stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Słowo na koniec miesiąca, czyli notki niedokończone (przy czym niektóre JESZCZE nie)
Aaaaaby nie trzymać światła pod korcem, a zbyt wielu notek w poczekalni. Niedorobiony dorobek styczniowy. Ready, steady, go:

Sztuka bez tytułu - Teatr Współczesny. Czechow sprowadzony do zbyt długo żutej teatralnej gumy. Ciągnęło się, jak o cztery godziny za długo przeżuwana guma i miało podobny wdzięk. Cyzelowanie recenzji w toku.

Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi - Laurence Bergreen o jednej z najśmielszych i najbardziej ryzykownych wypraw wszech czasów. Na początku stwierdziłam, że Bergreen nadużywa przymiotników i przesadza ze złożonością zdań wielokrotnie złożonych. Twierdziłam tak przez jakieś 100 stron, po czym lekko barokowy styl dyskretnie przestał się rzucać w oczy, a na pierwszy plan wysunęły się zmagania dzielnego Magellana z pięcioma załogami, czterema żywiołami i jednym plemieniem (ale za to mściwym). Teraz czekam na dzienniki Antonia Pigafetty, kronikarza wyprawy i jednego z zaledwie osiemnastu członków pierwszej podróży dookoła świata, którzy dożyli mety. O tem potem.

Marek Edelman. Życie. Po prostu - Witold Bereś, Krzysztof Burnetko. Biografia człowieka niezłomnego.

Miasto morderca kobiet - Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal. W meksykańskim mieście Juarez, tuż przy granicy z USA, w niewyjaśnionych okolicznościach giną kobiety. Wiele kobiet. Policja działa nieudolnie, padają fałszywe oskarżenia, dowody rozpływają się w niebycie, a raporty ze zgłoszeń nigdy nie zostają napisane. Dwaj dziennikarze próbują po nitce dojść do zbyt splątanego i co gorsza znikającego kłębka - do przyczyn i sprawców popełnianych masowo morderstw. Wiele wskazuje na to, że ze sprawami powiązane są gangi narkotykowe, zaś z gangami - miejscy prominenci. Przerażające.

Razem na bieguny - Marek Kamiński. Wpaść na pomysł zabrania chłopaka bez ręki i nogi na oba bieguny i jeszcze to zrealizować - do tego trzeba być albo szaleńcem, albo wizjonerem, albo człowiekiem szalenie odpowiedzialnym. Albo wszystkim naraz. Notka trzymana jest na wolnym ogniu.

Córka polarnika - Kari Herbert. Nie do końca udana podróż w czasie córki sławnego polarnika, która jako dziesięciomiesięczne niemowlę zostaje zabrana z Anglii na Grenlandię, gdzie mieszka przez dwa lata. Podróż nieudana, za to książka, dzięki ogromnej dawce szczerości ze strony autorki - udana niezmiernie (mimo przyprawiających o ból słownika błędów ortograficznych; nazwiska korektorki i redaktorek w notce właściwej, wraz z listą dopuszczonych do obiegu niedopuszczalności, coming soon).

The Hot Zone - Robert Preston. Za górami i morzami żył sobie wirus Ebola, który pewnego dnia postanowił się rozerwać i wyjść do ludzi. Horrory pisane przez Mastertona czy Koontza  mogą horrorom pisanym przez życie czyścić stroniczki.

Irlandia. Celtycki splot - Małgorzata Goraj-Bryll i Ernest Bryll. Gdzieś już wyznałam, że opowieść państwa ambasadorostwa czytała mi się źle, ale nie potrafię sprecyzować, dlaczego. To było kilka dni temu, od tamtej pory argumenty na nie zaczęły się krystalizować. Pani Bryllowa wcisnęła Dublin w za ciasny kostium Joyce'a, a pan Bryll nadmiernie się ekscytował spotkaniami z wnukami, siostrzeńcami, prawnuczkami i dziesiątymi wodami po kisielu ludzi, którzy kiedyś coś znaczyli. (Za to wydanie przepiękne!).

