stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Inwokacja do Dukaja Jacka

Szanowny Panie Dukaju!

Tak, wiem, sama jestem sobie winna, że na pierwsze sam na sam z Pana prozą wybrałam Inne pieśni. Wiem, po Innych pieśniach powinnam była dłużej poczekać - jakieś dziesięć lat, myślę, wystarczyłoby - z kolejną Pana powieścią, żeby zapomnieć choć odrobinkę, jak fantastyczne i poruszające intelektualnie okazały się Pieśni.

Niestety, stało się, jak się stało; wzięłam do ręki Córkę łupieżcy. O zgrozo i o święty Jacku, Córka łupieżcy była prezentem gwiazdkowym dla osoby, która wprowadziła mnie w Pana świat. Trudno. Może mi wybaczy, choć pewnie będę musiała o przebaczenie błagać długo i skutecznie.

Napisał Pan, Panie Dukaju, książkę o Zuzannie Klajn, która żyje w mieście będącym odbiciem wszystkich istniejących miast i poszukuje prawdy o śmierci swojego ojca. Czy to miała być zabawa konwencją, że zbudowany przez Pana świat jest odbiciem wielu światów znanych z innych książek? Bez trudu można pokazać palcem, gdzie Pana zainspirował Pratchett, Ludlum, Asimov, Däniken, Dick. Gierki z czytelnikiem w "czy my się skądś nie znamy?" bardzo mnie kręcą - pod warunkiem, że nie wieje mi z powieści nudą. Z Córki łupieżcy natomiast nudą nie tyle wieje, co dmie i zacina.

W porządku, nie będę się upierać, że co dla mnie nudne, to nudne dla każdego. Może ktoś czytał Córkę bez tchu i w zatraceniu, i to nie dlatego, że oddech odebrała mu wspominana wyżej nuda. Ale nie mogę się powstrzymać przed zadaniem jednego pytania: po co Córka łupieżcy została napisana? Na co komu ten przerost formy (nota bene nie najlepszej) nad treścią? Co ta książka ze sobą niesie? Napisać taką powieść to jak sklecić pozłacaną klateczkę i do środka nie włożyć nic, nawet zdechłego kanarka. Ozdoba wątpliwa i pożytek żaden.

Ale coś Panu na koniec powiem. Ja i tak Pana wielbię, i w Pana talent wierzę, i życzę Panu przynajmniej Paszportu Polityki, bo skoro dostała go Sylwia Chutnik, to Pan powinien z marszu dostać ze cztery. I za jakąś Nike w przyszłości też będę trzymać kciuki, bo się Panu za Wrońca chociażby należy, jak kanarkowi klateczka. Tylko niech Pan już więcej nie wypuszcza takich Córek z szuflady.

To pisałam ja, szczerze oddana

Wielbicielka.

piątek, 25 grudnia 2009
Wystawa o Modrzejewskiej w Teatrze Wielkim
W czasie, kiedy trzymam jad na wolnym ogniu i dorzucam kolejne składniki do obiecanej niżej miazgi, polecę wam wystawę o Helenie Modrzejewskiej w Teatrze Wielkim. Nie jestem w stanie opisać tego lepiej, niż zrobił to Waldemar Dąbrowski na stronie teatru, ale powiem od serca, że powiększone czarno-białe fotografie twarzy aktorki, oryginalne stroje, w których występowała na scenie i kolekcja kosmetyków firmy, której była twarzą, robią ogromne wrażenie. Wystawa jest niewielka, ale naprawdę warto ją zobaczyć.
23:23, agawa79 , Inne
Link Komentarze (3) »
środa, 23 grudnia 2009
Życzeń nie będzie

Będzie piosenka. :)

A już po świętach:

- wytykam Paulinie Holtz i Joannie Żółkowskiej!

- masakruję Dehnela!

- mam za złe Dukajowi!

Stay tuned.

:)

15:44, agawa79 , Inne
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 grudnia 2009
I stała się Aktorka. "Lipiec" w Teatrze na Woli.

Czym dla literatury jest Pachnidło Süskinda, dla filmu - Milczenie owiec, czym w muzyce są Tiger Lillies, tym dla teatru jest Lipiec Wyrypajewa, prawie-monodram* Karoliny Gruszki, wystawiany w Teatrze na Woli. Takie przedstawienie sprawy to z mojej strony oczywiście duże uproszczenie, ale myślę, że potencjalnemu widzowi da pewne ogólne pojęcie, czego może się po Lipcu spodziewać.

