stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
niedziela, 29 listopada 2009
Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało

Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? to lekko ironiczny esej Pierre'a Bayarda o czytaniu, nie-czytaniu i o tym, że mówiąc o książkach przeczytanych i nieprzeczytanych mówimy przede wszystkim o sobie.

Bayard stara się pokazać prawdziwe relacje czytelnika i nie-czytelnika z książkami. Nawet jeśli ktoś czyta bardzo dużo, to jednak choćby z racji ograniczenia czasowego stosunek łączący go z ogromną większością książek to nie-czytanie. Niemożliwe jest osobiste zaznajomienie się z całą istniejącą literaturą, więc człowiek często znajdzie się w sytuacji, kiedy będzie musiał mówić o pozycji, której nie czytał, a o której jedynie słyszał. Ważniejsze jest zatem, aby raczej orientować się co do pozycji i znaczenia danej książki w kulturze niż w znajomości samej treści. Pierre Bayard udowadnia, że ogarniający niektórych czytelników (czy raczej nie-czytelników) wstyd z powodu nieznajomości jakiegoś dzieła jest zupełnie zbędny, ponieważ nikt nie zna absolutnie każdego utworu, włączając w to fachowców. Trzymanie się zaś obowiązujących w pewnych środowiskach kanonów, których nieznajomość (mówiąc ściślej, nie-przeczytanie) może nas skompromitować sprawia, że nie mamy już czasu na lektury "niekanoniczne". Bayard igra sobie z czytelnikiem, przytaczając liczne omówienia różnych lektur - ale z nieścisłościami. Kilka z nich udało mi się wyłapać, bo przypadkiem znam lektury, o których mowa. Możliwe jednak, że wiele szczegółów niezgodnych z prawdą umknęło mojej uwadze, właśnie dlatego, że nie czytałam omawianych przez autora książek, co nie przeszkodziło mi rozpoznać ich pozycji i ważności dla literatury.

Autor udowadnia, że ta sama książka w intencji autora oraz w odbiorze każdego indywidualnego czytelnika to zupełnie odmienny utwór. Niejeden pisarz zdziwił się odczytaniem swojego dzieła przez kogoś, kto znalazł w utworze tym treści, jakich autor w ogóle nie miał na myśli. Podobnie jest z odbiorem danej książki przez każdego człowieka. Indywidualne doświadczenia i odmienna wrażliwość sprawiają, że ten sam egzemplarz książki przez dwie różne osoby może zostać zinterpretowany w całkiem inny sposób (i żeby się o tym przekonać wystarczy przeczytać kilka pierwszych z brzegu blogów książkowych). Dzieje się tak między innymi dlatego, że ze względu na różnorodność doświadczeń każdy czytelnik zwróci uwagę na inne szczegóły; co innego także zapomni; zaś proces zapominania to nieodłączny towarzysz czytania. Bardziej niż na zawartości książki należy się więc koncentrować na miejscu danego utworu w świecie literatury.

Bayard próbuje także odpowiedzieć na często zadawane pytanie o powody popularności pewnych książek. Z lekką kpiną wyjaśnia, że popularność nie wynika bynajmniej z wartości literackich książki, ale z pozycji autora i tego, czy spotka odpowiednio ważną osobę, która rozsławi jego dzieło. Uwaga cyniczna, ale w wielu przypadkach dość celna.

Nie traktuję wywodów Bayarda ze śmiertelną powagą, ale polecam tę lekturę każdemu, kogo nawiedzają kompleksy z powodu nie-przeczytanych książek.

wtorek, 24 listopada 2009
Białe szaleństwo

Norwegowie dzielą się z grubsza na dwie grupy: ponurych i nieponurych. Ponurzy piszą książki, zakładają zespoły deathmetalowe i podpalają kościoły. Nieponurzy robią filmy.*

Bohater Białego szaleństwa, trzydziestoletni Jomar, to pacjent szpitala psychiatrycznego (pewne motywy w twórczości Norwegów są po prostu obowiązkowe), który stracił wszystko: karierę narciarza i ukochaną kobietę, która odeszła z jego najlepszym przyjacielem. Jomar pracuje jako sprzedawca biletów na wyciąg narciarski, ale pogrążony w beznadziei swojej egzystencji nie bardzo przejmuje się pracą i rozdaje bilety za darmo (w tych chwilach, kiedy nie wpatruje się w nicość). Pewnego dnia były przyjaciel (ten sam, co sprzątnął był Jomarowi kobietę sprzed nosa) wyjawia mu, że daleko na północy mieszka czteroletnie dziecko, które prawdopodobnie jest jego. Jomar pakuje na skuter pięć litrów alkoholu i wzniecając kolejne pożary brnie przez śniegi ku - być może - lepszemu życiu.

