stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
czwartek, 03 lutego 2011
Sztuka bez tytułu (ale za to z klopsem)

Przyszedł zblazowany widz z teatru, zabrał się za pisanie recenzji i okazało się, że jej tytuł już wcześniej wymyślił i wykorzystał ktoś inny. Co więcej, okazało się, że odczucia miejscami nawet dość zbliżone do odczuć owego widza również zostały wcześniej ujęte słowa przez tę samą osobę, ze szczególnym uwzględnieniem Osipa z drapakiem na głowie (komentarzami pod zalinkowaną recenzją nie radzę się sugerować, to na pewno pisały te same osoby, które z jakiegoś powodu na zakończenie czterogodzinnej męczarni klaskały na stojąco).

Wyżej wspomniany zblazowany widz w teatrze szuka rozmaitych rzeczy. Czasem szuka zaskoczenia. Czasem formy innej niż wszystkie. Czasem tylko perfekcji. "Sztuka bez tytułu" Czechowa w Teatrze Współczesnym nie oferuje niczego z tego zestawu.

Wyobraźcie sobie przedstawienie, w którym wszystko niby gra. Galeria czechowowskich charakterów sadowi się przed widownią; zaczynają rozmawiać ze sobą, patrząc przy tym na publiczność. Już na pierwszy rzut oka widać, że postaci jest za dużo i szykuje się grubszy galimatias; trzeba będzie nieźle się wysilić, żeby załapać, kto kogo nie lubi, a kto ku komu skrywa jaką namiętność. W miarę upływu akcji wydarzenia koncentrują się na Płatonowie (Borys Szyc), którego słabość charakteru skrzywdzi właściwie wszystkich, zwłaszcza panie - zakochana w nim (czy z wzajemnością, do końca nie zostanie ustalone) wdowa po generale, głupiutka i wpatrzona w niego a wielokrotnie zdradzona żona, kochanka z dawnych czasów, która rzuci męża po to, by się dowiedzieć, że Płatonow nie odpowie na ten zryw porzuceniem własnej żony; jakaś wpatrzona w Płatonowa młódka, którą urazi to, że Płatonow całował ją jedynie dla żartu. W jednej z końcowych scen jego koszmary przemówią jednocześnie i będzie to najlepszy moment spektaklu. Ci wszyscy zdradzeni mężowie i niewierne żony, zakochani bez wzajemności, dłużnicy i alkoholicy - znamy tę czechowowską kolekcję, znamy. Każdy aktor gra w zasadzie bardzo dobrze, bywa, że doskonale. Czemu więc uważam, że przedstawienie to strata czasu? Cóż - każdy z tych doskonałych aktorów gra dla siebie, poszczególnych postaci nie łączą żadne nici, oprócz tych zawartych w warstwie tekstowej i właściwie po pewnym czasie widz się zastanawia, po co tu przyszedł i co ci ze sceny chcą powiedzieć tym na widowni. Że zdarzają się takie puste typki, które wdziękiem uwodzą ludzkość, idącą za nimi na zatracenie? Że życie jest nędzne, brudne i podłe? Nic nowego pod słońcem. 

Największym problemem tego spektaklu jest moim zdaniem Borys Szyc. W tej tragikomedii Szyc, choć tak zwanych środków wyrazu mu nie brak, po pierwsze przez cały czas pozostaje Szycem, jest charakterystyczny do kwadratu, zarzyna swoją mocną osobowością postać kryjącą się pod nim. Po drugie, Borys Szyc jest tak komiczny, że właściwie widz się gubi i nie wie, czy ma się przejąć losem krzywdzonych przez niego osób, bo przecież obserwuje tragedię, ale ta tragedia bawi i dusi w zarodku wszelkie zadumanie nad wydarzeniami. Po trzecie, Borys Szyc tak się wyróżnia ekspresją, że tłamsi pozostałe postacie. (Że można grać na granicy nadekspresji i jednocześnie nie górować nad resztą aktorów, pokazuje choćby Stelmaszyk w "Iwanowie"). Mamy zatem klops, bo jak to możliwe, że w sztuce, w której wszystko gra, nie gra nic?

Bonus: jeszcze jedna recenzja. Krytykuje argumentując odwrotnie niż niżej podpisany znudzony widz, ale wnioski wysuwa zbliżone.

21:20, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (6) »