stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
poniedziałek, 29 marca 2010
Goła baba, pełny serwis!
Monodram Goła baba napisany i wykonywany przez Joannę Szczepkowską to jeden z najlepszych prezentów teatralnych, jakie sobie zrobiłam. Z jednej strony był to prezent wyczekany przez lata, z drugiej - ślepy traf i szczęście w nieszczęściu.

Ale po kolei.

Do Szczepkowskiej wzdychałam sobie od ósmej klasy podstawówki, kiedy to zobaczyłam ją w teatrze TV w roli Kasi w Poskromieniu złośnicy. Niestety, nieletnia mieszkanka małego miasta sporo oddalonego od Warszawy mogła jedynie pomarzyć o zobaczeniu jej na żywo. No to marzyłam...

Potem to pragnienie jakoś mi zbladło i nawet kiedy już te parę ładnych lat temu zamieszkałam w stolicy, to jednak chęć zobaczenia Joanny Szczepkowskiej na żywo nie stała się dla mnie priorytetem. Okazja do przymierzenia wyobrażeń o wielkości aktorki do rzeczywistości nadarzyła się przypadkiem. We wrześniu zeszłego roku w teatrze Polonia odwołano duży blok spektaklu Romulus Wielki z powodu choroby Janusza Gajosa. Polonia ratowała się wtedy jak mogła przed stratami wynikłymi z tak poważnej wyrwy w repertuarze. Z prób załatania dziur narodził się pomysł, żeby Szczepkowska wystąpiła na deskach Polonii ze swoją Gołą babą. Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać, że jest okazja do obejrzenia tego przedstawienia. Popędziłam do teatru na złamanie karku. Warto było pędzić, warto, po stokroć warto.

Występ Joanny Szczepkowskiej w Polonii niepozbawiony był tak zwanego smaczku. "Każdy" słyszał, choćby przelotnie, o konflikcie na linii Szczepkowska - Janda. Przed monodramem słyszało się wśród publiczności, która nawiasem mówiąc dopisała tłumnie, szmerki zdziwienia na temat "TA aktorka w TYM miejscu". Spekuluję, że niejeden wielbiciel Polonii przyszedł na Gołą babę z ciekawości, jak niegdysiejsza oponentka wypadnie na tej szczególnej scenie. Nie twierdzę, że czekali na jakieś potknięcie, ale wyczuwało się ze strony widowni początkową nieufność i rezerwę. Było to wrażenie tak potężne, że tę nie najlepszą atmosferę mogłabym pokroić nożem. Lub zawiesić na niej siekierę. Do dziś nie posiadam się ze zdumienia, że reakcja widzów, milczących wszak, może być tak ewidentna. Aż mi chwilami żal było aktorki, że musi grać w takich warunkach. Stopniowo jednak, w miarę jak spektakl się rozwijał, Joanna Szczepkowska zdobywała kolejne bastiony nieufności wśród widzów - to jest jednak mistrzyni w swoim zawodzie - i czuło się, jak dystans publiki topnieje i zostaje zastąpiony przez żar zachwytu. Końcowe radosne szaleństwo widowni nie miało nic wspólnego z chłodnawym początkowym przyjęciem.

Monodram Szczepkowskiej składa się z dwóch części, z dwóch opowieści rywalizujących ze sobą artystek. W pierwszej poznajemy kobietę z parasolką. Kobieta z parasolką to artystka wysublimowana. Swe wyszukane artystyczne wizje przedstawia poniekąd wbrew publiczności, łaknącej rozrywki nietrudnej, nie wymagającej zaangażowania czy zastanowienia. Nieważne, że nudzi, nieważne, że jest nierozumiana. Nie boi się żadnej reakcji, żadnej krytyki, wszystko przyjmuje z pokorą, byle tylko pozostać na scenie. Szczepkowska w tej pierwszej części monodramu (zwanego przez nią "monokomedią") jest skupiona, subtelna, cicha i, przysięgam jak mi teatr miły, koszmarnie nudna. Zwłaszcza, kiedy milczy po starogrecku. Tak, tak, jestem jednym z widzów, których kobieta z parasolką się obawia, a którym jednak stawia mężnie czoła.