Kto zna wymienione wyżej pozycje, ten bez trudu znajdzie wspólny mianownik wszystkich zjawisk. Kto nie zna, temu postaram się wyklarować, co mi chodzi po głowie w związku z tą listą. Fascynacja turpizmem, chorobliwe zamiłowanie do pokazywania przemocy z detalami, do brzydoty, upodobanie do skrajnego naturalizmu - w taki nurt wpisuje się Lipiec Wyrypajewa, autora tekstu i zarazem reżysera spektaklu; mający jednak, co stwierdzam ze zdumieniem, dziwnie oczyszczającą moc; jak igła, która ze skażonego nieczystościami wnętrza wyskrobuje niewidoczne brudy, kłując przy tym owo wnętrze raz za razem. Wczorajsza wizyta w teatrze to było przeżycie ekstremalne, duszo-wybebeszające, wcinające się żyletką w mózg. Pisałam gdzieś niedawno, że w stosunku do różnych przejawów sztuki czuję się jak narkoman, któremu potrzeba coraz mocniejszych dawek, żeby poruszyć obojętniejące serce. Karolina Gruszka przez tekst Wyrypajewa dała mi wczoraj dokładnie to, czego szukam w teatrze.

Gruszka to aktorka (choć skłaniam się ku temu, by mówić o niej jako o zjawisku) tzw. młodego pokolenia, wyróżniająca się na tle równolatków odwagą, zarówno życiową, jak i artystyczną, i umiejętnością podejmowania trudnych decyzji. Pamiętam ją jeszcze z Narodowego - w dramacie Władza o Ludwiku XIV Gruszka z Gajosem i Chodakowską dali taki popis aktorski, że swoim poziomem gry zmietli w głęboki kąt odtwórcę głównej roli, Piotra "Drewno" Adamczyka. Już wtedy przeczuwało się, że z Gruszki będzie aktorka nietuzinkowa; bardzo więc żałowałam, kiedy znikła z Teatru Narodowego. Dużo później dowiedziałam się, że zrezygnowała z angażu w jednym z najważniejszych polskich teatrów na rzecz niepewnej przyszłości zawodowej w Rosji, przy boku partnera, rosyjskiego dramaturga Iwana Wyrypajewa.

Wróciła do Polski w świetnym stylu, w sztuce Lipiec, gdzie wciela się w rolę** 63-letniego ludożercy, który po serii makabrycznych zbrodni stracił słuch i od sześciu lat gnije, mentalnie i cieleśnie, w szpitalu psychiatrycznym. Wielka siła tego przedstawienia tkwi zarówno w samym tekście, jak i w sposobie, w jaki Gruszka mówi go na scenie. Obfitujący w krwawe szczegóły strumień świadomości starego człowieka to tak naprawdę wołanie z samotni o miłość i odrobinę zrozumienia, to szukanie Boga i prawdy o sobie samym. Wrażenie pustki pomiędzy opowiadającym historię a resztą świata zostaje uwypuklone dzięki prostemu trikowi z mikrofonem, ustawionym tak, że wypowiadana treść brzmi jak w pustym kościele albo w więziennej celi. Karolina Gruszka po mistrzowsku modeluje głos; frazy "po mistrzowsku" nie używam jako nic nie znaczącego słowa-wytrychu, które ładnie brzmi, a niewiele znaczy, ale naprawdę jestem przekonana o perfekcji Gruszkowej interpretacji tekstu. Aktorka potraktowała ów tekst jak wiersz do wydeklamowania, miejscami przechodzący w śpiewną melorecytację. Gruszka na przemian ścisza i podnosi głos, zmienia tempo, raz jest głośna i szybka jak rozpędzony pociąg, innym razem cicha i drażniąca jak spadające na głowę pojedyncze krople wody. Jej sposób mówienia przypomina głos konferansjera w cyrku, grzecznej dziewczynki na szkolnej akademii albo, dla kontrastu, głos samego wnętrza chorego umysłu - a przynajmniej tak sobie to wyobrażam. Piętrowe wulgaryzmy wypowiadane są przez aktorkę z psychopatycznym uśmiechem, a opisy makabresek wyrzucane z krtani jakby od niechcenia. Gruszka ponadto należy do tego wąskiego grona aktorów, którzy potrafią wypełnić scenę samą swoją osobą; niepotrzebna jej scenografia (w Lipcu praktycznie jej nie ma), zbędne są rekwizyty. Widz patrzy na mikrofon i stojącą za nim Gruszkę, tyle wystarczy. 

