stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
środa, 29 grudnia 2010
"Wielkie małe życie" - Dean Koontz

W okolicach trzydziestych urodzin w środowisku naturalnym człowieka pojawia się nowy gatunek - kobieta (rzadziej mężczyzna) z dzieckiem. Kobiety (rzadziej mężczyzny) z dzieckiem znieść na trzeźwo niepodobna. Jedyny interesujący ją (rzadziej jego) temat to dziecko (żeby chociaż nasze, dałoby się wytrzymać, ale niestety - to nigdy nie jest nasze). Żaden szczegół dotyczący nowo przybyłego obywatela nie zostanie nam, znudzonym do szczękościsku słuchaczom, oszczędzony. A siada juz prawie (w wieku trzech tygodni, aha). A inteligentne jakie. A mówi pełnymi zdaniami (jak ma dziewięć miesięcy). A czyta płynnie (w wieku dwóch lat). A jak łyżkę trzyma, jaką kupę robi, a je to i tamto w ilościach takich a takich; a piękne takie, że zakuwajcie w żelazne maski swoje dzieci, żeby wstydu nie było przy porównaniach.

Ale o czym to ja chciałam... Aha. Czytanie wspomnień faceta, który wprawdzie nie miał dzieci, ale za to miał psa (o, pardon, "czworonożną córeczkę") jest w zbliżonym stopniu porywające. Auuuuuu...

poniedziałek, 27 grudnia 2010
Stos część trzecia

How Would You Move Mount Fuji? Microsoft's Cult for the Puzzle - William Poundstone. Skąd się wzięły testy na inteligencję i różne rodzaje łamigłówek oraz dlaczego Microsoft pyta ludzi o powody, dla których pokrywy studzienek są okrągłe, a nie o to, jak wyobrażają sobie siebie za pięć lat. Wnioskując z recenzji w Amazonie, niektórzy sądzili, że przyswoiwszy treść książki oraz zapoznawszy się ze sposobami odpowiadania na najbardziej podstępne pytania świata dostaną pracę w Microsofcie. A ci, bezczelni, kazali im się znać na algorytmach i językach programowania! Choć faktycznie, o tym aspekcie rozmów kwalifikacyjnych w firmie Gatesa Poundstone milczy.

Historia ciała w średniowieczu - Jacques Le Goff, Nicolas Truong. O tym, jak jednocześnie ciałem gardzono i je uwznioślano. Precyzując: niektórymi ciałami gardzono (ach te baby), niektóre zaś uwznioślano.

Kukułka - Antonina Kozłowska. Trudno napisać recenzję książki kogoś, kogo się zna i lubi, żeby nie zostać posądzonym o to, iż pozytywna opinia dotyczy bardziej autora niż książki. Odsyłam Was zatem do Padmy, lepiej od niej i tak nie ujmę tego, co mam do powiedzenia.

Dzianina z mięsa - Katarzyna Bielas. Dwadzieścia dwa wywiady - głównie z artystami o mniej lub bardziej pokręconych życiorysach i osobowościach.

Kobiety i władza - Magdalena Środa. Władza, której kobiety na ogół nie mają, dodajmy. Środa bywa rozkosznie złośliwa w charakteryzowaniu ludzi głupszych niż ona sama (nieładnie, pani etyczko, nieładnie;)), a ja podpisuję się wszelkimi kończynami pod buntem antymakijażowym (to, że jedna Egipcjanka z drugą parę tysięcy lat temu wzięły sobie spalone migdały i narysowały oczy, to nie znaczy, że ja teraz też muszę się malować, żeby uchodzić za kobietę zadbaną, right?). Ale nie rozumiem, jak myśląca osoba może twierdzić, że nie ma łaski wiary i nie widzieć absurdalności tego stwierdzenia. Czego by nie plotła miejscami, w większości Środa mówi mądrze. Książka z kategorii nieodrywable.