Ci nieponurzy Norwegowie, wspomniani wcześniej, mają zupełnie odjechane poczucie humoru, trochę jakby pochodzili z innej planety. Film obfituje w absurdalnie zabawne sytuacje (scena pokazująca jak się upić, jeśli się dysponuje znikomą ilością alkoholu, chociażby), które jednak pokazują wcale niezabawną prawdę o samotności spotykanych przez Jomara osób. Każda uczy czegoś ważnego naszego bohatera, on sam też wywiera wpływ na ich życie - czasem rozmową, czasem milczeniem. Podobało mi się, że twórcy filmu nie zdecydowali się babrać zbyt głęboko w popapranej psychice bohatera, a trudniejsze psychologicznie momenty zostały zrównoważone przez elementy komediowe.

Bardzo pięknie, choć nie bez pewnej grozy, pokazano w filmie zimową Norwegię. Zdjęcia kręcono w ciągu najtrudniejszych zimowych miesięcy. Podróż Jomara rozpoczyna się w Trondheim, a kończy w okręgu Troms, około 500 km za kołem podbiegunowym. Złowrogi śnieg, wiatr i zadymki nie zostały sztucznie wyprodukowane, film naprawdę kręcono w takich warunkach. Ciekawostką jest, że scenę z żołnierzami, którym Jomar wpakowuje się na poligon w czasie ćwiczeń, dodano do scenariusza, po tym jak tereny te zostały przypadkiem odkryte podczas szukania plenerów.

Czepnę się tylko obrazu Polaków w tym filmie. Nie występują tam fizycznie, są jednak wymienieni w kontekście przedstawiającym ich (nas, znaczy) jako mistrzów opilstwa. Przygarniał kocioł garnkowi - widziałam (i słyszałam! to nie były odgłosy wydawane przez abstynentów), co się dzieje w norweskim centrum miasta w piątkowy wieczór i jak to biedne centrum potem wygląda...

Nie jestem też zachwycona tytułem. W oryginale jest to Nord, czy nie lepszy byłby jakiś prosty polski tytuł, jak chociażby Na północ? Białe szaleństwo wydaje mi się dość topornym nawiązaniem do choroby psychicznej bohatera.

---

* Od tych reguł zdarzają się wyjątki, jak również występują typy mieszane. Wyjątkiem jest na przykład scenarzysta Białego szaleństwa, Erlend Loe, który napisał bardzo radosną (zwłaszcza jak na skandynawskie standardy) pochwałę prostego życia poza głównym nurtem cywilizacji pt. Doppler. Polecam!

21:58, agawa79 , Film
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 listopada 2009
Listopadowo

Na listopad zawsze czekałam z utęsknieniem.

Po letniej wegetacji, kiedy żar lał się z nieba jak dzień długi, a duszne noce nie pozwalały spać, obietnica nadejścia listopada była jak czekanie na wyzwolenie. Uwielbiałam listopad z jego mroczną aurą, rześkością poranków, intrygująco szarym kolorytem.

Niestety zeszłoroczny listopad przyszedł jakby odmieniony, smutny i niedobry. W tym roku natomiast listopad pokazał swoją prawdziwą twarz. Jest ohydny. Paskudny, wysysający energię, dołujący. Nie znoszę jego aury, a i listopad za mną nie przepada, skoro przyniósł ze sobą dławiące poczucie bezcelowości i bezużyteczności. Wiem, że to minie wraz z jesienią, a najpóźniej z odejściem zimy, ale póki trwa - jest okropnie.

Na ten ponury nastrój znalazłam jednak coś w rodzaju zagłuszacza. Zagłuszacz nie sprawi, że listopad z przygnębiającym brakiem słońca zniknie zza okna, ale na pewno pozwoli na małą ucieczkę od ponurego nastroju.

W 1997 roku Bobby McFerrin  wraz z 12 gośćmi nagrał album Circlesongs. Śpiewane a capella utwory nawiązują do muzyki sakralnej, śpiewu chorałowego, Bacha, folkloru afrykańskiego. Gdyby optymizm występował w postaci dźwięków, to byłby właśnie tą płytą. Z każdego utworu emanuje radość życia i tworzenia. Absolutnie niepowtarzalne zjawisko.