O czym jeszcze jest Lipiec? O Rosji, o monotonnej beznadziei rosyjskiej prowincji, o niemożności wyrwania się stamtąd, o traktowaniu w tym kraju ludzi, którzy przez upośledzenie mają trudności w komunikowaniu się z innymi. Mocne. (Miejsce na małą dygresję, z takich okrutnych klimatów polecam autobiograficzną opowieść Rubéna Gallego Białe na czarnym).

A dlaczego starego mężczyznę zagrała młoda kobieta? Może dlatego, że tak zażyczył sobie dramatopisarz, pragnący zachowania dystansu między osobą wykonawcy a opowiadaną historią. Ja mam jednak inną odpowiedź. Karolina Gruszka zagrała*** starego kanibala, bo umie.

Update:

W programie Lipca zamieszczony jest wywiad, jaki Remigiusz Grzela przeprowadził z Iwanem Wyrypajewem. Oto pewien szczególnie frapujący fragment:

R.G.: A po co nam ta straszna historia?

I.W.: Jestem przekonany, że jest potrzebna. Spróbuję to pokazać w spektaklu. Bardzo przeżywam, czy to się uda, czy nie. Wszystko, o czym myślę przed premierą to nie, żeby zadziwić kogoś pomysłami reżyserskimi, ale żebyśmy zrozumieli, że takie historie są nam potrzebne. Nie żebyśmy się bali, ale właśnie żebyśmy przestali się bać. Żebyśmy znaleźli w sobie światło, bo ono jest w nas. Ta sztuka jest dla mnie jasna, zwłaszcza jej finał. Chcę, żeby widz wychodził z teatru z jasnym, czystym umysłem. Nie chodzi mi o relaks, ale o oczyszczenie.

Czyli zamierzonym i pożądanym przez autora efektem jest katharsis, zamierzonym, pożądanym i osiągniętym.

Polecam również recenzję spektaklu w Polityce, nie wiem jak to się stało, że wcześniej mi umknęła.

--

* Prawie-monodram, bo staruszka w szpitalu odwiedzają "trzej synkowie, dyżurni ruchu z Archangielska, i jeszcze nie było na nich żadnej skargi. Znaczy się, dobrze dyżurują, bez kompromisów i chałtury!"

** i *** Wyrypajew stanowczo by zaprotestował, jakoby Gruszka się w kogokolwiek wcielała czy kogoś grała; niestety, chyba mu się wymknęła spod kontroli i jest zbyt przekonująca, żeby traktować ją jedynie jak "osobę mówiącą treść dramatu".

14:36, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (8) »
czwartek, 17 grudnia 2009
Saga Sigrun. Fałszowanie pieśni Północy.

Wiele sobie obiecywałam po tej książce. Naczytałam się ociekających pochwałami recenzji, więc naprawdę nie sądziłam, że kiedy przyjdzie mi pisać o Sadze Sigrun Elżbiety Cherezińskiej, będzie to głównie krytyka.

Mało komfortowo czuję się pisząc o Sadze również z tego powodu, że dotarłam, z niemałym zresztą trudem, zaledwie do strony 118. i dalej w głąb treści nie ruszę. Ale z kolei, że tak sobie użyję garmażeryjnej metafory, nie muszę zjeść pełnego talerza pierogów z podrobami, żeby móc stwierdzić, że to obrzydlistwo. Z góry uprzedzam też, że prawdopodobnie w mojej impresjo-recenzji znajdzie się niejeden brzydki psujler, ale na pociechę dodam, że psujlery dotyczą powieści jedynie do strony 118., pozostałych 300 będzie sobie można czytać w spokoju, o ile komuś przyjdzie na to ochota.

Saga Sigrun opowiada o wchodzącej w kobiecość norweskiej dziewczynie, córce jarla, żyjącej w czasach, kiedy pogańskie wierzenia dopiero zaczynały być zastępowane przez chrześcijaństwo. To czasy krwawych walk (nawiasem pytając, czy są jakieś walki bezkrwawe?) o tron, okres wikińskich łupieżczych wypraw. Autorce należy się w tym miejscu uznanie za zgromadzenie ogromnej, drobiazgowej wiedzy i za próby oswojenia polskiego czytelnika z krainą odległą w czasie i przestrzeni. Wydarzenia historyczne to jednocześnie tło i zasadnicza część akcji; co się natomiast nie mieści w fabule, zostaje wyjaśnione przypisami, chociaż uważam, że tłumaczenie, co to są runy, urąga inteligencji czytelników. Dla osoby zupełnie niezorientowanej w realiach średniowiecznej Norwegii, Saga Sigrun może stanowić całkiem przyzwoite źródło informacji.

