stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
wtorek, 16 lutego 2010
Ale jestem super
Początki pisania tego bloga były dla mnie tak stresujące, że zamknęłam go dla publiki, bo wątpiłam, czy kogoś ta pisanina w ogóle zainteresuje (nie, nie kokietuję, tylko spowiadam się z kompleksów). A tymczasem okazało się, że mam całkiem sporo czytelników, w tym komentujących (wszystkim dziękuję) i nawet dostałam dwa wyróżnienia Kreativ Blogger i po prostu puchnę z dumy. :)

Jedno wyróżnienie pochodzi od Maniiczytania - przy czym uczciwie przyznaję, że taka bezkompromisowa jestem głównie wirtualnie, w realu prezentuję na co dzień więcej odcieni szarości.

Drugie wyróżnienie dostałam od Mdl2 - no i się strasznie cieszę, choć obawiam się, że wyróżnienie jest nieco nawyrost, bo czuję, że tak naprawdę nie jestem nawet w 10% tak wszechstronna, jak we własnej wyobraźni. ;)

Zdaje się, że teraz powinnam sama pojechać z moimi wyróżnieniami, ale cóż, według charakterystyki mojego znaku zodiaku* jestem organicznie niezdolna do podjęcia decyzji. To znaczy jestem, ale ten proces trwa zazwyczaj około dwóch lat, więc na ogłoszenie wyników mojego prywatnego głosowania zapraszam w lutym 2012.

I jeszcze raz dzięki, dziewczyny.

- - - -
* Nie żebyśmy wierzyli horoskopom, ale czasem bywają zadziwiająco trafne. Przynajmniej jeśli chodzi o wytknięcie braku umiejętności dokonywania wyboru w moim przypadku.
18:22, agawa79 , Inne
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lutego 2010
Łańcuszek książkowego szczęścia
Zostałam wciągnięta w korowód książkowo-łańcuszkowy przez Mdl2, zatem spieszę do spowiedzi.

Pytanie pierwsze. Jaka niedawno przeczytana książka "nie pozwoliła ci zasnąć" - bo tak mocno wzruszyła, zainspirowała, wystraszyła albo pobudziła do myślenia?

Jeśli uznać, że kwiecień ubiegłego roku to "niedawno", to bez wahania wskazuję biografię Lucy Maud Montgomery The Gift of Wings pióra Mary Henley Rubio. Jedna z moich najważniejszych lektur ever. Biografka przez trzydzieści lat zbierała materiały do książki i udało jej się bardzo rzetelnie przedstawić życie pisarki. Postać Maud, jaka wyłania się z tej biografii, niewiele ma wspólnego ze słodkim sentymentalizmem jej powieści i opowiadań. To gorzki, rozczarowany życiem człowiek, boleśnie trójwymiarowy, prawdziwy. W tej książce i w życiu Maud można odnaleźć bardzo wiele odniesień do rzeczywistości wokół i we własnym wnętrzu. Chwilami tak mocno "wchodziłam" w życie LMM, że wydawało mi się, że nie zniosę więcej całego jej bólu, wstydu i rozczarowania. Rubio przedstawiła pisarkę obiektywnie, nie szczędząc czytelnikowi brzydszych stron jej życiorysu, osobowości czy zachowań. Zrobiła to jednak z wielkim taktem, bez chęci szukania sensacji, bez paskudnego odbrązowiania LMM na siłę. Skrupulatnie wychwyciła te fragmenty pamiętników pisarki, w których mijała się ona z prawdą, ale zrobiła to ze zrozumieniem motywów, dla których LMM kreowała alternatywną rzeczywistość w prywatnych zapiskach. Biografka sprawiła, że czytelnik doskonale rozumie Maud - i nie ma chęci jej oceniać. Aż chętnie oddałoby się w jej ręce własny życiorys.

Pytanie drugie. Którego autora (może być nieżyjący) chciałabyś poznać osobiście i zasypać pytaniami na temat życia, wszechświata i całej reszty?

Mam dwóch kandydatów na takie tete-a-tete: dwóch poetów, dwóch myślicieli, dwóch intelektualistów, dwóch mądrych mężczyzn. Obaj mnie fascynują, inspirują, uczą myśleć, porażają głębią umysłów, wiedzą, erudycją. Jeden to wielokrotnie wspominany tu Tadeusz Boy-Żeleński. Drugi - to również wielokrotnie wspominany Josif Brodski. Trudny to wybór. Brodski trafia w głąb mnie samej. Żeleński pokazuje prawdę o rzeczywistości wokół i drogę naprzód. Czy bardziej potrzebuję zrozumieć świat, czy siebie samą? Nie wiem. Pozostawiam pytanie otwarte, do czasu, gdy się dowiem.

Pytanie trzecie, last but not least. Jaką dawno przeczytaną i zapomnianą książkę chciałabyś odkryć na nowo, po latach, albo zobaczyć wydaną w księgarni?