Wytępić całe to bydło - Sven Lindqvist. O tym, jak biali panowie pojechali i sobie wzięli.

Jak uczy się mózg - Manfred Spitzer. Jak uczą się zwierzęta i jak uczymy się my. Pasjonujące wyimki z neurobiologii, psychologii i pedagogiki dla laika. Niestety, w kilku ostatnich rozdziałach autor zechciał podzielić się z czytelnikami swoimi jedynie słusznymi poglądami na wszystko. Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego telewizja i komputer to zło, samo zło i zło nad złem oraz dlaczego bez religii w szkołach biedne dzieciątka szczezną bez wskazówek moralnych - dowiecie się.

Miłosz i Brodski. Pole magnetyczne - Irena Grudzińska-Gross. Dwaj słowiańscy poeci zmuszeni okolicznościami do emigracji na Zachód. Autorka bada paralele i punkty styczne między dwoma noblistami. Czy była to przyjaźń? Nie wiem. Autorka też nie, choć prawdopodobnie nie wie, że nie wie.

Samotność. Powrót do jaźni - Anthony Storr. O wpływie osamotnienia na niezależność myślenia i kreatywność. Kant, Newton, Beatrix Potter, Kartezjusz czy Kierkegaard nie staliby się tym, kim się stali, gdyby potrafili/ chcieli wchodzić w długotrwałe intymne relacje z innymi. Ale że ich nikt nie rozpraszał, mieli szanse się wykazać.

Magma i inne próby zrozumienia, o co tu chodzi - Agnieszka Graff. Z Agnieszką Graff mam problem. Jej światopogląd jest mi dość bliski, ale jej brak dystansu do świata i absolutna nieobecność poczucia humoru w jej pisaniu sprawia, że zapamiętuję bardziej jej gniew niż zawartość merytoryczną. A jednostronność zniechęca mnie zawsze i wszędzie.

Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce - Francesca Michalska. Polska obywatelka Ukrainy opowiada dzieje przesiedlenia swojej rodziny do Kazachstanu oraz niezłomne dążenia do zdobycia zawodu lekarza przy jednoczesnej upartej wędrówce na Zachód. Przeżyć głód, stratę bliskich, wojnę, pracę nad siły i zachować radość życia - oto prawdziwy heroizm.

piątek, 24 grudnia 2010
Pozycja obowiązkowa
Tym, co świętują, i tym, co kontestują, tym, co lubią i tym, co nie znoszą, życzę dokładnie tego, czego sobie życzą - niech będzie jak w tej scenie w Karolci, gdzie się nagle wszystkim spełniły życzenia.



A my, uczyniwszy zadość tradycji, uprawiamy nicnierobienie z prezentami w roli głównej - syn ambitnie składa klocki, na które jest metrykalnie za młody, córka składa klocki, które są dla niej w sam raz, pan domu ogląda filmy, które przyniósł mu - a nie, nie Mikołaj, przed wiadomą kolacją czytaliśmy opis świąt w Dzieciach z Bullerbyn i młody pod krawatem wcielił się w Jultomte - zatem pan domu ogląda filmy od Jultomte (don't ask...), a ja chwilowo odkładam dzisiejsze dary (Lem i Woody Allen, yes, yes, yes) i wracam do rozpoczętego wczoraj Efektu Lucyfera Zimbarda zawierającego opis słynnego eksperymentu więziennego, gdzie losowo wybrani studenci wcielili się w role strażników i więźniów. Tak, tak, wiem, mało świątecznie i tylko dziwadła czytają o narodzinach zła w dniu, w którym narodziła się miłość, ale zostałam zahipnotyzowana i nic na to nie poradzę.