Na tym pochwały muszę zakończyć. Gdzieś przeczytałam, że w Sadze Cherezińskiej odnaleźć można klimat Krystyny córki Lavransa, mojej ukochanej powieści. No niczego się jeszcze nie nauczyłam o takich porównaniach debiutantów do postaci znanych i uznanych. Kiedyż ja wreszcie zrozumiem, że to tylko chwyt marketingowy, nie mający żadnego pokrycia w zawartości książki. Oczywiście na hasło "druga Undset" zaśliniłam się tak jak pies, któremu nie dano jeść od tygodnia, ślini się na starą kość, i rzuciłam się do księgarni.

Pewne analogie między Sigrun a Krystyną owszem, występują; choć moim zdaniem przekroczono granicę między inspiracją a naśladownictwem. Sigrun, jak Krystyna, jest bardzo związana z ojcem (nieudolną i plastikową kopią Lavransa), jak Krystyna też ma słaby kontakt z matką (pruderyjną jak nie przymierzając duchowa spadkobierczyni królowej Wiktorii, nie otwartą i naturalną, jak przystało na córę pogańskiej Północy). Wyrusza z domu rodzinnego, aby zamieszkać w dworze męża, zaś w czasie, gdy jej mąż zajęty jest polityką, ona czeka na niego i zarządza dworem. Motywy te wystąpiły już w Krystynie, i nie były tak wyidealizowane, jak w Sadze. Złożoność psychiki Krystyny sprawia, że czytelnik wierzy, iż taka osoba istniała naprawdę i odsuwa od siebie świadomość, że ta postać to jedynie wytwór wyobraźni utalentowanej pisarki. Sigrun natomiast to takie mało realistyczne dziewczę, co to wszystko robi "naj": a to najpiękniejszą koszulę wyszyje mężowi (najprzystojniejszemu, oczywiście), a to potrafi się najlepiej ubrać, a to w obliczu poborców podatków najdzielniej stawia im czoła, choć przecież w środku jest krucha i delikatna. Nie wierzę ani na jotę we wszystkie te wspaniałe przymioty; pół biedy, gdyby autorka opisywała to z jakimś dystansem; niestety, retoryka średniowiecznych eposów o bohaterach zostaje żywcem przeniesiona do współczesnej powieści, gdzie te wszystkie cudowności miejsc i charakterów po prostu śmieszą i zgrzytają.

Wiele osób zachwycało się erotycznymi scenami między bohaterką a jej mężem. Cóż. Można przedstawiać miłość cielesną ze wszystkimi szczegółami lub, dla odmiany, posługując się metaforami przywodzącymi na myśl Pieśń nad pieśniami. Autorka Sagi robi jedno i drugie, a ja zupełnie nie wiem, czemu rzeczone sceny wywołują napięcie porównywalne z odczuciem, jakie się pojawia podczas pobytu na fotelu ginekologicznym. Jedno i drugie ma w sobie tyle samo uroku. Gdzie tam Cherezińskiej do Undset, której udało się umieścić burzę z piorunami między dwójką bohaterów, nie dotykających się ani przez chwilę i słowem nie wspominających o miłości. Pamiętacie scenę czuwania Krystyny i Szymona przy chorym dziecku? To dopiero majsterszyk.

Autorka Sagi wydaje się przy Undset nieporadna warsztatowo, sprawia wrażenie, jakby albo bała się zgłębić temat, albo trochę nie umiała wejść głębiej w bohaterów, a może chciała oszukać samą siebie i przy okazji czytelnika.