Bóg. Życie i twórczość - Szymon Hołownia. Pan "nie przemyślałem sobie tego i brakiem przemyśleń postanowiłem się z wami podzielić" pisze biografię Boga (nie on pierwszy, jakby ktoś pytał). Dostałam w prezencie, to zmęczyłam, a trzeba było oddać bez czytania, bo o ile o autorze miałam całkiem dobre zdanie dotąd (ach, jakiż on ma szacunek dla myślących inaczej), o tyle zmieniłam je diametralnie (ach, jaki beton). Recenzji nie będzie.   

Konfucjusz - Jonathan Clements. Życie Konfucjusza (bez twórczości). Autor ewidentnie rozkochany w opisywanej postaci, co ma zresztą swój urok.

Tuwim - Michał Urbanek, seria A to Polska właśnie. Męcząca forma książki - obok tekstu właściwego tysiąc pińcet rameczek, obrazeczków, portrecików i wkładeczek. Biografia, ze względu na objętość, dość płaska i powierzchowna. Fanom licznych rameczek i obrazeczków, jak również papieru kredowego, jednakowoż serdecznie polecam.

Anty-TINA. Rozmowy o lepszym świecie, myśleniu i życiu - Jacek Żakowski. Wywiady Żakowskiego z ludźmi o często sprzecznych poglądach, których łączy jedno - sprzeciw wobec pewnej nieformalnej ideologii, dominującej myślenie zarówno tych, co z prawa, jak i z lewa. Poznajmy przeciwników TINA - There Is No Alternative. Bauman, Chomsky, Stiglitz, Soros, Naomi Klein, Benjamin Barber, Finkielraut, Martin Gilbert, Ronald Inglehart, Richard Rorty, Ingvar Kamprad (piękny wykład bogatego człowieka o kapitalistycznych pijawkach wysysających pieniądze z ludzkości), Oscar Niemeyer (wielbiciel Fidela Castro, świeżo po lekturze Cuba libre czyta się go jak opowieść przybysza z kosmosu), Kołakowski.

Muzycznie miała być Osiecka i Mackie Majcher. I może będzie, niechże się tylko ogarnę.   
22:29, agawa79 , Inne
Link Komentarze (8) »
niedziela, 30 stycznia 2011
Notatki z komunistycznego kraju

Niskie zarobki, kłopoty ze zdobyciem porządnego ubrania i rozkwitająca w związku z tym sztuka samodzielnej produkcji ubiorów, brak dostępu do urozmaiconej żywności, cenzurowanie książek, które mogą być dostępne na rynku, brak lekarstw i porządnych szpitali, propaganda partyjna sącząca się z telewizorów i radia, państwo kontrolujące możliwie wiele aspektów życia obywatela, więzienie za sprzeciwianie się władzy - brzmi znajomo? Tak, niektórzy z nas to przeżyli i pamiętają, ci młodsi nieraz o tym czytali. Wspomnienia z Polski sprzed 1989 roku? Nic podobnego - to świeże wrażenia ze współczesnej Kuby.

Yoani Sánchez, trzydziestokilkuletnia Kubanka zarabiająca na życie sprzątaniem i nielegalnym oprowadzaniem turystów po Hawanie, pewnego dnia zaczęła opisywać codzienne życie w swoim kraju. Żeby umieścić swoje notatki w internecie, przekradała się do hotelu i udawała cudzoziemkę - jako Kubanka nie miałaby szans, żeby umieścić swoje zapiski w sieci. Pisała o tym, jak nie podoba jej się rzeczywistość w kraju, jak nieudolna jest władza, jak trudno żyje się na co dzień, w państwie, którego mieszkańcy nie mają dostępu do tak podstawowych - wydawałoby się - produktów, jak mleko czy mięso, gdzie władze reglamentują dostęp właściwie do wszystkiego, gdzie na czternaste piętro trzeba wchodzić piechotą, bo zepsutej windy nie ma czym naprawić. Sánchez ma umiejętność wybierania z rzeczywistości takich szczegółów, dzięki którym opisywane miejsca i zdarzenia stają przed oczami jak żywe. To wielki dar, coś absolutnie niewyuczalnego. Sánchez nie pisze o niczym nadzwyczajnym, notuje tylko to, co codziennie wokół siebie widzi. W jej tonie pobrzmiewa gorycz, zgryźliwy humor, rozczarowanie i jednoczesny bunt przeciw biedzie, przeciw poczynaniom partii, przeciw ciągłej cenzurze i przeciw przejawom rozkładu społeczeństwa.