Zatem do...
19:43, agawa79 , Inne
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 grudnia 2010
Stosik zaległy, część druga

Jedziem:

Na plebanii w Haworth - Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Zupełnie nieprawdopodobna historia, jak to w życiu bywa: trzy córki ambitnego pastora, który przy odrobinie mniej wybujałych ambicjach mógł był zostać niepiśmiennym świniopasem (nikomu nie umniejszając), mieszkające na kompletnym zadupiu i podróżujące głównie po przestworzach własnej wyobraźni, zapisały się na zawsze w literaturze angielskiej, po drodze użerając się z psującym krew i powietrze braciszkiem. A kto nie czytał Wichrowych Wzgórz, powieści niepodobnej do żadnej innej, ten trąba.

Musicophilia - Oliver Sacks. Neurolog o tym, jak budowa mózgu wpływa na muzyczne upodobania i zdolności bądź ich całkowity brak. Pełen przekrój rozmaitych dziwactw związanych z miłością do muzyki oraz galeria przypadków dowodzących, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale i leczy. Był sobie pewien pan, który po tym, jak go trzasnął piorun w budce telefonicznej, zaczął kompulsywnie grać na pianinie. Ledwo zarejestrował, że się rozwiódł, tak go pochłonęło muzykowanie. Oraz sto pięćdziesiąt innych opowieści dziwnej treści, nużących naprawdę z rzadka. Jedna z moich ulubionych okładek wszech czasów.

Świat poety. Rozmowy z Josifem Brodskim - Solomon Wołkow. Omatkoboskojakietonudne. Ledwo przebrnęłam; poziom abstrakcji, na jakim toczą się rozmowy, znacznie przekracza moje możliwości nadążania za myślą poety i jego przyjaciela. Dopuszczam też opcję, że panom się zabełkotało tu i tam. Pozostanę zatem przy poezjach Brodskiego, rozmowy z nim polecając jedynie co wytrwalszym oraz inteligentniejszym.

O przekładzie na przykładzie - Elżbieta Tabakowska. Doświadczeńsza koleżanka po fachu też się zmaga. Ona z Daviesem, ja z serią programów historycznych dla pewnej stacji telewizyjnej, ale w kwestii translatorskich dylematów nie masz podziału na książki i filmy, na wielką literaturę i podrzędne produkcje. Tego samego nie umiemy i zdarzają się nam bliźniacze wpadki.

Homobiografie - Krzysztof Tomasik. Szesnaście suplementów do szesnastu biografii. Bez brązu, ale i bez szukania sensacji. Konopnicka, Komornicka, Lechoń, Kot Jeleński, Iwaszkiewiczowie i parę innych znanych nazwisk.

Rockmann - Wojciech Mann. Te pięć gwiazdek w Merlinie to chyba za to, że Mann jest trochę jak zupa pomidorowa i lubią go wszyscy, a nie za to, że napisał coś godnego miana autobiografii. Albowiem koło porządnej autobiografii Rockmann nie leżał ani przez chwilę. Wojciech Mann to gawędziarz, skądinąd rozkoszny, natomiast pisarzem nie jest w żadnym wypadku (na szczęście nawet nie udaje, że jest). Jakkolwiek szczerze się uśmiałam podczas czytania, to uważam, że tę książkę można dostać w prezencie, ale własnej kasy na nią szkoda - przerost formy nad treścią, a cena jak na parę opisanych po łebkach historyjek zdecydowanie przesadzona.

Książki najgorsze - Barańczak. Książki najgorsze, za to recenzje przeciwnie. Wyłam z uciechy.

Przed Bogiem - Stanisław Obirek. Łatwo krytykować to, co odległe i wrogie. Dużo trudniej zauważyć błędy i odważyć się o nich powiedzieć, jeśli chodzi o najbliższe otoczenie. Jestem zauroczona mądrością, spokojem i szerokim horyzontem tego człowieka.

Ostatnia część stosu zapłonie już niedługo.

niedziela, 05 grudnia 2010
Stosik zaległy, część pierwsza

Kręci mnie blogowa stosikomania. Jak tylko mignie mi przed oczami kupka do przeczytania, zaraz przyklejam się do monitora i sprawdzam zgodność zainteresowań stosikodawcy z własnymi inklinacjami.