Chciałabym na nowo przeczytać Portret artysty z czasów młodości Joyce'a, po tych dwunastu latach od pierwszego spotkania. To jest książka, która w dużym stopniu ukształtowała mój światopogląd (może nie tyle obecny, co ten obnoszony i piastowany przez jakąś dekadę) i ciekawie byłoby sprawdzić, czy ta powieść nadal ma ten chory, urzekający, duszny wdzięk; czy nadal Joyce ma nade mną władzę. Przypuszczam jednak, że od tamtego czasu Joyce się zestarzał, a ja wyzwoliłam się spod jego wpływu i dziś drażniłby mnie patosem, jednostronnością i brakiem poczucia humoru. Może sprawdzę, czy tak jest rzeczywiście. A może nie.

Update: ponieważ osoba wybrana przez los do odpowiadania na zadane przeze mnie pytania nie da rady (szkoda! bardzo byłam ciekawa :)), wycinam je i przechowuję na przyszłość - a nuż się przydadzą w innej zabawie. W niewirtualu pozadaję je i tak. :)
poniedziałek, 08 lutego 2010
"Tartuffe" w Teatrze Narodowym
Rozkoszne oblicze teatru. :)

Tartuffe albo szalbierz Moliere'a w Teatrze Narodowym, znany szerzej jako Świętoszek, to kolejny spektakl w tym teatrze, który oglądałam z niekłamaną przyjemnością. Jeśli ktoś nie pamięta ze szkoły, o czym ta komedia jest, odsyłam tutaj. Przedstawienie z Narodowego, choć zagrane w strojach z epoki i nie uwspółcześnione scenograficznie ani odrobinę, okazuje się wybitnie trafnym komentarzem choćby do dzisiejszego stylu tworzenia polityki, gdzie bardziej niż sprawy merytoryczne liczy się tworzenie pozorów i uwodzenie otoczenia manipulacjami i nieszczerością.

Z Tartuffe'a wyszłam z bolącymi mięśniami twarzy. Zaczęło się od pojawienia się na scenie Anny Chodakowskiej w roli Pani Pernelle'a, matki Orgona. Chodakowska zawsze powoduje u mnie mimowolne rozdziawienie szczęk - przepadam za jej energiczną szorstkością, jaką emanuje ze sceny. Nawet z wózka, na którym usadzono ją jako starszą panią, dominuje, nie dopuszcza innych do głosu, rządzi i nie daje się przekonać. Pysznie zagrane. W miarę rozwoju akcji coraz częściej przyłapywałam się na uśmiechu od ucha do ucha (nie mogłam przestać!) i parskaniu w plecy osobie przede mną.

Tartuffe to całe stado prześwietnych aktorów, z których każdy jest wielki indywidualnie, a jednocześnie tworzy całość z resztą. Każda rola jest w tym spektaklu znakomita sama z siebie i spleciona z pozostałymi - żaden z aktorów nie odstaje od reszty, nie odrywa się od peletonu w pokusie zabłyśnięcia przed innymi, nie gwiazdorzy po to, by jego blask jaśniał mocniej niż innych wykonawców. Aktorzy są na scenie razem, dzięki czemu widz odnosi wrażenie spójności sztuki oraz miłe poczucie, że gwiazdy występują dla niego, a nie dla własnej sławy i chwały.

Jerzy Radziwiłowicz, czyli Orgon, zaślepiony rzekomym urokiem Tartuffe'a do tego stopnia, że nie waha się oddać mu majątku i ręki ukochanej córki, Marianny, mimo iż ta ostania wolałaby śmierć niż małżeństwo z człowiekiem budzącym w niej odrazę, genialnie pokazuje naiwność granej przez siebie postaci. Widać, że strasznie chciałby wszystkim dogodzić, ale w obliczu niemożności pogodzenia sprzecznych interesów staje murem za Tartuffe'em i głuchnie jak pień na głosy krytykujące uwielbianego przezeń świętoszka. Przezabawny, jednocześnie wzbudza poczucie pewnego żalu, że można do tego stopnia dać się zwieść (skojarzenia z betonowymi żarliwcami stającymi murem za swym guru nasuwają się same, natrętnie). Trzeba mu prawie-uwiedzenia żony, żeby otworzyły mu się niedostrzegające rzeczywistości oczy. Radziwiłowicz buduje swoją rolę m.in. dzięki zabawnym gestom, takim jak ten przy zdejmowaniu butów, czy wyrzucanie rąk w górę w chwilach przejęcia, co rozbawia publiczność i czyni ten występ charakterystycznym na tyle, by nieprędko go zapomnieć.

Prawie-uwiedziona żona Orgona, Elmira, grana przez Danutę Stenkę, z początku rozczarowuje pewnym usztywnieniem, jednak w scenie mającej na celu zdemaskowanie Tartuffe'a przed niedowierzającym Orgonem jej talent komediowy objawia się z całą mocą. To stukanie głową w stół spod roznamiętnionego Tartuffe'a, mające wywołać z ukrycia męża zanim sprawy zajdą za daleko! Pierwszorzędna scena.