Jest przy tym niezwykle uparta i mimo nacisków nie zamierza przestać pisać. Padają na nią absurdalne podejrzenia o działanie z ramienia CIA, musi uciekać się do coraz to nowych wybiegów i sztuczek, żeby móc się dzielić z czytelnikami swoimi obserwacjami. Choć blog zablokowano dla Kubańczyków, a jej samej zakazano wyjazdu z kraju - nie pozwolono jej odebrać żadnej z nagród, jakie otrzymała za to, co pisze na swoim blogu - nie przestaje pisać. W 2008 roku Time uznał ją za jedną ze 100 najbardziej wpływowych intelektualistów świata. Yoani Sanchez ironicznie komentuje, że jest prawdopodobnie jedyną osobą z tej listy, która myje swoje własne podłogi i brak jej pieniędzy na przejazd autobusem. Skromna kobieta, która nie ma możliwości, by wykorzystać swój dyplom filologa i zdolności informatyczne musi, okazuje się być niezwykle niezłomną osobą i nietuzinkową osobowością.

Jej blog, tłumaczony na bieżąco na kilkanaście języków, ukazał się w formie książki Cuba libre. Notatki z Hawany. Rewelacja; i mam tu na myśli zarówno styl, treść, jak i osobę autorki, która wykazuje się wielką odwagą i determinacją, by mówić światu, co dzieje się na Kubie poza strefami, które oglądają turyści.

Aperitif:

W latach osiemdziesiątych jechałam w radzieckiej lokomotywie, którą prowadził mój ojciec. Z siedzenia maszynisty zobaczyłam, że na torach, jakieś sto metrów przed nami, coś się rusza. To była krowa, przywiązana tak, że tylko łeb był na łasce pociągu. Zwierzę muczało i próbowało się wyrywać, bezskutecznie. Z niewinnością moich dziesięciu lat krzyknęłam do taty: "Zatrzymaj się! Krowa na torach!". Ale pociąg z trzydziestoma wagonami nie zatrzymuje się tak łatwo, a tym bardziej ze względu na zwierzę. Mój ojciec, ze spokojem kogoś, kto widział gorsze rzeczy na linii, wytłumaczył mi: "Nie martw się, właściciele sami je tak przywiązują, żeby zabił je pociąg i żeby mogli je zjeść. Mogą to zrobić tylko wtedy, gdy ja je przejadę". Kilka sekund później głuche uderzenie powiedziało mi, że ofiara się dokonała. Patrząc przez okno, dostrzegłam grupkę uśmiechniętych rolników, którzy biegli do martwego zwierzęcia. 

piątek, 28 stycznia 2011
Ogden Nash
Wyimki z Ogdena Nasha dedykuję mojemu kotu, którego poeta - nigdy rzeczonego kota nie spotkawszy - bardzo trafnie podsumował.

KOTEK
Kiedy kotek jest kotkiem, da się znieść; kłopotem
Jest to, że zaraz potem staje się on kotem.

KOT
Masz żonę (ślubną), dom masz tyż,
W nim zaś masz misz-masz, gdyż masz mysz.
Przeklinasz mysz, masz dość jej psot?
W terminarz wpisz: Z a k u p i ć: KOT.
Jest kot. Noc. Śpisz. Spiż gwiezdnych cisz.
Wtem wrzask! Drżysz: drze się kot, nie mysz.
Zlewa cię zimny pot, gdy w lot
Pojmujesz: taki, ot, jest kot.
Kto milczy - milszy; milsza niż
Łotr kot jest wyż. wspomniana mysz.
Żona, wzburzona: "Wpisz do not:
D a ć   s p o k ó j: MYSZ. Udusić: KOT".