Dla Was też mam dziś stertę - stertę na wspak, bo składającą się nie z planów na przyszłość czytelniczą, ale zawierającą to, co przeczytałam od ostatniego okołoksiążkowego wpisu aż do wczoraj. Niestety, próby wstawienia zdjęcia spełzły po panewce, zatem wyobraźnie tych, którzy tu wchodzicie, będą miały pole dla... dla siebie. Przy okazji bezwstydnie obnażę poziom blogowej abnegacji i recenzenckiego zapuszczenia, bo choć liczba pozycji pożartych w ciągu ostatniego półrocza nie jest przesadnie imponująca jak na półrocze, to jednak trochę mi wstyd tak otwarcie się przyznawać, o czym nie napisałam, choć mogłam. Dobra, koniec z pensjonarskim krygowaniem się. Ogłaszam koncert życzeń - jeśli macie ochotę, żebym napisała szerzej o którejś z moich lektur - miejsce na zostawianie komciUff znacie.

Oskarżona: Wiera Gran - Agata Tuszyńska. Dociekania Tuszyńskiej w formie zbliżonej do biografii na temat tego, czemu na żydowską śpiewaczkę spadła sieć podejrzeń o współpracę z Gestapo. Plus żałosny obraz starości jako takiej. Plus panorama zniekształceń ludzkiej pamięci. Trochę za dużo Tuszyńskiej w Tuszyńskiej.

Długie życie gorszycielki - Agata Tuszyńska. Biografia Ireny Krzywickiej, bojowniczki o prawa kobiet, domniemanej kochanki Boya-Żeleńskiego. Tu, dla odmiany, odautorskiego komentarza Tuszyńskiej prawie brak, a ze wspomnień różnych osób, które zetknęły się z gorszycielką, wyłania się obraz osoby, która nie miała żadnych zahamowań, gdy jej na czymś zależało - długo szukałam jednego zdania, jakim można by określić Krzywicką i to jest chyba to. Plus ogólne zdziwienie, że takie emocje wzbudzają we mnie osoby nieżyjące od lat.

Jak brednie podbiły świat - Francis Wheen. Ostra satyra brytyjskiego dziennikarza przejeżdżająca się bezlitośnie po New Age, Bushu juniorze, thatcheryzmie, Fukuyamie, islamskich fundamentalistach, ba, nawet Chomskyemu się dostaje. Pomijając słuszność bądź niesłuszność różnych zarzutów, książce trzeba przyznać jedno - napisana jest potoczyście, dowcipnie i zgrabnie.

I człowiek stworzył bogów... - Pascal Boyer. Skąd się wzięły religie i czy można znaleźć choć jedną wspólną cechę dla nich wszystkich? Dlaczego jedni ludzie wierzą, a inni nie? Polecam ateistom, którzy się dziwują, że inni wierzą w absurdalne historie, polecam wierzącym, którzy mają pretensje do współwyznawców o płytkość ich wiary oraz tym, którym religie zwisają, bo można sporo się dowiedzieć na temat ludzkiej natury.

Historia brudu - Katherine Ashenburg. O tym, kto kogo kiedy uważał za brudasa. Mniam.

I była miłość w getcie - Marek Edelman. O tym, co w getcie było normalnego i pięknego.

Diego i Frida - Jean Marie Gustave Le Clezio. Na miano biografii książka nie zasługuje przez swą wybiórczość, to pozycja dla tych, którzy życiorysy pary malarzy już znają, a chcą na nie spojrzeć z poetyckiej perspektywy noblisty. Tytuł powinien brzmieć "Co Le Clezio zechciał opowiedzieć o Diegu i Fridzie". Lektura malownicza (nomen omen) mimo wad.