PS Chłopaki z Audiofeels, słuchajcie, zazdrośćcie i uczcie się.

wtorek, 17 listopada 2009
"Cień wiatru" Zafona
Dotarłam do 139. strony. Przytłacza mnie poczucie, że nic a nic nie obchodzi mnie ta historia. Zafon do mnie nie mówi. Miało być dobre i klimatyczne, a jest boleśnie odległe. I nie wiem, czytać dalej, wyrzucić, poczekać aż mi przejdzie zapalenie oskrzeli i wtedy kontynuować?
poniedziałek, 16 listopada 2009
Kto z kim przestaje, takim sam się staje, czyli "Inne pieśni" Dukaja

Skończyłam Inne pieśni Jacka Dukaja przeszło tydzień temu i nadal trwam w oszołomieniu.

Czuję się jak ktoś, kto oglądał czarno-białą telewizję i nagle odkrył istnienie kolorowego 3D. Albo jak ktoś, kto uprawiał jazdę na rowerku stacjonarnym i przesiadł się na wyczynową kolarzówkę, by wystartować w Tour de Pologne. Albo jak rybka akwariowa wypuszczona na głębie oceanu.

Nie przesadzę ani trochę, jeśli powiem, że to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam (a wierzcie mi, czytałam dużo). Dawkowałam sobie Inne pieśni po kilka stron i z każdą coraz bardziej żałowałam, że kiedyś dotrę do ostatniej.

Gatunkowo powieść Dukaja nie daje się łatwo sklasyfikować. Science-fiction? Tak, na pewno; podróże kosmiczne to w tym świecie norma. Fantasy? O, jak najbardziej, z równoległym światem, Księżycanami, Vistulią w miejsce Polski i Gothami, będącymi odpowiednikami Niemców. Powieść przygodowa? Też, w pewnym sensie, choć akcja toczy się oszczędnie i pozostaje jakby na marginesie. Ale czy to w ogóle powieść? Czy raczej traktat filozoficzny, dla niepoznaki i dla wyszukanej rozrywki przebrany w powieściowe ubranko?

Fabuła. Jest sobie pan Hieronim Berbelek (chyba widać, jak żałosna postać musi się kryć pod takim nazwiskiem), były strategos, obecnie mały człowieczek o nieciekawym wyglądzie - mały, chudy, nie zwracający niczyjej uwagi - poddał się całkowicie Formie Czarnoksiężnika. Jednak dzięki kobiecie, Szulimie Amitace, oraz dorosłym dzieciom, Hieronim Berbelek postara się znaleźć siłę i motywację, aby spróbować powrócić do dawnej morfy.

Ach, ta Forma, którą silniejszy narzuca słabszemu, a słabszy przyjmuje ją od silniejszego, upodabniając się do niego; Forma - centrum, Forma - sprawca zmian. Arystotelesowska Forma rządzi całym światem, nadaje kształt i charakter materii. Podlega jej ciało, umysł, język. Dukaj stworzył świat w którym panują reguły Arystotelesa, wywołując tym przy okazji zawrót głowy czytelników. Miejsce akcji to geograficznie niby nasz świat, ale zmieniony nie do poznania, obcy. Dukaj pokazuje go tak, jakim widzieliby go starożytni Grecy i powala na kolana bogactwem własnej wyobraźni. Podejmuje też próbę opisania nieopisywalnego, daje czytelnikowi impuls do zastanowienia się nad tym, jak bardzo jego własne myślenie skute jest znanymi formami, jak kurczowo trzyma się przetartych szlaków.

W świecie Innych pieśni nie ma miejsca na łacinę. Rządzi greka - na początku lektury nerwowo przeczesywałam pamięć w poszukiwaniu szczątkowych wiadomości o tym języku. Dukaj nie należy na szczęście do tych nieznośnych pisarzy upajających się własną erudycją i wytykających czytelnikom ignorancję. W miarę rozwoju akcji autor oswaja język grecki i przez różne konteksty pokazuje, jak wiele greki snuje się po współczesnym języku, choć się o tym nie pamięta. W powieści roi się od cudnych neologizmów. Takie słowa jak qahwa, tytoniec, teknites somy są jak małe klejnociki, które chciałoby się wziąć do ręki i podziwiać maestrię wykonania. Deformacji ulega język bohaterów, im bardziej oddalają się od silnej Formy, tym bardziej zniekształca się ich mowa. Inne pieśni mają całe fragmenty, które aż proszą się o to, żeby je czytać półgłosem i rozkoszować się rytmem, melodią, urodą słów.