Więcej podobnych i jeszcze zabawniejszych niż powyższe wierszy znaleźć można w tomie wierszy Nasha przetłumaczonych przez Barańczaka W świecie mułów nie ma regułów,
zawierającą mnóstwo smaczków takich jak na przykład panorama zachowań, którymi ludzie działają sobie nawzajem na nerwy.  Ze względu na niemożliwe do uniknięcia wybuchy śmiechu będące skutkiem lektury, nie zaleca się czytania niniejszego tomu w miejscach, gdzie wybuchy śmiechu zostałyby uznane za zachowanie nieodpowiednie i nielicujące z powagą.
00:10, agawa79 , Inne
Link Komentarze (6) »
czwartek, 27 stycznia 2011
Wiedźmy

Kiedy żyje się w mieście, w dużym mieście pełnym latarni, wieżowców z rozświetlonymi oknami i innych źródeł sztucznego światła, łatwo zapomina się, co to jest ciemność. Wystarczy jednak pojechać dwieście kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód, aby na mazurskim bezdrożu przekonać się na własne oczy i mdlejące serce, jaki świat potrafi być ciemny, jeśli się postara. Dwa lata temu w mazurskich okolicznościach przyrody (ja plus drewniana chata jęcząca przy byle podmuchu wiatru plus dwoje dzieci w wieku przedszkolnym, za które się jest odpowiedzialnym i które trzeba bronić, gdyby do drzwi zaczął dobijać się, powiedzmy, szaleniec z siekierą plus ciemny las wysokich sosen skrzypiących jak potępieńcy plus brak sąsiadów w promieniu... no, w promieniu wystarczająco dużym, żeby się bać) rozrywałam się książeczką dla dzieci Witches Roalda Dahla. Rozrywka to słowo mało adekwatne, bo Dahlowi udało się sprawić, że nerwowo wyglądałam świtu. Nie dawała mi spać pewna wiedźma o dziąsłach jak surowe mięso. Jakby mało było generujących strach okoliczności... A to niby tylko książka dla dzieci!

Jeśli nie wiecie o kim piszę, to znaczy, że Wasza edukacja w zakresie książek dla dzieci leży i wymaga podniesienia. Roald Dahl, urodzony w Walii syn norweskich rodziców, po piętnastu latach pisania dla dorosłych rozpoczął nowy rozdział w swojej karierze i zajął się tworzeniem książeczek dla dzieci. Zaczęło się tak, jak to się często zaczyna: od tworzenia opowiastek dla własnych córek. Po "Jakubku i brzoskwini olbrzymce" szybko przyszły kolejne: "Charlie i fabryka czekolady" (2 miliony egzemplarzy sprzedanych w Chinach!), "BFO", "Matylda" i wiele innych. Roald wierzył, że czytanie jest ogromnie ważną czynnością, a pisał tak, że stawało się ono jednocześnie czynnością niezmiernie przyjemną. Daleko mu do mdłych historyjek podszytych dydaktycznym fetorkiem; Dahl doskonale zdawał sobie sprawę, jak trudno jest utrzymać uwagę dziecka, swoje książki konstruował więc tak, żeby młodego czytelnika ani przez moment nie nudzić, żeby trzymać go w napięciu i wzmagać w nim apetyt na więcej i więcej lektur (choć nie pałałam do niego wielką miłością, kiedy przyszło mi na głos przeczytać 200 stron "Matyldy" niemal bez przerw). Nie oszczędzał dzieciom trudnych tematów, opowiastki Dahla pełne są obrazów przemocy, pogardy, oszustwa, dramatów rodzinnych... Nie brakuje okazji do tego, żeby się trochę pobać (co, jak widać w pierwszym akapicie, dotyczy nie tylko dzieci), ale nawet najsmutniejsze historie zawierają potężną dawkę ciepła (nie mylić z przesłodzonym ciepełkiem) i optymizmu.