Abecadło Miłosza - wiadomo, kto. Nie lubię tej książki, niektóre zdania są przepiękne, ale całość się nie klei. Miłosz wyłaniający się z tego, jak snuje opowiadania o cudzych losach to sztywny ponurak, bez cienia poczucia humoru, za to z wysokim poczuciem krzywdy. Jakże mu daleko do ironii, dystansu i inteligencji Barańczaka.

Listy - Zbigniew Herbert, David Weinfeld. Przez kilkanaście lat Herbert nie miał pojęcia, że jego wiersze są tłumaczone na hebrajski. Korespondencja Herberta z jego tłumaczem z Izraela pokazuje izraelski epizod z życia poety.

Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader. Lepiej niż Mdl tego nie opiszę, cóż mogę więc dodać poza tym, że nie chciałabym mieszkać w żadnym z opisywanych przez Hugo-Badera miejsc?

www.małpa.pl - Krystyna Janda. Lubię czytać Jandę, "Małpa" to zredagowany dziennik, jaki od lat prowadzi w sieci. Lubię ją za dystans do siebie samej, za to, jak ciepło opisuje ludzi i za to, że jej pisanie daje mi pozytywnego kopa, żeby wstać i pójść zrobić coś dobrego.

Moje życie polarnika - Roald Amundsen. Od pierwszej wyprawy zimowej do sąsiedniej wsi po osiągnięcie życia. Sporo sączy się jadu w stronę Umberta Nobilego, który próbował sobie przypisać wiele zasług należących się Amundsenowi (zdaniem Amundsena). Ironią losu jest, że Amundsen zginął podczas wyprawy, której celem było uratowanie człowieka postrzeganego przezeń jako debila o rozdmuchanym ego. Ulubiony mój fragment tej opowieści to ten, w której Amundsen opowiada o tym, jak wyliczył, ile psów trzeba zabrać ze sobą, żeby optymalną liczbę przerobić na kotlety i rosół. Ciarki od paznokci u nóg po kokardkę na czybku głowy.

Córeńka - Wojciech Tochman. Rozczarowanie. Mało reportażu, dużo opowieści opartych na domysłach i półsłówkach. Choć napisane pięknie i melancholijnie.

Rozstrojone umysły - Douwe Draaisma. Dwunastu panów, którzy rozsławili swoje nazwiska użyczając ich chorobom. Tygrysy lubią takie opowieści, bardziej niż tran.

Nieśmiałość - Philip Zimbardo. Do Zimbarda zabierałam się jak wegetarianin do schabowego; z jakiegoś powodu człowiek w moich wyobrażeniach wyrósł na na autora trudnego i bardzo wymagającego. Tymczasem książkę o nieśmiałości czyta się tak łatwo, jakby się rozmawiało z życzliwym, mądrym człowiekiem, który sam zna swoje ograniczenia i nie kreuje się na guru od wszystkiego. Dla mnie ta lektura była trochę jak wyprawa na inną planetę, bo problem nieśmiałości dotyczy mnie w stopniu minimalnym, ale polecam ją zarówno śmiałym, jak i nie - ci pierwsi zrozumieją, co może dręczyć tych drugich, a ci drudzy dowiedzą się, czemu są nieśmiali i dostaną wskazówki, jak sobie z tą przypadłością radzić.

Tysiąc wspaniałych słońc - Khaled Hosseini. Reklama szkodzi. Po zalewie recenzji entuzjastycznych bądź sąsiadujących z ekstatycznymi spodziewałam się zalania łzami, wielkich emocji i tego, że przed autorem strzelę baranka o podłogę. Tymczasem utwór Hosseiniego, zbyt mocno pociągnięty pisarskim photoshopem, sprawił, że o autorze myślę, jak o najzdolniejszym słuchaczu wieczorowego kursu dla pisarzy.

c.d. z podobną porcją namiastek recenzji wkrótce n.