W drugiej części monokomedii pojawia się tytułowa goła baba. No, początkowo ubrana, ale wykrzykiwane przez komórkę co i raz "Goła baba, pełny serwis" nie pozostawia wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Pojawienie się gołej baby na scenie wprawiło mnie w chwilową konsternację. No bo jak to - kupiłam bilet na monodram, a na scenie pojawiła się inna aktorka! Już nie mówię o wyglądzie, bo ten można dość łatwo zmienić charakteryzacją. Ale ta druga była tak różna od tej pierwszej, i w sposobie mówienia, i poruszania się, i w temperamencie buchającym ze sceny, że wydawało się niemożliwe, jakoby i pod tą drugą skrywała się Szczepkowska.

Goła baba nie certoli się z subtelnościami własnego wnętrza. Czego publika chce - to publika dostanie. Chce prostackiego śmiechu, striptizu, chce być zabawiana bez kosztów w postaci wysiłku umysłowego - a proszę bardzo, goła baba rozbierze się, zabawi, a wszystko z dojazdem własnym. Moja ukochana scena spektaklu to ta, w której jeszcze nie goła baba przystępuje do rozbierania się. W pewnym momencie spogląda na publiczność i pyta zaczepnie: "No, na co czekacie?". Kiedy rozlegają się gromkie brawa, goła baba przywołuje widzów do porządku: "Nie to, nie to. ODWRÓCIĆ SIĘ!".

A finał - a finał jest smutny. Oto goła baba pakuje swój przenośny dobytek do starej walizki. Zdejmuje perukę, zdejmuje kostium. Spod niego wyłania się kobieta z parasolką, cała zawstydzona, że musi tak zarabiać na życie.

Interpretować ten monodram można różnie. Dla mnie to jest sztuka o chałturzeniu artystycznym, tak wyśmiewanym przez wielkich, którym się udało i którzy nie potrzebują rozmieniać się na drobne, żeby przeżyć i rzeczywistość im nie skrzeczy. A przy okazji dostaje się widzom, których gusta zostają lekko wykpione i którym sztuka pokazuje, jak łatwo dają się zmanipulować.

Tak - Gołą babę ogląda się przepysznie, i jeśli jeszcze kiedyś będzie okazja do obejrzenia jej występu, to szczerze do tego zachęcam. Choćby po to, żeby się zdumieć przemianą aktorki z kogoś innego w kogoś innego.

---

A w następnych odsłonach obiecuję wrócić do filmów i książek, może ruszę z miejsca z nieopisanymi dotąd wystawami. W każdym razie obiecuję się postarać.
11:15, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 marca 2010
Szybko, szybko. A i tak zginiemy w zupie.
Wczoraj był Światowy Dzień Poezji. Dowiedziałam się o tym z bloga Nutty (dzięki!) - nawiasem mówiąc, ręka do góry, kto miał pojęcie, że taki dzień istnieje i jest celebrowany? Ja nie. 21 marca został ustanowiony Dniem Poezji przez UNESCO w 1999 roku. Piszmy, czytajmy, publikujmy poezję i nauczajmy jej - postulują inicjatorzy ruchu. Nie piszę wprawdzie, nie publikuję ani nie nauczam, za to czytam wiersze i poematy pasjami i z rozkoszą, ba, czasem skrobnę jakieś małe tłumaczenie do szuflady. Zanim Dzień Poezji za bardzo się od nas oddali, zachęcę (a może zniechęcę) Was do czytania poezji pewnym wierszem Stanisława Barańczaka. Chciałam ten wpis umieścić tutaj już wczoraj, ale - jakże znamienne w obliczu treści wiersza! - nie zdążyłam. Dedykuję ten wiersz wszystkim, którzy czują się uczestnikami cywilizacji pośpiechu. Tym, co gonią w piętkę, pędzą na łeb na szyję, którym niezałatwione sprawy dyszą w kark i walą się na głowę, którym deadline'y świszczą koło ucha.