Przełknęłabym jednak wszystkie niedociągnięcia, gdyby nie fakt, że powieść Cherezińskiej jest katastrofalnie nudna. Bohaterowie to takie laleczki, które wtłoczono w stereotypowe role, akcja dokądś chyba prowadzi, ale w 1/4 książki wciąż nie wiedziałam dokąd, natomiast opisy codziennych zajęć byłyby interesujące, gdyby nie poddano ich działaniu czegoś w rodzaju pisarskiego Photoshopa - za ładnie tam, za czysto, za doskonale; nawet jeśli mąż Sigrun ma brudną i podartą koszulę, to wiadomo, że żoneczka doskonała zaraz temu zaradzi. Gdzie ta hipnotyczna uczta czytelnicza, którą mi obiecywano, gdzie ten świat przekonujący, zmysłowy i detaliczny? Być może na tych trzystu stronach, których nie przeczytałam. Ale nie mam już ochoty tego sprawdzać.

środa, 16 grudnia 2009
Dawno temu w Betlejem

Z cyklu: wyciągamy na wierzch starocie.

Annę Marię Jopek po raz pierwszy zobaczyłam i usłyszałam sto lat temu w jakimś programie TV o muzyce. Było to jeszcze przed ukazaniem się jej debiutanckiego albumu Ale jestem - AMJ zaśpiewała w rzeczonym programie jeden czy dwa jazzowe kawałki i mówiła, że niedługo wyda płytę. Zapamiętałam sobie dobrze jej miękki głos i właściwie z marszu zostałam jej fanką. Ale jestem trochę mnie rozczarowało jako mało jazzowe, ale też i pozytywnie zaskoczyło obecnością nawiązań do folkloru i wokalnymi możliwościami AMJ. Od tamtej pory poznałam wiele muzycznych wydań wokalistki i w każdym znalazłam coś pociągającego.

Niedawno, żeby odizolować się od wszechobecnych Last Christmas i Mistletoe and Wine (przeciw którym nic nie mam, ale na litość boską, proszę mi tego nie serwować w takich końskich dawkach), wrzuciłam do odtwarzacza Dzisiaj z Betlejem, czyli kolędy w wykonaniu Anny Marii Jopek, nagrane w 1999 roku. Jazzowe interpretacje znanych w Polsce od lat pieśni, folkowe aranżacje, nawiązania do muzyki organowej i najradośniejszych kompozycji Gershwina - te elementy tworzą zjawisko łączące w sobie wszystko, co kocham w muzyce. Płyta jest na tyle "nieortodoksyjna", że nie nadaje się raczej do roli podkładu pod rodzinne kolędowanie przy śledziu i makowcu, ale od tego wszak mamy nieśmiertelne nagrania Mazowsza. Wykonania kolęd przez AMJ wydobywają je z sentymentalnej XIX-wiecznej estetyki i przekształcają dawne pieśni w utwory atrakcyjne dla współczesnego słuchacza.

Jak w każdym dotychczasowym wcieleniu, tak i w albumie Dzisiaj z Betlejem głos AMJ zaprasza do rozpłynięcia się w nim. Muszę w tym miejscu dać upust swoim spożywczym skojarzeniom: gdyby wokal AMJ porównać do czegoś do zjedzenia, to powiedziałabym, że przypomina on lekko scukrzony miód gryczany - ciemny, słodki, ale o cierpkim i szorstkawym posmaku; o jednolitej fakturze z niespodziankami w postaci ostrzejszych drobinek. I jak ten miód można jeść łyżkami, tak głosu Anny Marii Jopek można słuchać wciąż i wciąż, bez znużenia.

wtorek, 15 grudnia 2009
Balet Plus Plus. "Kurt Weill" w Teatrze Wielkim.

Kurt Weill Krzysztofa Pastora to widowisko (tak: widowisko; nie przedstawienie, nie sztuka, nie spektakl), w którym tańcem i śpiewem opowiada się o czasach niemieckiego kompozytora Kurta Weilla. Balet ten nie stanowi narracyjnej opowieści o życiu artysty, ale snuje luźno powiązane wątki o czasach, w których Kurt Weill żył i tworzył. Scenom tanecznym towarzyszą projekcje multimedialne, które mniej lotnym widzom (to ja, to ja) objaśniają, co się dzieje na scenie. A dzieje się niemało: dancingi, ruch na berlińskich ulicach, romans, ale też wojna, rasizm, wyścig zbrojeń - to tylko niektóre, bo zobaczymy tam wiele innych obrazów. Interesujący jest pomysł z wprowadzeniem śpiewaków między tancerzy; tworzy to wrażenie skomasowanego estetycznego ataku na zmysły widza. Dla mnie - dziecka kultury migających obrazków - bomba.