sobota, 04 grudnia 2010
Me, Myself & I, czyli przez uszy do nieba

Nie oglądam telewizji. Kilka lat temu wyłączyłam pudełko i spodobała mi się ta cisza. Nie, nie uważam, że telewizja to z założenia samo zło, tandeta i nic dobrego; jak każde medium TV to zbiorowisko śmieci, klejnotów i tego, co pomiędzy nimi. OK, nie jestem taka kryształowa i czasem - czasem! - prezentuję owo nieoglądanie jako przejaw mojej wyższości nad tymi, co oglądają, ale wyłącznie wówczas, kiedy tych oglądających nie lubię za coś całkiem innego. ;)

Raz lub dwa razy do roku robię jednakowoż wyjątek i przyklejam się do odbiornika, podporządkowuję plan dnia ramówce i biorę we władanie pilota. Bywa tak wtedy, kiedy w TVN dzieje się You Can Dance oraz wtedy, kiedy w TVN dzieje się Mam Talent, które nawet jeśli nie grzeszą wyrafinowaniem, to dostarczają rozrywki w czystej postaci.

YCD zesłabł był, zeszłoroczny MT zapisał się w mojej pamięci jako jeden z powodów do wzruszenia ramionami, tym większe było zatem moje zaskoczenie, kiedy przyszło mi powiększyć kolekcję wzruszeń nie ramiennych, ale tych, które obnażają bezwstydnie sentymentalną część mojej duszyczki. W chwili, kiedy zobaczyłam i usłyszałam zespół Me, Myself & I, w przyjemny sposób skamieniałam przed telewizorem, a jedyną poruszającą się częścią ciała była moja szczęka wędrująca w stronę podłogi.

Rzadko komu udaje się sztuczka przemienienia mnie w kamień. Janda to umie. McFerrin to umie. Małgorzacie Walewskiej się udało. Jopek jest w tym niezła. Kilka tygodni temu do tej wypasionej grupki dołączyli MM&I. Wystarczyło, że zrobili tak. Kiedy myślę o nich i o tym, jak narodzili się dla mnie, przychodzi mi na myśl obraz Boticellego "Narodziny Wenus", na którym dorosła, dojrzała, w pełni uformowana Wenus wynurza się z morskich fal. MM&I też mi się tak wynurzyli z fal eteru: jednego dnia nie miałam pojęcia o ich istnieniu, a drugiego pojawili się nie wiadomo skąd, dojrzali i uformowani w sam raz tak, żeby podbić moje uszy.

Pamiętacie moje pienia nad zaangażowanym bębniarzem podczas Sztuki Ulicy? MM&I są ze spokrewnionego gatunku. Owszem, nadają taki rodzaj muzyki, który idealnie się zestraja z moim rodzajem odbiornika, ale podoba mi się w nich coś więcej, niż tylko dźwięki. Kocham takich ludzi, którzy tworzą sztukę i tak ewidentnie upajają się tym co robią, że swoją radością i dobrą energią zarażają słuchaczy. Bije od nich pełnia życia, pewność siebie, żywa inteligencja. Kupuję to i zostaję tym kupiona.

Natomiast mazurek mnie wzruszył prawie do łez. Kibicuję im, jak mało komu. Wszystkiego dobrego!

piątek, 03 grudnia 2010
My z niego wszyscy, czyli The Social Network
O ojcu założycielu Facebooka być miało i będzie.

Jako że jest to któraś tam z kolei recenzja filmu o Marku Zuckerbergu, oszczędzę Wam szczegółów fabuły, bo pewnie już dwieście czternaście razy czytaliście, że to film o założycielu Facebooka przedstawiający postać młodego gniewnego superinteligentnego programisty, który dał nam platformę do komunikowania się i komentowania wszelkich możliwych przejawów rzeczywistości wirtualnej i niewirtualnej. Że film dość wiernie przedstawia historię dwóch procesów, jakie wytoczono Zuckerbergowi, zarzucając mu kradzież pomysłu na FB oraz domagając się odszkodowania za odsunięcie od kierowania firmą - to pewnie też już wiecie. Że film inteligentny, że dialogi błyskotliwe, że w najwyższym stopniu oglądable, że toczy się, jak gdyby to była piłeczka nie stal - też się Wam prawdopodobnie obiło co najmniej raz o każde ucho. Że to obraz nie o samym Facebooku ani nie o jego użytkownikach - było, było. Że film stawia pytania o to, czy ten Zuckerberg to dupek klasy ekstra, czy też zagubiony geniusz - czytaliście, czytaliście, zieeeew, bo ileż można w kółko o tym samym.