Witches, znane w Polsce jako Czarownice, czy też w nowym wydaniu jako Wiedźmy, opowiadają o chłopcu, który dwukrotnie utracił dzieciństwo. Zaczynają się źle: narratorowi, ośmioletniemu Norwegowi mieszkającemu w Anglii, giną w wypadku rodzice. Zostaje sam z babcią, która niechętnie przeprowadza się ze Skandynawii, aby dziecko, zgodnie z życzeniem rodziców, wychowywało się w Anglii. Babcia to skała, w tym dobrym znaczeniu: bez względu na wszystko wnuk może jej zaufać i na nią liczyć. Staruszka uczy młodego, jak rozpoznawać czarownice, aby nie dać się im porwać i unicestwić. Wiecie, jak poznać czarownicę? Nie? To jak zamierzacie chronić swoje dzieci? Uważajcie teraz: czarownice noszą rękawiczki. Zawsze, nawet w upalny dzień, inaczej musiałyby odkryć swoje ostre pazury. Noszą peruki na łysych głowach i cały czas się pod nimi drapią. Nie mają palców u nóg, a ich ślina jest niebieska.

Młody wszystko to wiedział, a i tak nie udało mu się umknąć wiedźmom, które zamieniły go w mysz. Spokojnie - okazało się, że być myszą jest całkiem przyjemnie, w dodatku daje to duże możliwości w rozwoju kariery jako pogromca czarownic. Tak, tak, nawet pozornie niekorzystne zmiany mogą się okazać prezentem od losu. A już jak się ma taką niezawodną babcię (źródła zbliżone do dobrze poinformowanych mówią, że autor sportretował tu własną matkę), to można i góry przenosić, i wiedźmi rodzaj tępić, by nie zaszkodził już nigdy żadnemu dziecku.

Wiedźmy wystawia Teatr Lalka, i robi to - jak to Teatr Lalka ma w zwyczaju - doskonale. Artystów Lalki i Roalda Dahla łączy podobny stosunek do dzieci - chęć rozerwania ich w sposób dostosowany do małych gustów i nienachalna edukacja w zakresie sztuki i, ujmijmy to górnolornie, trudno - życia. Nie da się uniknąć porównywania opowieści Dahla i spektaklu; choć różnią się nieco szczegółami treści i portretowaniem niektórych postaci (babcia książkowa, na ten przykład, nie ma ADHD. A teatralna troszkę jakby miała), to wymowa całości jest podobna: z bliskimi to choćby konie kraść. Wróć, poprawka: z bliskimi to choćby czarownice niszczyć.

Co jeszcze kocham w teatrach dla dzieci w ogólności, a w Teatrze Lalka w szczególności, to ta cudowna teatralność właśnie, te lekko przesadzone gesty, wybujała intonacja, te przyciężkawe i jakby umowne stroje; tego mi brakuje w moich dorosłych teatrach, gdzie często próbuje się imitować życie tak wiernie, że gdzieś znika poczucie zawieszenia między życiem a teatrem, a którego chce się czasem zakosztować.

Na koniec wieści z innej beczki (z tej spóźnionej). W tym sezonie już na to za późno, ale w przyszłym obowiązkowo zabierzcie swoje dzieci (a w przypadku braku własnych skombinujcie jakieś cudze) na wywołującą zawrót głowy Opowieść wigilijną. Staroświecka story z natrętnym morałem? Nic podobnego - nie w Lalce! O tym już za jedenaście miesięcy. (Czy wygrałam może konkurs na najwcześniejsze rozpoczęcie przygotowań do Bożego Narodzenia?).

PS Powyższy wpis zapewne jest pełen niedoróbek, ale dziś już mi wybaczcie, popoprawiam popołudniem.      

00:02, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (8) »
środa, 26 stycznia 2011
WAMPIR
U kolegi Zacofanego w lekturze w komentarzach pod wpisami o Boyu i Wyspiańskim (niezbadane są ścieżki...) rozwinęła się dyskusja o motywach wampiryczno-upiorzych w twórczości tego ostatniego. Kolega Zacofany stwierdził, że odkąd zaczęły się rozmowy na tematy modne, znacznie podniosły mu się statystyki odwiedzin. Wprawdzie my, Agawa, stawiamy na jakość, nie ilość, ale nie możemy się oprzeć chęci sprawdzenia, jak to działa.