Pierwsza i ostatnia scena to przedstawienie narodzin i śmierci. Tancerz wyłania się spomiędzy dwóch czystych ekranów na początku, a na końcu odchodzi pomiędzy zamykające się za nim bramy. Tańczący te sekwencje młody Adonis miał niewielkie problemy z błędnikiem, ale ze względu na cielesną urodę wspaniałomyślnie postanowiłam mu wybaczyć. Pozostali tancerze byli doskonali w trudnej, ale niebanalnej i nowoczesnej choreografii. Nie mogę też nie wspomnieć o strojach, zaprojektowanych przez Macieja Zienia. Nazwisko projektanta kojarzyło mi się do tej pory głównie z tzw. warszawką i niebotycznymi cenami kiecek; od czasu Kurta Weilla natomiast kojarzyć mi się będą z Artystą. Zień przygotował tancerzom piękne, zwiewne kostiumy, nie będące topornymi kopiami ubiorów "z epoki", a jedynie nawiązujące do strojów z tamtych czasów. Stroje tancerzy są bardzo nowoczesne i stanowią kolejną cegiełkę przyczyniającą się do tego, że ze sceny wieje świeżością, kreatywnością (dzieci kultury migających obrazków muszą czasem użyć takiego słowa) oraz, jakkolwiek mgliście to brzmi, Europą. Moje odczytanie tej niedosłowności kostiumów to chęć rozciągnięcia kładki, pewnej klamry, pomiędzy czasami Weilla a teraźniejszością. Świat rusza do przodu, ale nie zapominajcie o tym, co było - tak do mnie widowisko powiedziało ze sceny.

Wspomniałam wyżej, że obok tańczących na scenie pojawiali się śpiewacy, zarówno pojedynczo, jak i w sporym chórze. Z jednej strony zabieg ten jest nieczęsto spotykany i jako swego rodzaju egzotyka przyciąga uwagę widza, a z drugiej niesie ze sobą pewne ryzyko - ryzyko rozmycia i wprowadzenia chaosu do przekazywanych treści. Największym elementem ryzyka w Kurcie okazała się Małgorzata Walewska. Można się spierać, czy to mezzosopranistka wybitna, czy "zaledwie" bardzo dobra, ale jednego nie można jej odmówić: ogromnej charyzmy. Walewska wchodzi na scenę, wnosząc ze sobą swój ciepły, potężny głos (byle orkiestra jej nie zagłuszy!), i w tym samym momencie reszta przedstawienia znika. Tancerze mogliby lewitować, a i tak nikt nie zwróci na nich uwagi, bo wszystkie oczy wlepione są w panią Walewską. Przyznam szczerze, że wgapianie się w Walewską tak mnie pochłonęło, że nie pamiętam tak naprawdę, czy równocześnie z nią występowali jacyś tancerze (chyba tak, ale nic sobie uciąć nie dam za ten pogląd).

Czytałam recenzję tego baletu w Wyborczej, gdzie krytyk był mało zachwycony interpretacjami muzyki Weilla w wykonaniu orkiestry - że ta orkiestra sieriozna okropnie, że bluesa nie czuje, że nie dorównuje śpiewakom. Coś wam powiem. To jest krytyk. Żyje z tego, żeby wybrzydzać i szukać dziury w całym. Proszę mu nie wierzyć. Owszem, odczytanie kompozycji Weilla przez muzyków było "na poważnie", ale wyluzowanie się nie jest jeszcze obowiązkowe w każdej sytuacji. Ja w każdym razie słuchałam z przyjemnością. Natomiast cały spektakl to moje osobiste wydarzenie roku. Teatr Wielki po raz kolejny udowodnił, że jego nazwa nie jest przypadkowa.

08:49, agawa79 , Inne
Link Komentarze (3) »
środa, 09 grudnia 2009
"Botox" w Teatrze Kamienica

Do Teatru Kamienica wybierałam się odkąd powstał, ale wciąż było mi nie po drodze, choć aby tam się dostać, potrzebuję przejechać metrem zaledwie cztery stacje. Ciągle coś mi wypadało: a to się rozchorowałam, a to inne teatry kusiły repertuarem, a to miałam nawał pracy - i tak przez ponad pół roku nie udało mi się tam dotrzeć. W końcu jednak postanowiłyśmy z koleżanką nie odkładać dłużej wizyty w teatrze Emiliana Kamińskiego i w ostatnią niedzielę wybrałyśmy się na Botox Jakuba Przebindowskiego.