Rola córki Orgona, Marianny, nie jest specjalnie wymagająca, a jednak Karolina Gruszka i tutaj przyciąga uwagę widzów i zachwyca młodością i świeżością. Ani na moment nie wychodzi z roli - najpierw zakochanej kokietki, potem zrozpaczonej narzeczonej Tartuffe'a. Co w niej lubię to to, że w każdej odsłonie jest inna, nie paraduje po scenie obnosząc własną osobowość, ale jest tam wyłącznie w roli i dla roli. Słychać, że bardzo pracowała ostatnimi laty nad swoim głosem i pozbyła się takiego charakterystycznego dla niej zaśpiewu.

Sam Tartuffe, czyli Wojciech Malajkat, wydaje się najsłabszy z plejady, choć gra wyśmienicie. Trafił jednak na mocną grupę, wśród której niełatwo się wyróżnić. Owszem, leżałam ze śmiechu, kiedy pierwszy raz pojawił się na scenie i sztucznie zbolałym głosem, na tyle słabym, żeby wszyscy uwierzyli w jego umęczenie, i na tyle głośnym, by nikt nie miał wątpliwości, że właśnie zakończył pokutę, kazał słudze schować włosiennicę i dyscyplinę, którą właśnie się biczował. Nie do końca przekonał mnie jego pierwszy wybuch namiętności wobec Elmiry. Oczekiwałam, że pod pozorem chłodu i pobożności trawiący Tartuffe'a ogień nie pozostawi wątpliwości co do temperatury jego uczuć. Tymczasem Tartuffe w wykonaniu Malajkata pozostaje na początku wewnętrznie zimny i nieprzekonujący. Znacznie lepiej wypada we wspominanej wyżej scenie prawie-uwiedzenia Elmiry, gdzie zdziera do końca maskę i przestaje się kryć za pozorami. Nadal jednak jest to bardzo dobra, na poły zabawna, na poły przerażająca obłudą postać.

Moim osobistym numerem jeden jest jednak w tej sztuce Beata Ścibakówna, grająca rolę Doryny, dziewczyny do towarzystwa i powiernicy Marianny. Do niej należy ten spektakl. Ścibakówna kojarzyła mi się dotychczas raczej z niezadowolonymi z życia snującymi się po scenie nimfami w zaawansowanym wieku, ale niniejszym z radością odwołuję mój dawny sceptycyzm wobec tej aktorki. Jako Doryna Beata Ścibakówna jest prześmieszna, ironiczna, pewna swoich racji, żywiołowa, mądra mądrością prostego ludu i przenikliwa. Chwila, w której krzyczy do Marianny broniącej się apatycznie przed wciągnięciem w spisek mający połączyć ją z ukochanym Walerym "Pani będzie Tartufficą", to najzabawniejszy tekst spektaklu, dzięki komediowemu talentowi Ścibakówny. Boskie. "Tartuffica" prześladowała mnie jeszcze na drugi dzień, zwłaszcza w chwilach, kiedy życie oczekiwało ode mnie zachowania powagi.

Na koniec muszę wspomnieć o przekładzie sztuki, dokonanym przez Jerzego Radziwiłowicza. Dzięki ładnej polszczyźnie i uwspółcześnieniu języka w porównaniu z tłumaczeniem Żeleńskiego tekst spektaklu łatwo jest rozumieć i śledzić. Sama jednak jestem zwolenniczką może bardziej staroświeckiego, ale też i piękniejszego literacko i bardziej zawadiackiego tłumaczenia Boya. Dla porównania wrzucam dwa pierwsze z brzegu tłumaczenia tego samego fragmentu - początek sceny piątej aktu pierwszego, słowa Kleanta, szwagra Orgona. Tak brzmi on w wersji Radziwiłowicza:

Prosto w nos, szwagrze, z ciebie się naśmiewa,

Bardzo bym nie chciał, żebyś się rozgniewał,

Ale ci szczerze powiem, że ma rację.

Kto kiedy słyszał o takim dziwactwie?

Czy dzisiaj może ktoś cię tak opętać,

Żebyś o niczym przy nim nie pamiętał,

Nędzarza w domu otaczał opieką,

Wreszcie do tego doszedł...

 

A oto wersja Boya-Żeleńskiego:

 

Prosto w nos ci się śmieje, snadź za dudka ma cię;

a choć nie chcę bynajmniej rozgniewać cię, bracie,

że słuszne są jej drwiny, wyznam ci otwarcie.

Gdzież kto widział podobne opętanie czarcie?

Czyżby ten człowiek władał czarami, lubystkiem,

żeś dla niego, mój bracie, zapomniał o wszystkim,

żeś go z nędzy wydobył swą kapryśną chętką,

a teraz na dobitkę...


Słabszy od mojego ulubionego przekład nie jest jednak absolutnie powodem, aby omijać Tartuffe'a. Ten spektakl to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy cenią mądre, klasyczne, dobrze zagrane komedie.
22:18, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (4) »