Wabikiem niech będzie wstępny (i jadący amatorszczyzną, tak, WIEM) projekt nowej okładki dzieła Marii Janion "Wampir. Biografia symboliczna". Oto, jak wyobrażamy sobie próby skierowania zainteresowań czytelników zmierzcholubnych na niszowsze tory:

Rzucam przynętę i zobaczę, co się złapie.
wtorek, 25 stycznia 2011
"Z głowy" Głowackiego.
Jeśli przez karygodne przeoczenie* nie mieliście jeszcze w rękach Z głowy Janusza Głowackiego, to proszę, oto zachęta w pigułce: autobiografia wystylizowana na opowieść "od zera (w roli zera figura retoryczna) do milionera" przedstawiona ze zjadliwym dystansem przez pisarza i dramaturga, co się na obcej ziemi wybił i zdobył uznanie. Prześmieszne i celne uwagi na temat życia i ludzi, ze szczególnym uwzględnieniem życia i ludzi w Polsce przed stanem wojennym oraz życia i ludzi w Hameryce po jego wprowadzeniu. Plus pewna osoba z mojej rodziny wymieniona jako jeden z kompanów Janusza Głowackiego do kieliszka (co nie było dla mnie tajemnicą, ale zobaczyć potwierdzenie drukiem, to jest coś!). Cała radość czytania.

Aperitif:

Sartre, żeby przyzwoicie wyłożyć program egzystencjalizmu, potrzebował całej powieści. U nas w Polsce to się daje ująć krócej. Ktoś idzie sobie na przykład ulicą, widzi faceta, który rzyga, i mówi: "Całkowicie się z panem zgadzam".

--
* inne powody nieprzeczytania "Z głowy" nie przychodzą mi do głowy, a jeśli przychodzą, to z miejsca je odrzucam.
niedziela, 23 stycznia 2011
Jeżdżąc po "Jeżdżąc po cytrynach"

Tak zwani wszyscy wiedzą, że nie należy oceniać książki po okładce. Wiecie? Wiecie. Ja też wiem. Ale teoria nie przekłada się na praktykę, kiedy więc zobaczyłam taki oto sielski krajobraz:

jezdzac po cytrynach 

wrzuciłam "Jeżdżąc po cytrynach" do koszyka, choć zasadniczo zimą zamierzałam czytać o zimie, a poza tym klimaty migracji ze zindustrializowanych części świata w części niezindustrializowane a gorące nigdy mnie nie pociągały. Chyba już wiem, jak do tego doszło - ktoś mi opowiadał, jak fajnie jest w Andaluzji, na hasło "Andaluzja" zatem zadziałały u mnie pozytywne skojarzenia i książkę kupiłam, czego do dziś serdecznie żałuję.

Przepis Chrisa Stewarta na wspomnienia jest prosty i dobrze znany: zrobię z siebie głupka i będzie śmiesznie (taka bowiem formuła kryje się pod okładkową zachętą wyrażoną słowami "urocza opowieść"). I tak to, opisując siebie jako osobę niezbyt rozgarniętą i inteligentną, Stewart opisuje, jak agentka nieruchomości wrobiła go w kupno domu po złej stronie rzeki i w dodatku z lokatorami, jak świni bić nie umiał, ale się nauczył. Przed założeniem kurzej fermy kurę widział chyba jedynie na obrazku (takie w każdym razie chce sprawić wrażenie). Owce za to strzygł nieźle, więc choć niektórzy pluli, że gwałci świętą tradycję niestrzyżenia owiec, to jednak udało mu się przekonać tych, którzy nie pluli, do cyklicznego pozbawiania owiec wełny. Głów kogutów jeść nie chciał, ale jadł, żeby się wydawać bardziej macho i żeby nie najeść się zamiast koguta - wstydu przed sąsiadami testosteronu pełnymi. To, jak Chris et consertes znaleźli się w Andaluzji i po co, to nieważne albo nie nasz czytelniczy interes, więc tego się nie dowiemy.