Sam budynek jest przepiękny. Stara kamienica w środku miasta (w pobliżu pl. Bankowego) została odnowiona, wysprzątana i ozdobiona, w efekcie czego powstało miejsce pełne czaru i tchnące przyjazną atmosferą. Wnętrza łączą klasyczny wystrój z surowymi, nowoczesnymi elementami. Z eleganckiego foyer na widownię z wygodnymi fotelami (tak! a nie jak w Polonii mej ulubionej, gdzie siedzi się z kolanami przyciśniętymi do biustu) wchodzi się po żelaznych, nieco chwiejnych, schodkach. W antrakcie można zejść do piwnicy, która na szczęście w niczym nie przypomina ciemnych lochów. W podziemiach bowiem znajduje się galeria z obrazami, starym zegarem, żelaznymi stolikami i wyściełanymi krzesłami. Widzowie mogą poczęstować się słodyczami. Pod koniec przerwy miły pan przechadza się wśród widzów i zaprasza na dalszą część spektaklu - dzwonek, który brzmi jak kurant, jest trochę słabo słyszalny.

Sama sztuka to gorzko-kwaśna satyra na współczesne czasy, gdzie liczą się tylko pozory, nic nie jest prawdziwe, za to wszystko można sprzedać. Pewna żona, ostro skrytykowana przez męża w wigilijny wieczór z powodu pierwszych oznak starości, postanawia skorygować swoje ciało i twarz w serii operacji plastycznych, co obserwować będą widzowie przed telewizorami. Inna żona w ten sam wieczór dowiaduje się, że jej mąż jest gejem, sama postanawia więc "przerobić się na chłopca", aby mąż z nią został. Stojąca nad grobem staruszka chce poddać się operacji plastycznej, żeby "chociaż w trumnie dobrze wyglądać". Operacja przebiega tak pomyślnie, że "Gonia" (już nie "starsza pani" i nie "mama") zaczyna wyglądać młodziej od własnej córki, robi swój program w telewizji i pisze autobiograficzne książki, w których handluje swoim życiorysem.

Botox nie do końca do mnie trafił, trochę obojętnie przeszedł obok mnie. Nie odczuwam pędu do poprawiania swojej urody za wszelką cenę, prawie nie oglądam TV i zupełnie nie interesują mnie pisane w jeden wieczór biografie celebrytów. To świat, którego częścią się nie czuję i który ledwo zauważam, choć jestem świadoma jego istnienia. Występujący w tym spektaklu aktorzy nie są przesadnie biegli w swojej sztuce, choć widać, że się starają i nie próbują zbyć widza czymkolwiek. Poza tym nie przepadam za takim hałaśliwym teatrem, gdzie jest dużo biegania w kółko, a wulgaryzmy padają bez powodu i bez kontekstu. Nie do końca dopracowano choreografię i większość piosenek. Interesująco natomiast przedstawia się sprawa scenografii - wielu widzom może się wydać zbyt uboga, ale moja towarzyszka na ten wieczór powiedziała, że mam nie zrzędzić i napisać, że scenografia jest minimalistyczna. Idę za tą radą i skupiam się na pozytywach. Na samym początku spektaklu na scenie znajduje się tylko krzesło i ekran multimedialny - później będą na nim wyświetlane zarówno elementy wystroju sceny (karp na stole albo pochmurne niebo), jak i monologi wewnętrzne bohaterów. Daje to niebanalny efekt, kiedy aktor stoi pogrążony w ciemnościach i pali papierosa, a na ekranie oglądamy jego twarz w zbliżeniu i słuchamy, jak zmaga się z podjęciem decyzji. Kiedy wspomniany ekran idzie w górę, ukazuje się surowe, nieco surrealistyczne, wnętrze sali operacyjnej w klinice chirurgii plastycznej. Ładne i groźne zarazem.

Bardzo natomiast spodobał mi się śpiew Justyny Sieńczyłło. Aktorka ta ma dość nieruchomą twarz, ale niedostatki mimiki wspaniale nadrabia ciepłą, niską, trochę mroczną barwą głosu i sposobem, w jaki swoim głosem operuje.

I chociaż przedstawienie Botox uważam za przedsięwzięcie dość przeciętne, to jednak polecam wizytę w Teatrze Kamienica. Ze sceny bowiem emanuje niesamowita radość tworzenia teatru. Emilian Kamiński i Justyna Sieńczyłło promienieją dumą, że to ich teatr, że publiczność dopisuje, że znaleźli własne miejsce w życiu. I to się czuje - dlatego do Teatru wrócę z przyjemnością, jeśli nie dla podniet artystycznych, to dla urzekającej atmosfery tego miejsca - z pewnością.