Tego ostatniego się jednak czepię. Oglądałam film po przeczytaniu kilku recenzji i powiem Wam, że moim zdaniem film takiego pytania nie stawia. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że The Social Network to jedyna w swoim rodzaju, bo porażająca skalą i sprytem akcja reklamowa. I że film zrobiono tak, żeby Zuckerberga możliwie maksymalnie wybielić, nie narażając się na zarzuty o hagiograficzność, której to konwencji współczesny widz nie łyka. Ale przyjrzyjmy się postaciom otaczającym Zuckerberga. Oto mamy braci Winklevossów, siła mięśni i urody od nich bije i powala, ale intelektualnie dorastają Markowi gdzieś tak do połowy bladych łydek. Dwóch pięknych chłopców, którzy w zestawieniu z Zuckerbergiem jawią się parą przygłupów i którzy na pewno nie byliby w stanie wymyślić Facebooka. Gdybyście byli twórcami Facebooka, to stworzylibyście Facebooka! - mówi scenarzysta ustami Zuckerberga, granego przez genialnego Jessego Eisenberga. Cóż. Jakie to proste. A potem się nam sugeruje, zręcznie posługując się postacią młodej prawniczki, że lepiej wypłacić bliźniakom jakąś ośmiocyfrową kwotę na odczepnego, niż ubabrać się procesem, tym bardziej, że przysięgli to prości ludzie są i jak zobaczą klapki na bosych stopach oraz chmurne oblicze pozwanego, to ani trochę nie będą skłonni przychylić się do jego racji.

Albo na przykład Eduardo Saverin, były najlepszy (i jedyny) przyjaciel Zuckerberga, dyrektor finansowy raczkującego Fejsbuczka. Toż to sierota jakaś, o reklamodawców i sponsorów zabiegająca tak nieskutecznie, że bardziej żałośnie wykonywać swojej pracy się już nie da. W tej sytuacji odsunięcie Eduarda od kierowania firmą (przez podłożenie paskudnej świni, fakt) nie dziwi ani nie oburza aż tak mocno, jak mogłoby.

A to, że Zuckerberg dał się owinąć wokół palca Seanowi Parkerowi, temu od Napstera, czy kogoś to dziwi, czy nie dziwi? Diabelski urok, aura niezależności, kreatywność do kwadratu i umiejętność czytania w cudzych myślach - w myślach ludzi, których chce się zdobyć - tak przekonująco sportretował go Justin Timberlake i doprawdy trudno się dziwić filmowemu Zuckerbergowi, a co za tym idzie, również temu realnemu, że pozwolił tej żmii na wysiudanie z biznesu pałętającej się bez celu i sensu chodzącej kpiny z tego, czym powinien być szanujący się CFO (patrz akapit wyżej).

Autorzy filmu zadbali też o to, żebyśmy mieli możliwość pożałować Zuckerberga. Nieboraczek nasz bowiem, choć dostaje maksymalną liczbę punktów w teście SAT, słabo radzi sobie w kontaktach społecznych. Takie biedne niebożątko, takie mądre, a na randce - jakby słonia do składu z porcelaną wpuścić. Powspółczujmy mu, co?

I tak to sobie The Social Network odczytałam.