Zakończenie Innych pieśni jest doskonale otwarte, można je interpretować na różne sposoby. Co się stało z Hieronimem Berbelekiem? Czy pochłonął go chaos, pozbawiając go Formy? Czy wręcz przeciwnie, to jego Forma stała się potężna, gotowa, by ją narzucić chaosowi?

Trudna to książka, ale trudnością przyjemną, pociągającą, fascynującą. Zmusza do wysilenia umysłu, do porzucenia utartych schematów myślowych; zaprasza do uruchomienia wyobraźni, prowokuje do zadawania pytań i szukania odpowiedzi. To było moje pierwsze spotkanie z Dukajem, że nie ostatnie - tego jestem pewna.

piątek, 13 listopada 2009
Islandzka słabizna

Skandynawski kryminał przez dobre dwa lata królował w mojej czytelni. Pochłaniałam jeden tom za drugim, stale miałam przy sobie coś autorstwa Mankella, Nesbø, Larssona, Larsson, Fossum, Indriðasona, Lehtolainen czy wielu innych. Delektowałam się północnymi klimatami, aż nagle mi przeszło. Z dnia na dzień stwierdziłam, że mam już dosyć ponurych detektywów, co nie wylewają za kołnierz, dość brutalnych morderstw i skrzywdzonych dzieci.

Przestałam kupować skandynawskie kryminały, ale w ramach wyjadania zapasów sięgnęłam po książkę W proch się obrócisz Yrsy Sigurðardottir. Autorka ta spędza część roku pracując na budowie, jako że jest z wykształcenia inżynierem, a pozostały czas poświęca pisaniu. Po przeczytaniu Trzeciego znaku, jej pierwszej dostępnej w Polsce książki, byłam przekonana, że Yrsa powinna porzucić inżynierię dla pisarstwa. Po lekturze Weź moją duszę nie byłam już taka pewna, że to dobry pomysł, natomiast teraz, kiedy zapoznałam się z trzecią powieścią o prawniczce Thorze Gudmundsdóttir, mam nadzieję, że jednak pozostanie przy projektowaniu mostów. I że jej mosty i tamy mają solidniejszą konstrukcję niż fabuła W proch się obrócisz.

Zamiast własnego streszczenia, pozwolę sobie przytoczyć notę wydawcy:

Czy bestialskie morderstwo popełnione na pielęgniarce w Reykjaviku ma związek z trzema ciałami i głową, odnalezionymi w piwnicy zasypanego popiołem wulkanicznym domu? Kim byli zamordowani i jak w tej piwnicy znalazły się ich zwłoki? Czego szukali w miasteczku? Czy ktoś ich pamięta? Czyżby byli jedynymi nieznanymi ofiarami "wojny dorszowej"? Thora, prawniczka znana z poprzednich powieści islandzkiej autorki, całkiem przypadkiem trafia na ślad dawnej zbrodni. Głównym podjerzanym staje się Markus. By udowodnić jego niewinność, Thora wraz ze swoją nieco ekscentryczną sekretarką musi odnaleźć prawdziwego sprawcę lub sprawców. Obie będą dążyć do wyjaśnienia tajemnic zaginionego pod lawą i popiołem miasteczka, powoli odsłaniając prawdę o wydarzeniach na wyspie Heimaey i o popełnionych tam niegdyś zbrodniach. Ale czy to wystarczy, żeby wyjaśnić sprawę zabójstwa pielęgniarki?