Nie wiem o Andaluzji ani wiele więcej, ani wiele mniej, niż przed zetknięciem się ze wspomnieniami Stewarta. Podobał mi się jedynie opis pogoni za wodą podczas nawadniania pól oraz relacja ze chrzcin córki Chrisa i jego żony Anny, kiedy to na wspólne świętowanie zebrali się ich andaluzyjscy przyjaciele i znajomi. Zapamiętam też próby przyrządzenia angielskiej herbaty w puszkach po rybie w oleju. Apelowałabym jednak, jeśli można, aby nie pisać, na litość boską, wymyślonych post factum dialogów, to się nie udaje prawie nigdy i nikomu. Byłabym także wdzięczna, gdyby nie podawać charakterystyk, które nic nie wnoszą i są nieprawdziwe, bo przeczą same sobie - ta sama osoba na górze strony snuje egzaltowane wynurzenia, a na dole podkreśla własną twardość i nieczułość. Cóż za fałszywy ton. 

Tytuł "Jeżdżąc po cytrynach. Optymista w Andaluzji" odszyfrowuje się następująco: pierwszy człon to aluzja do drzew cytrynowych upuszczających obfitość swych owoców na drogi, którymi czasem trzeba przejechać. Drugi człon natomiast jest chyba tylko po to, żeby był i ładnie wyglądał (bo wygląda ładnie, obiecująco i wabiąco, prawda?); sensu ni związku z treścią nie ma żadnego.

A końcowa rada dobrej cioci brzmi: domniemanego optymistę, jego cytryny, owce i kury należy omijać z dala.

PS Bardziej dopracowaną wersję tej notki umieszczę na blogu reporterskim. Stwierdziłam jednak, że jeśli nie opublikuję niedoróbki tu i teraz, to nie opublikuję już chyba niczego przez następny miesiąc, doklejając i wycinając, przesuwając, niszcząc i parafrazując bez końca.

AKTUALIZACJA

PS 2 Wykryłam księgarski szwindel. Poszukałam innych recenzji "Jeżdżąc po cytrynach" i najwidoczniej sprzedawane są dwie różne wersje tej książki. Mnie się dostała ta słaba, ale inni mieli szczęście trafić na tę, którą czyta się przyjemnie, która pobudza wyobraźnię i która zasługuje na uwagę.

Dowód 1.

Dowód 2.

Dowód 3.

czwartek, 20 stycznia 2011
Gdzie jestem, jak mnie nie ma

Zrobiłam listę wyrażeń, których zakazuję sobie używać w recenzjach - bo to takie wyrażenia, które - użyte - sprawiłyby, że moja recenzja to nie byłaby recenzja, tylko coś, co się oderwało od peletonu atakujących klonów. Omijanie raf sklonowanych fraz idzie mi jednak nieszczególnie. Utkłam, czyli, i to w dodatku w siedmiu notkach książkowych, dwóch teatralnych i trzech muzycznych naraz (wszystko przeczytane, obejrzane i wysłuchane od początku stycznia). Proszę o życzenia wyjścia z impasu.

Papatki, czy jak tam.

20:58, agawa79 , Inne
Link Komentarze (7) »
sobota, 08 stycznia 2011
A teraz coś z zupełnie innej beczki

Czyli mój drugi blog.

Enjoy!

23:28, agawa79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 stycznia 2011
"Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" - Teatr Kamienica

Przygotowany przez studentów IV roku wrocławskiej PWST spektakl Pamiętnik z Powstania Warszawskiego został uznany przez Politykę za jedno z dziesięciu najważniejszych wydarzeń kulturalnych 2009 roku. Moim zdaniem, wyróżnienie to zostało przyznane bardzo zasłużenie.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o zamyśle reżysera, Jerzego Bielunasa, który chciał rytmiczną prozę Mirona Białoszewskiego ubrać w śpiew i taniec, pomyślałam: profanacja. Tam ludzie umierali, a teraz ktoś będzie na ten temat tańczył? O ile byłam w stanie wyobrazić sobie wyrażenie historii powstania przy wykorzystaniu muzyki rockowej - zrobił to wcześniej choćby zespół Lao Che, wydając gorzki muzyczny komentarz tych wydarzeń - o tyle idea wytańczenia śmierci 200 000 ludzi wzbudziła mój niepokój. Obawa ta okazała się przedwczesna; z jakiegoś powodu wyobrażałam sobie rącze popisy tancerzy w rytmie disco, a tymczasem Maciej Florek przygotował choreografię nie mającą nic wspólnego z moimi prymitywnymi oczekiwaniami. Choreografia Florka, wymagająca ogromnej, niemal akrobatycznej zwinności od aktorów, znakomicie ilustruje powstańczą codzienność i nie ma wiele wspólnego z tym, co pospolicie kojarzy się ze słowem "taniec": trud przeciskania się przez kanały, wędrówki piwnicami, przebieganie przez ulice przy jednoczesnych wysiłkach, aby pozostać przy życiu; marazm i rezygnacja, kiedy porażka szlachetnego zrywu, spodziewana, ale nie dopuszczana do świadomości, stała się faktem.

