfrówek byle jaki chłam. Naprawdę trzeba się wykazać złą wolą albo niezrozumieniem pewnych mechanizmów, żeby stwierdzić coś takiego. Równie dobrze można utrzymywać, że wyrugowanie analfabetyzmu ze społeczeństwa doprowadziło do upadku literatury. Jasne, internet, twarde dyski komputerów i, w mniejszym stopniu, albumy w przeciętnych polskich domach pełne są nieciekawych, źle zrobionych, wszystkich na jedno kopyto zdjęć. Wystarczy jednak odrobinę się wysilić, żeby znaleźć współczesne fotografie, będące manifestem talentu, nietuzinkowości i artyzmu ich autorów. (W tym miejscu chciałam podać linki do kilku fotoblogów, ilustrujących zjawisko wspomniane przeze mnie w poprzednim zdaniu, ale jako że nie jestem pewna, czy ich autorzy nie mieliby nic przeciwko znalezieniu się w takim kontekście i towarzystwie, ufam, że moi czytelnicy sami dotrą do podobnych blogów).

Po takim wstępie ledwo powstrzymałam się od uruchomienia całej złej woli czytelniczej, żeby dostrzec w Fotoplastikonie wyłącznie negatywne strony. Niestety, nawet założony obiektywizm nie pomoże Fotoplastikonowi się obronić. Największy zarzut muszę skierować przeciw językowi. Polszczyzna, jaką posługuje się Dehnel, jest nieznośna - ciężka, zbyt ozdobna, pretensjonalna, pseudo-erudycyjna. Przeładowana jak dawno nie wietrzone biedermeierowskie wnętrze. Pełna poczucia wyższości nad tymi, co nie widzą w zdjęciach treści wypoconych przez pana pisarza. Usiana literackimi wycieruchami - w opisie jednej z fotografii pojawia się zwrot bezkresne morze margerytek, od oklepania tego zwrotu bolą zęby, zwłaszcza, że domniemany bezkres kończy się na linii drzew widocznych w pobliżu. Zakochałam się też w opisie pewnej służącej - miała mieć ostre białe ząbki i przyklejone do czoła spocone kosmyki. Świetny i trafny opis, jeśli się go czyta po raz pierwszy, przy setnym już jakby nie za bardzo. Są tacy eseiści, którzy klarownością języka i precyzją formułowania myśli sprawiają, że moje własne niezwerbalizowane z braku talentu przeczucia krystalizują się na papierze - dajcież mi Brodskiego, Boya! Chcę Barańczaka, prawdziwego erudytę, skromnego przy świadomości własnej wielkości! Dehnel posługuje się obcą mi mową, na domiar złego bywa, że w tym nieznanym języku bełkocze. Do szału doprowadzają mnie popisy Dehnela, mające ukazać wyszukanie smaku pisarza, wyrafinowanie gustu i nieprzeciętność upodobań. A idźże w diabły, panie pisarzu, ze swoimi nadętymi eseikami, ja pozostanę przy tych autorach, którzy nie przemawiają do mnie z wyżyn swej wspaniałości, ale objaśniają mi rozmaite zjawiska, nie wpędzając mnie przy tym w kompleksy.

Wspomniałam już wyżej, że w Fotoplastikonie Dehnel ma nieznośną tendencję do skrzywionego widzenia świata widocznego na fotografii. Jego minieseje miały nadać obrazom trzeci wymiar, jeśli ślepo wierzyć tytułowi. Nie miały tekstem zniekształcać obrazu. Miało być tak - lewe oko na zdjęcie, prawe na tekst, razem stanowią spójną całość. Niestety, podczas lektury Fotoplastikonu czułam, że dostaję zeza - lewe oko na Maroko, a prawe na Kaukaz; tekst często nie miał wiele wspólnego z obrazem. I tak na przykład zdjęcie ze "staruszkiem" na 22. stronie - Dehnel pisze o nim hoży staruszek w pociesznych okularach. Po pierwsze - żadnego staruszka tam nie widziałam, facet najwyżej pięćdziesięcioletni to nie starzec. Po drugie, nawet jeśli przyjmiemy, że to starsza osoba - to czemu hoży? Jeśli stoi i się nie przewraca, to zaraz musi być hoży? Nie wiem też, co pociesznego jest w jego okularach - normalne są, grube, druciane, o okrągłych szkłach - takie, jak się wtedy nosiło; za to słowo pocieszne jest koszmarnie protekcjonalne. Pocieszny będzie później również sposób, w jaki czarne kobiety przepasały szarfami swoje sukienki; sposób, jakim nie splamiłaby się żadna biała pani z Europy. (W tym miejscu w rzeczywistości pozawirtualnej odbywa się skakanie gula autorki tych słów).

Najbardziej irytujące są inklinacje Dehnela do doszukiwania się seksualnych podtekstów tam, gdzie mnie nie przychodzą one do głowy oraz do wyolbrzymiania, trywializowania i wynaturzania subtelnych treści erotycznych. Drażni mnie u Dehnela jego pełen wyższości ton, którym obwieszcza, że ci, którzy zamykają oczy na pewne oczywistości, idą na łatwiznę. Albowiem tylko słowo Jacka Dehnela może oświetlić drogę ciemnocie zamykającej oczy i uszy na głębię. Nie chciałabym napisać, że Dehnel chwilami bredzi, ale chyba to najodpowiedniejsze słowo dla oddania charakteru niektórych esejów. Bredzi i wysysa z palca historie, które nijak nie pasują do prezentowanych zdjęć, okraszając tę mało strawną mieszankę dziwacznymi pretensjami adresowanymi do tych, co nie dostrzegają w fotografiach elementów, których tam nie ma.

Podsumowując część masakrującą - wyobraźnia rzecz cenna, ale jednak bardziej cenię jej różnorodność niż pozorne zgłębianie w kółko jednego tematu. Z eseików Dehnela bije mi fałszem, banałem i niezdrowymi asocjacjami, a bywa, że i wulgarnością.

Przyznaję jednak, że Dehnel zaliczył Fotoplastikonem kilka pisarskich wzlotów. Tekst ze strony 45. ukazujący chłopską rodzinę w konwencji filmu przyrodniczego napisany został całkiem zgrabnie i dowcipnie, choć już wizja samców ze strony 47. rozczarowuje, jest przerysowana. W tekstach takich jak Paralaksa, Tempus, Splot Dehnel uczynił dokładnie to, czego oczekiwałam po całym Fotoplastikonie - przedstawił moim oczom idealnie nakładający się tekst i obraz, dzięki czemu dostrzegłam głębię zdjęcia i prawdę o tym, co widzę. Perełką i prawdziwym zaskoczeniem jest esej Brak, towarzyszący fotografii pl. Zamkowego w Warszawie. Patrzyłam na to zdjęcie i zachodziłam w głowę, co tu jest, do cholery, nie tak. Dehnel to wyjaśnia, w prowokujący do myślenia sposób. Tego mi trzeba, inspiracji i zabijania ćwieczka, to pragnę dostawać od pisarzy. Ale tych kilka jaskółek nie czyni z Fotoplastikonu wiosny, więc całe przedsięwzięcie uznaję za pretensjonalną, rozczarowującą skuchę.

wtorek, 05 stycznia 2010
Uprzejmie donoszę...

... że żyję, tylko pochłonęła mnie biografia Heleny Modrzejewskiej autorstwa Józefa Szczublewskiego. O ta. Recenzja w swoim czasie.

I obiecane wrażenia z Fotoplastikonu prawie gotowe, więc jutro je tu wrzucę.