Jak widać z powyższej noty, wątków w książce jest mnogość. Biorąc pod uwagę słabnący z powieści na powieść warsztat pisarski Yrsy - wątków tych jest nadmiar. Autorka próbuje przeplatać jeden wątek z drugim, ale robi to tak nieudolnie, że czytelnik gubi się w czasie i przestrzeni, a bohaterowie mylą się jeden z drugim, i już nie wiadomo, kto jest synem, kto ojcem ani czyją właściwie córką jest dziewczynka z anoreksją. Zupełnie niewiarygodne jest "śledztwo" prowadzone przez Thorę. Nie wierzę, że policja nie wpadła na pewne tropy, a udało się to średnio rozgarniętej prawniczce, której zwierzały się przypadkowo spotkane osoby. Wątki plączą się i motają, zaś rozwiązanie zagadki następuje przypadkiem, dopiero, kiedy zmuszony okolicznościami morderca przyznaje się do winy. Jego spowiedź to wybuchowa mieszanka sprytu, umiejętności przewidywania i sprzyjających okoliczności. Absurdalne, bo "bohater" nie robi wcześniej wrażenia szczególnie inteligentnego. Tylko czekałam, kiedy nasz zuch przyzna się, że i wybuch wulkanu zaplanował i przeprowadził.

Na osobny akapit zasługuje język, jakim napisano powieść. Nie wiem, na ile to wina autorki, a ile tłumacza, ale przez niektóre infantylne (monologi wewnętrzne Thory na łodzi) lub drewniane niczym Pinokio fragmenty trudno przebrnąć. Oto, jak wypowiada się Paddi, prosty rybak ledwo umiejący czytać:

Dawniej chłopak świata poza nią nie widział i choć nigdy nie interesowałem się młodzieńczymi romansami, to tego akurat nikt nie mógł nie zauważyć. Nawet nasz stróż prawa Gudni powiada, że jego aresztowanie zakrawa na absurd, a on sam w czasie swojej kariery niejedną głupotę popełnił.

Albo:

Zachowywali się jak szaleńcy. Opuścili port w raczej kiepską pogodę. Ich łajba nie do końca była sprawna i powinni ją naprawić, zanim ruszyli w drogę. Dlatego śledziłem ich poczynania. 

Chciałabym to usłyszeć...

Dobre strony tej książki to obraz społeczeństwa islandzkiego, ukazujący Islandczyków jako ludzi wewnętrznie osamotnionych, jakby "osobnych", depresyjnych, oraz różne islandzkie smaczki. W pewien sposób książka "zalatuje" Islandią i tylko dlatego nie odradzam jej tak całkowicie.

wtorek, 10 listopada 2009
Koncertowo

Utworzyłam na blogu osobną kategorię dla muzyki i jakoś świeci pustkami, czas to zmienić.

Zacznę od tego, że koncertowo ten rok był bardzo ubogi.

Przed samą Wielkanocą wysłuchałam dwóch koncertów w ramach Festiwalu Pasyjnego. Pierwszy to były renesansowe pieśni wielkopostne, bardzo udany koncert. Drugi to prawdziwa rewelacja - pieśni pasyjne Bacha, ze śpiewającą jak anioł sopranistką (niestety zgubiłam program, a nie pamiętam nazwiska) i Tytusem Wojnowiczem na moim ulubionym instrumencie.

Trzy razy zaliczyłam Dancing w Polonii (nie mogłam się oprzeć), w Norwegii widziałam koncert z okazji zakończenia sezonu łacińskiego w bergeńskiej filharmonii (trochę dziwaczny, acz niebanalny, będę o nim pisać), dwa razy wysłuchałam Chopina w Łazienkach, we wrześniu poszłam na koncert Krystyny Jandy Piosenki z teatru - i tyle, nawet na Jazz na starówce w tym roku się nie wybrałam. Pod koniec kwietnia wpadłyśmy z koleżanką na pomysł, że można by się wybrać na listopadowy koncert Diany Krall w Sali Kongresowej, ale już wtedy dostępne były jedynie bilety po 400 i 500 zł - troszeńkę jakby za dużo, jak za jeden wieczór.

Powspominam sobie za to Piosenki. Z tym koncertem Janda jeździ po całej Polsce, ale dość rzadko jest on grany w Warszawie, więc popędziłam do jej teatru, jak tylko nadarzyła się okazja (a nadarzyła się we wrześniu).

Bosko było. Spektakl wystylizowany jest tak, że widz czuje się, jakby został zaproszony do domu aktorki. Może to i rezultat sprytnej reżyserii, ale wszystko to wypada bardzo sympatycznie i jakoś tak naturalnie, że człowiek zapomina, ile wybulił za bilet. Krystyna Janda siedzi sobie na krześle otoczona zespołem muzyków, opowiada widzom anegdotki związane z każdą piosenką, dzieli się refleksjami o teatrze i śpiewa wprowadzając mózgi zebranych w rozkoszne wibracje. Aha, i ładnie wygląda.