Co w następnym odcinku? Jeszcze nie wiem. Może jakiś wielopak z filmów obejrzanych a nie pokąsanych? Albo spis przegapiaczy przystanków instalowanych w torebce? W każdym razie, stay tuned in.
14:50, agawa79
Link Komentarze (4) »
Śluby panieńskie, czyli jak obrzydzić rodakom klasyka
Mam w domu remont. Remont oznacza na przykład to, że nie mam dostępu do porządnego stałego łącza albo jest on poważnie utrudniony. Zdana na łaski, niełaski i kaprysy Orange Slow marne mam szanse na regularne czerpanie rozkoszy z uczestnicwa w świecie wirtualnym. Remont oznacza także to, że między jednymi zajęciami a drugimi nie mogę sobie ot, tak, wpaść do domu i pouczestniczyć. To znaczy - mogę, ale czuję się nieswojo przy panach z ekipy. Coś jednak ze sobą w ciągu dnia muszę zrobić, zatem obficie korzystam z oferty kulturalnej (no, umówmy się, że) multipleksów. I tak wczoraj zatułałam się na profanację Fredry w reżyserii Bajona, czyli "Śluby panieńskie".

Żeby nie było nieporozumień - "Śluby" to przede wszystkim wyborna podkładka pod mocny, zdrowy, regenerujący sen. Moje impresje dotyczą zatem jedynie fragmentów przeze mnie nieprzespanych.

Krótko będzie, bo też i nie za bardzo jest o czym pisać. Fredro by Bajon to wygłup z absurdalnymi wstawkami w rodzaju telefonów komórkowych, samochodów i plotkarskich pism. Ni hu hu nie rozumiem celowości zabiegu. Że Fredro taki współcześnie aktualny? Żeby przyciągnąć młodzież i żeby młodzież miała powód do rechotu? Zawsze sądziłam, że konwencja szkatułki, film w filmie, czemuś służy. Zakładam, uruchamiając całą dobrą wolę, że i Bajon coś w ten sposób pragnął przekazać. Żal, że mi intelektu nie staje dla objęcia umysłem dowcipu z przemieszaniem czasoprzestrzennym. Żmuda-Trzebiatowska na przemian gra: nieznośnie, w stylizacji na drewno oraz "biorę udział w konkursie na najgłupszą minę". Ognista Klara w wykonaniu panny Marty wygląda, jak Żmuda-Trzebiatowska, której zachciało się poudawać dziewczę z temperamentem. (Literatura i film zna już podobne przypadki fiaska; pamiętacie Pinokia, który udawał, że jest prawdziwym chłopcem? No właśnie). Obie laski - wyżej wymieniona oraz Anna Cieślak - chyba nie za bardzo rozumieją wypowiadane przez siebie słowa. Co do panów: jakim aktorem jest Borys Szyc oraz jakim aktorem jest Maciej Stuhr każdy widzi, ale w tym filmie udało im się pokazać, że męskie postacie Fredry to przygłupy prima sorte. Na hasło reklamowe z plakatów - "Jak rozkochać kobietę" odpowiadam: nie mam pojęcia, a Filip Bajon na ten temat w swoim najnowszym dziele milczy. Aniela i Klara zakochują się w tych ciepłych kluchach chyba jedynie dlatego, że tak było w scenariuszu.

Za to film o ojcu Facebooka - polecam serdecznie, chociaż nie mogę się pozbyć wrażenia, że... Ale to już Wam powiem w następnym odcinku.
14:49, agawa79 , Film
Link Dodaj komentarz »
No nie.
Na bloggerze miejsca nie zagrzałam, czułam się tam, jak przeniesiona z małego miasteczka, gdzie znam wszystkich, i wszyscy mnie znają, na kompletne zadupie, gdzie wokół tylko wiatr hula, a ja nie wiem, gdzie jestem i co tam robię. Blox może i gorszy jest pod względem edycji, ale za to swój chłop. Jeszcze dziś poprzenoszę tu notki z blogspota i dam nowy wpis. No i liczę, że ci, co mnie niegdyś odwiedzali, nadal będą tu wracać.
14:39, agawa79 , Inne
Link Komentarze (10) »