09:18, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (4) »
sobota, 05 grudnia 2009
"Biała wstążka"

Film Biała wstążka Michaela Haneke jest jak brzytwa przystawiona do gardła widza.

Rok przed wybuchem I wojny światowej w jednej z niemieckich wiosek wydarza się seria niewyjaśnionych wypadków: koń wiozący na grzbiecie miejscowego lekarza zaczepia o rozciągnięty nad ziemią drut, przez co jeździec na długie miesiące trafia do szpitala. Kobieta za złą pracę przy żniwach zostaje skierowana do pracy w tartaku i tam ginie. Ktoś wiesza głową do dołu kilkuletniego syna barona, a upośledzony synek akuszerki zostaje ciężko pobity i przywiązany do drzewa w lesie. Wszystko to dzieje się w miejscu, gdzie panuje pruski dryl, chłód uczuciowy, a najważniejsza jest dyscyplina. Dzieciom nie pozwala się na bycie dziećmi, kobietami się pomiata, a między dorosłymi panuje atmosfera niechęci, braku zaufania, psychicznego dręczenia, egoizmu. Podejrzenie o popełnienie wszystkich postępków pada kolejno na syna ubogiego chłopa i na dzieci, które, niekochane i upokarzane wydają się na oślep dawać upust wewnętrznej złości.

Ostatecznej prawdy o przebiegu zdarzeń trzeba się domyślić; scenarzysta niczego nie wyjaśnia wprost, do końca buduje nastrój napięcia. Czarno-biała elegancja statycznych obrazów sprawia, że widz czuje, jakby mówiono do niego z ekranu: nie zamykaj oczu, przypatrz się dokładnie, jak wykluwa się zło; napatrz się, aż się udławisz. Mimo niewielkiej dynamiki filmu trudno oderwać wzrok od ekranu. W scenie, gdy widać tylko białe drzwi, zza których dobiega krzyk dziecka bitego rózgą, jest tyle dramatyzmu, że widzowie siedzą niemal bez ruchu i tylko ich oddechy świszczą w ciemności. Biała wstążka obfituje w takie hipnotyzujące sceny. Niewiele tam brutalności pokazanej wprost, ale same sugestie przemocy sprawiają, że widz zastyga przed ekranem.

Muszę wspomnieć też o grających w filmie aktorach. W każdym kraju można znaleźć znakomicie grających dorosłych, ale twórcom Białej wstążki udało się zgromadzić na planie grupę niesamowicie utalentowanych dzieciaków, zachwycających autentycznością. Żaden aktor, młody czy stary, tam nie gra, oni wszyscy stają się postaciami, które mają wykreować. Rzadko zdarza mi się zapomnieć w kinie, że to tylko film. Podczas oglądania Białej wstążki - zapomniałam, a wyjście z kina na ulicę miało w sobie coś wręcz absurdalnego.

Mam tylko jedno zastrzeżenie - dotyczy ono napisów, które w kilku miejscach są prawie nieczytelne, ponieważ zlewają się z jasnym tłem. Dla kogoś, kto ledwo liznął niemiecki, odbiór filmu staje się utrudniony.

23:44, agawa79 , Film
Link Komentarze (7) »
piątek, 04 grudnia 2009
"Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego

Zimno. Rzęsisty deszcz. Klęczę w błocie. Ktoś uderza mnie obuchem w tył głowy. Padam twarzą na rozmokłą ziemię i próbuję krzyczeć.

Tak właśnie oglądało mi się Dom zły Wojciecha Smarzowskiego. Ten film jest jak dotknięcie samego środka zła i brudu.

Chciałabym napisać chłodną, analityczną recenzję, ale nie dam rady. Za dużo, za głośno we mnie wrzeszczy. Film powala na kolana realizmem, doskonałością kreacji aktorskich, scenariuszem, prawdą. To już poziom światowy. Chociaż "powala na kolana" to nie jest dobre określenie; raczej - przygina kark do ziemi i zmusza do zadławienia się z podziwu.

Zadam tylko jedno pytanie: Jakim cudem nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu w Gdyni dostała Agata Buzek, a nie Kinga Preis?!

18:18, agawa79 , Film
Link Komentarze (16) »