Piosenki z teatru przywołują duchy przeszłości teatralnej. Biała bluzka Agnieszki Osieckiej, Kobieta zawiedziona Simone de Beauvoir i Marlena Pam Gems to spektakle, których Janda już nigdy nie zagra, więc jeśli ktoś nie miał okazji ich zobaczyć, ten koncert da mu pewną namiastkę tego, czym były i pozna kontekst, w jakim oryginalnie wykonywano piosenki. Wreszcie dowiedziałam się, o czym jest piosenka Jest fantastycznie. Sądziłam, że to słodko-gorzka pochwała niezobowiązującej miłości, a tymczasem w ten sposób żona manifestowała radość, kiedy mąż na dwa dni wrócił od kochanki. Dla siebie odkryłam Wariatkę. Ten utwór nigdy nie należał do moich najulubieńszych, ale jak mi to Janda zaśpiewała z tak bliska, prawie w twarz, jak ryknęła bez ostrzeżenia Ale szum, ale tłum, to mnie dosłownie wprasowało w fotel. Może sobie Janda uważać, że nie umie śpiewać, ale doskonała technika to za mało, żeby złapać za serce publiczność, zwłaszcza publiczność tak marudną jak ja. Potrzeba pewnej autentyczności w tym, co się robi, a Janda śpiewająca jest bardzo prawdziwa, przekonująca i poruszająca.

Piosenki z teatru to nie tylko wysokie C. Jeden z najweselszych momentów wieczoru to parodie Marleny Dietrich. Parodie, dodam, bardzo dobroduszne, podszyte podziwem Jandy dla Marleny. Janda robi miny i modeluje głos, a publiczność pokłada się ze śmiechu.

Marzy mi się płyta z tego koncertu, nagrana kiedyś w Trójce. Niestety, wydano ograniczoną liczbę egzemplarzy, po czym okazało się, że z powodu zawirowań wokół tłumaczenia jednej z piosenek wydawanie Jandy w Trójce musi zostać zawieszone. Szkoda.

poniedziałek, 09 listopada 2009
Brednie z Singapuru

Sięgając po Singapur, czwarta rano Marcina Bruczkowskiego nastawiałam się, że będzie to gniot absolutny i z satysfakcją stwierdzam, że ani trochę się nie zawiodłam.

Paweł mieszka w Singapurze i pracuje gdzieś tam jako ktoś tam, gra na perkusji w zespole rockowym, spotyka się z jakimiś ludźmi bez osobowości i toczy z nimi rozmowy o niczym. Jeśli autor zdecyduje się umieścić akcję w konkretnym miejscu, zwłaszcza tak egzotycznym dla ludzi z naszej części świata, to nie od rzeczy byłoby jakoś oddać charakter tego miejsca. Niestety, autor woli snuć arcynudne rozważania o perkusji, a Singapuru nam skąpi, poza jedną rozmową, w której główny bohater objaśnia przybyszowi zza granicy, jak się żyje w tym kraju. Wprowadza do języka jakieś elementy języka Singlish (mieszanka języków lokalnych i angielskiego), ale to nie ratuje książki, tak samo jak nie ratują jej te nieliczne informacje o codziennym życiu w Singapurze. Pomysł na fabułę to miały być, zdaje się, losy amatorskiego zespołu rockowego, ale akcja tak się rozłazi w szwach, że właściwie nie wiadomo, o co chodzi i po co czytamy tę książkę. Aha, Polak w egzotycznym kraju, który zostaje bez grosza przy duszy i z tego powodu ma depresję, to motyw, który już znamy z Bezsenności w Tokio, teraz poprosimy o coś nowego!

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy autor wprowadził do powieści siebie samego, z własnym imieniem i z nazwiskiem, w roli anioła stróża czuwającego nad narratorem. Bufonada pełną gębą. Lubię, kiedy autor przemyca siebie na karty powieści w subtelny sposób, a ja mam mnóstwo radości, kiedy odnajdę autora w jakimś epizodzie. Ale taka nachalna autopromocja? Nie wiem, co Bruczkowski chciał osiągnąć, przedstawiając siebie jako tajemniczego nieznajomego, który pojawia się, gdy jest potrzebny. Mnie rozśmieszył. Tak samo, jak rozśmieszył mnie jednym przypisem: "Patrz (a najlepiej kup i przeczytaj) Bezsenność w Tokio".