Barańczak napisał 24 wiersze do cyklu pieśni
Podróż zimowa autorstwa Franza Schuberta, który z kolei skomponował 24 melodie do słów poety romantycznego, Wilhelma Müllera. Słowa Barańczaka w żadnym stopniu nie są przekładami wierszy niemieckiego poety, jednakże zawdzięczają mu inspiracje sytuacyjne, tematyczne, fonetyczne. Dzieła Barańczaka należy traktować jako twory odrębne. Można patrzeć na nie jak na teksty pieśni lub utwory oderwane od muzyki, po prostu wiersze do czytania.

Oto Pieśń XIII. Pogodnej lektury.

Mój zegarku, niepotrzebnie drwisz:
no, o czym znów zapomniałem dziś
na śmierć?
No, o czym znów zapomniałem dziś
na śmierć,
na śmierć?

Mam wziąć pigułkę? wysłać czek?
Obalić Zło? wynaleźć lek?
na śmierć?
na śmierć?

Mam wziąć pigułkę? wysłać czek?
a śmierć? a śmierć?
I skazać Zło, i znaleźć lek
na śmierć?
na śmierć?

Czy to elektroniczne "bip"
czy jakiś inny mowy typ
zna śmierć?
czy jakiś inny mowy typ
zna śmierć,
zna śmierć?
14:05, agawa79 , Inne
Link Komentarze (2) »
środa, 17 marca 2010
Czasem pochwalić się muszę, inaczej się uduszę. Albo kogoś.
Dumna jestem nieprzytomnie z kolejnego wyróżnienia Kreativ Blogger - tym razem od - tadam! - Padmy. Bardzo dziękuję.

I przy okazji wyjaśnię, że przerwa w pisaniu nie była bynajmniej spowodowana brakiem materiału, a pewną niemocą, że tak sobie użyję wielkiego słowa, twórczą. Ale jak tylko minie zima (wewnątrz i na zewnątrz), to znowu zacznę regularnie się zwierzać z tego, co myślę. Albo z tego, co mi się wydaje, że myślę.

Stay tuned.
20:34, agawa79
Link Komentarze (9) »
Rok magicznego myślenia - Teatr Studio
W Teatrze Studio skromnie ubrana Ewa Błaszczyk wchodzi na malutką ciemną scenę, na której stoi jedno krzesło, i wypowiada tekst, który stawia bolesny znak równości z jej własnym życiem.

Rok magicznego myślenia to opowieść kobiety, której mąż zginął w wypadku, a córka leży w szpitalu pogrążona w śpiączce. Bohaterka spektaklu mówi o tym, co najtrudniejsze, kiedy odchodzą bliscy - o braku własnej zgody na to odchodzenie. Gubi się w swoich odczuciach; z jednej strony zdaje sobie sprawę z tragedii, z drugiej - sama nie chce w nią uwierzyć i próbuje oszukać sama siebie, odwlekając moment, w którym będzie musiała stanąć twarzą w twarz z prawdą - że mąż odszedł i nie wróci, że stan córki nie rokuje nadziei.

Nie da się zapomnieć podczas tego monodramu o osobistym dramacie wykonującej go aktorki. Nie umiem znaleźć słowa na wrażenie, jakie zrobił na mnie fakt, że Ewa Błaszczyk grając w Roku magicznego myślenia gra samą siebie - a przy okazji każdego, kto doświadczył odejścia kochanej bliskiej osoby. Że to niesamowite? Niezwykłe? Mocne? Wszystko wydaje mi się tak banalne i nieadekwatne. Bo ten spektakl, dzięki Ewie Błaszczyk, to teatr, który staje się prawdziwym życiem. Ewa Błaszczyk gra, nie szantażuje widza własnymi prywatnymi emocjami - a z drugiej strony nie sposób pojąć, w jaki sposób, i czy w ogóle, aktorka potrafi oddzielić osobiste przeżycia od tekstu, który wypowiada na scenie. Nie wiem. Wiem tylko, że w czyimś innym wykonaniu rym między życiem a sztuką nie dałby się usłyszeć tak wyraźnie.

Oszczędność środków użytych w tym spektaklu odsłania prawdziwą rozpacz jego bohaterki. Rok magicznego myślenia jest skromnym, nienachalnym przedstawieniem, nie narzuca się widzowi z bólem i krzykiem, nie - cichym głosem aktorki sączy się w duszę i długo nie daje o sobie zapomnieć i przestać myśleć.