Oprócz części muzyczno-tanecznych spektakl zawiera także fragmenty mówione. Niewiele tu miejsca na pogłębianie psychologii poszczególnych postaci; nie o indywidualnych bohaterach opowiada zresztą Pamiętnik z Teatru Kamienica. To opowieść o zbiorowości, której desperacja każe walczyć do ostatniego tchu, choć szanse na pokonanie wroga są nikłe.

Kiedyś opowiadałam komuś o tej sztuce i padło pytanie: "A czy ten Pamiętnik nie gloryfikuje powstania?". Mimo, że chyba nie do końca chyba rozumiem pojęcie "gloryfikowania" powstania - czy każda wzmianka o powstaniu musi zaraz mierzyć się z zarzutem gloryfikacji? - uspokoję sceptyków podobnych mojej rozmówczyni: omawiany tu przeze mnie Pamiętnik nie gloryfikuje Powstania Warszawskiego bardziej niż zrobił to Miron Białoszewski, na podstawie wspomnień którego zrealizowano przedstawienie. W szkole o tym było.

Kamieniczny Pamiętnik w jakiś sposób przerzuca most między współczesną młodzieżą a tymi młodymi ludzmi, którzy te sześćdziesiąt parę lat temu walczyli i ginęli. Jak już wspomniałam, spektakl ukazuje zbiorowość, nie jednostki. Występujący w nim aktorzy mówią: "Oni byli tacy sami, jak my". Mówią to po prostu, bez patosu, bez ckliwości. Pamiętnik z Kamienicy wydaje się dość wiernie, przy całej swej skrótowości, oddawać nastroje, które - według różnych relacji - towarzyszyły powstaniu: od entuzjazmu, przez pierwsze zniechęcenie, niemoc, zrozumienie, że wygrana jest niemożliwa po rozpacz i rezygnację po ostatecznej kapitulacji.

Przed spektaklem na scenę wyszedł Emilian Kamiński i powiedział: "Dzień dobry, jestem cieciem" i zaczął opowiadać o tym, co się działo w czasie powstania w budynku, w którym teraz jest teatr. Miałam wrażenie, jakby publiczność wsadzono do tuby, łączącej rok 2010 z okresem powstania, a po plecach chodziły mi ciarki. I przez to i scena, i publiczność w jakiś sposób stały się wykonawcami spektaklu i świadkami tamtych zdarzeń.

Spektaklowi towarzyszy płyta nagrana przez Mateusza Pospieszalskiego, autora muzyki. Wykonania sceniczne cenię o wiele wyżej, ale jak tylko raz przyzwyczaimy się do mało porywającego wokalu, docenimy harmonię tempa, rytmu i melodii oraz opisywanych przez nie wydarzeń. To płyta, która pachnie prochem, upałem i kanałami. Spróbujcie iść na przykład ulicą Elektoralną z takimi słowami płynącymi do uszu przez słuchawki i nie mieć dreszczy:

Lecimy. Boso. Ogrodową. Barykada.

Przeciskamy się. Do Solnej.

Lecą belki. Szum. Spadają w ogień.

Solną. Do Elektoralnej.

Barykada. Przeciskamy się. Dalej.

Nie da się być tam, słuchać takich słów i pozostać niewzruszonym.

22:56, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2