Najciekawsza część książki to słowniczek na końcu, ale ogólnie szkoda czasu na te wypociny. Niby czyta się Singapur krótko - tylko trzy godziny i jest po wszystkim - ale jeśli ktoś łaknie wiedzy o Singapurze, to zdecydowanie więcej pożytku będzie miał z lektury Wikipedii.

niedziela, 08 listopada 2009
Granice miłości

Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby Julia (ta od Romea) odkryła, że jej matka ma romans? I gdyby nie było całej tej afery z samobójstwami? Ja też nie. Ale Guillermo Arriaga się zastanowił i napisał scenariusz do filmu Granice miłości. Z bardzo dobrym zresztą skutkiem.

Do kina zagnała mnie ciekawość, co Charlize Theron i Kim Basinger mają do roboty w argentyńskim filmie. Okazało się, że grają w całkiem niezłej produkcji. W pierwszej scenie ukazują nam się plecy kobiety - już po tych plecach i po tonie, jakim ich właścicielka wygania z łóżka kochanka można poznać, że coś jest nie tak. Co nie gra? Dowiemy się, ale nie tak od razu.

Potem akcja przenosi się do innego miejsca, do innego czasu. W przyczepie w środku szczerego pola spłonęła kobieta i jej kochanek. Jedna zakazana miłość daje początek innej - jej córka i jego syn zaczynają się spotykać, próbując jednocześnie dowiedzieć się, co łączyło ich rodziców. Dla widza rozpoczyna się przeskakiwanie między planami czasowymi i różnymi miejscami akcji i stopniowe odkrywanie wydarzeń i motywacji bohaterów. Scenarzysta i reżyser w jednej osobie nie pozwala się nudzić, ale i nie wprowadza chaosu do opowiadanej fragmentami historii. Ułożona z kawałków opowieść zachwyca precyzją. Nie dowiadujemy się wszystkiego, pewne kwestie pozostają otwarte, ale to jest ten rodzaj niedopowiedzenia, który nie drażni, a intryguje.

Można by się czepiać, że takich historii kino opowiedziało już wiele, ale sposób, w jaki nam podano ten film o poszukiwaniu miłości i próbach wybaczenia samemu sobie zachwyca starannością. Ujął mnie pewien niepokój, jakim film emanuje od początku do końca. Oglądając Granice miłości miałam uczucie, że wreszcie nikt mi nie próbuje sprzedać banałów w oklepany sposób. Aktorsko film jest doskonały, a scena zdejmowania bluzki przez Kim Basinger - mistrzowska. Polecam z czystym sumieniem.

19:44, agawa79 , Film
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 listopada 2009
Cztery kobiety i mobbing czyli "Wyjątek" Jungersena

Jest ich cztery: Malene, Iben, Anne-Lise i Camilla. Wszystkie cztery pracują w Duńskim Centrum Informacji o Ludobójstwie. Trzy z nich otrzymują maile z pogróżkami. Zaczynają się wzajemne podejrzenia, oskarżenia, a wokół Anne-Lise zacieśnia się pętla mobbingu, którą przeciąć może jedyny sprawiedliwy, tytułowy wyjątek z powieści Christiana Jungersena. 

Autor uczynił rzecz ryzykowną: zestawił zbrodnie wojenne z mobbingiem przytaczając raporty z eksperymentów psychologicznych, w których dobrzy, spokojni ludzie przeistaczają się w oprawców i tylko nieliczni są w stanie przeciwstawić się złu. Chciał pokazać, że wszędzie tam, gdzie chodzi o gnębienie drugiego człowieka, niezależnie od skali i ciężaru tego gnębienia, działaniem ludzkim rządzą te same reguły. Założenie powieści prawdopodobnie było takie: normalne, sympatyczne kobiety, „takie jak my”, osaczają w pracy jedną z koleżanek i robią jej z życia piekło, przez co zachowują się dokładnie w ten sam sposób, jak ludzie popełniający zbrodnie przeciw ludzkości, którzy po całym dniu torturowania i zabijania ludzi idą spokojnie do domu i są kochającymi ojcami, mężami, dobrymi sąsiadami. Jungersen chyba czuje, że trochę się zapędził w tych porównaniach, bo w pewnym momencie wyjaśnia słowami jednej z bohaterek, która, trawiona wyrzutami sumienia z powodu dręczonej koleżanki stanęła w jej obronie, że uprawiany przez nie dotychczas mobbing nie jest wprawdzie tym samym, co ludobójstwo, ale schemat zachowania jest identyczny. „Sprawiedliwa” snuje refleksje, że w czasie wojny sama zachowywałaby się jak oprawca, skoro zdolna była do nękania koleżanki.

Nie twierdzę, że autor nie ma racji, pokazując te dwa zjawiska, mobbing i ludobójstwo, jako efekt działania tych samych schematów. Nie będę się upierać, że ludzie stosujący mobbing czy znajdujący przyjemność w sprawianiu innym bólu nie mogą być na gruncie prywatnym mili i sympatyczni. Problem z Wyjątkiem polega na tym, że autor mnie nie przekonał o prawdziwości tej tezy. Założenie jest takie, że każdy z nas w pewnych warunkach może stać się katem. Niestety, bohaterki Wyjątku są albo nijakie, albo antypatyczne, i trudno mi sobie wyobrazić, że czytelnik zechciałby się z nimi utożsamić. Nieakceptowana przez pozostałe kobiety Anne-Lise jest neurotyczna, płaczliwa, rozpaczliwie szukająca aprobaty i przez to bardzo irytująca. O Camilli niewiele wiadomo, oprócz tego, że w dzieciństwie była kozłem ofiarnym całej szkoły; jest to bardzo nijaka postać. Przyjaźniące się ze sobą bliżej Iben i Malene przez jakieś pięćset z przeszło sześciuset stron powieści są trudne do odróżnienia. Malene to „ta z gośćcem”, a Iben to „ta, która była w Afryce”, ale przedstawić charakterystykę którejkolwiek z nich inną niż „denerwująca baba” to zadanie, którego się nie podejmę. Trudno się identyfikować z kimkolwiek z tego zestawu. 

Poza tym samo zjawisko mobbingu przedstawiono dość niemrawo. Piszę „mobbing”, bo takie słowo pada na kartach powieści, ale uważam, że jest ono używane na wyrost, jeśli chodzi o określenie stosunku pracownic centrum informacyjnego wobec Anne-Lise. Tamte jej po prostu nie lubiły (i słowo daję, miały powody), więc nie dziwi mnie, że nie chciały z nią spędzać czasu prywatnie ani wdawać się w pogaduszki w pracy. A kiedy zdarza się poważniejsza wobec niej przewina – jedna z kobiet próbuje jej wmówić, że Anne-Lise ma urojenia twierdząc, że jest obmawiana – dwie minuty później „jedyna sprawiedliwa” staje w jej obronie i przyznaje się do plotkowania. Całe te gierki między 30- i 40-letnimi kobietami bardziej przypominają lżejszego kalibru niesnaski między nastolatkami niż prawdziwy mobbing. 

Bardzo nierówne jest tempo akcji. Powieść rozkręca się z wolna, ale wciągnęła mnie zanim zrezygnowałam z lektury. Przez jakieś dwieście stron bardzo emocjonowałam się tym, kto wysłał maile z pogróżkami, czy jedna z nich, czy ktoś z zewnątrz, a potem przestało mnie to interesować. Nie na tyle wprawdzie, żeby całkiem porzucić książkę, ale kolejne trzysta stron doczytywałam z doskoku, bez drżenia serca. Pod sam koniec akcja przyspiesza, ale wątek, gdzie do akcji wkracza pierwszy podejrzany o autorstwo maili, serbski zbrodniarz wojenny Mirko Žigić, trąci absurdem. Wkroczenie to jest wprawdzie logicznym następstwem pierwotnych podejrzeń, ale całe zamieszanie z Mirkiem jest jakby obcym przeszczepem do organizmu książki, Žigić wyskakuje jak filip z konopi i niby jest na swoim miejscu, ale jednak nie do końca tam pasuje. 

Muszę jednak pochwalić Jungersena za zakończenie. Jeśli poznajemy mężczyznę nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy, to autor jest mistrzem. Już mi się wydawało, że wiem wszystko o przebiegu zdarzeń, kiedy autor w kilku zdaniach zburzył moją pewność i tym samym zobaczyłam dotychczasowe wydarzenia w nowym świetle. I choć jestem daleka od zachwytu, to może z tą nową wiedzą i nowym punktem widzenia kiedyś przeczytam Wyjątek ponownie.

 
1 , 2