Aktualizacja:

Jedna z moich uważnych czytelniczek, a zarazem czujna i skupiona współuczestniczka wieczoru w Teatrze Studio przytomnie zwróciła mi uwagę, że mąż bohaterki nie ginie bynajmniej w wypadku, ale umiera przy niej. Rozmawiają po powrocie do domu, on nagle osuwa się na podłogę, ona początkowo sądzi, że to niemądre żarty, a tak zaczyna się dramat. Bardzo przepraszam za to przeinaczenie, niestety mózg mam jak rzeszoto, w dodatku rozdarte w kilku miejscach. Monodram tak czy inaczej z całego serca polecam.
20:20, agawa79
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 marca 2010
"Cuda w budzie" - Teatr Lalka
W czasie, gdy kilka starych impresji gnije w szkicach (no dobra, przyjmijmy, że nie gnije, a wylęga się i dojrzewa), chcę się z Wami podzielić wrażeniami z wczorajszego wyjścia do Teatru Lalka na przedstawienie Cuda w budzie, czyli Demo Teatru Lalka. Wyjście niezaplanowane, prawie zupełnie spontaniczne, bo bilety rezerwowane były w ostatniej chwili, wyjście na spektakl, o którym nie wiedziałam nic - okazało się strzałem w dziesiątkę.

Cuda w budzie odsłaniają kulisy powstawania spektaklu i ukazują teatr od technicznego środka. W Cudach wykorzystano fragmenty przedstawień z całej historii Teatru Lalka, najróżniejsze rekwizyty, kostiumy, piosenki, które te same mury już widziały i słyszały przez ostatnich 60 lat. Wystawiony w konwencji próby teatralnej Czerwonego kapturka, spektakl uzupełniony został o miniaturowe wykłady dotyczące teatralnej nomenklatury - wykłady głównie w formie piosenek lub zabawnych scenek z życia aktorów. Mój sześcioipółletni syn zamarzył po takim wprowadzeniu o karierze inspicjenta.

Cuda w budzie zaczynają się w foyer. Aktorzy w strojach "każdy z innej bajki" przechadzają się wśród dzieci, wciągają je w zabawy, grają na instrumentach i trzymają widzów w zawieszeniu. Nie spodobał mi się ten początek, wydał mi się hałaśliwy, chaotyczny i donikąd nie zmierzający. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że czeka mnie miks z historii tego konkretnego teatru, a przy okazji przegląd kłopotów i radości typowych każdemu teatrowi na ziemi. Kiedy aktorzy przeprowadzili widzów na widownię, kiedy zaczęli nam grać i śpiewać, doceniłam całą spójność spektaklu. Wyobraźcie sobie, że stoicie w starym teatrze i słyszycie echa wszystkich wydarzeń, jakie miały tu miejsce. Takie to jest właśnie widowisko - odsłaniające swoją historię, wraz z sukcesami i porażkami.

Pokochałam ten spektakl z wielu powodów. Za humor i dystans, z jakim aktorzy śmieją się sami z siebie, ze swoich strachów i porażek. Za atmosferę starego teatru, którym się widza uwodzi. Za staranność przygotowania charakteryzacji, kostiumów i rekwizytów. Za wspaniałe piosenki, których klimat przypomina nieco moją ulubioną Piwnicę pod Baranami. Za cytaty z klasyków dramatu i puszczanie oka do bardziej dorosłych widzów, jak np. wtedy, gdy ojciec Czerwonego Kapturka, drwal, przychodzi zmęczony do domu i oświadcza: "Ale się narąbałem". Za to, że siedziałam oczarowana jak dziecko, a aktorka o niebanalnej twarzy i pięknych rudych włosach patrzyła mi prosto w oczy, kiedy śpiewała, że w teatrze dorosły jest jak dziecko. Za to, że po przedstawieniu aktorzy podchodzili do widzów, żegnali się, dziękowali. Tak miło było powiedzieć wyżej wspomnianej aktorce prosto z serca, co myślę o tym spektaklu.

Aktorzy to ogromna siła i sama istota tego teatru. To nie są celebryci, to nie są twarze czy nazwiska znane wszystkim. Ci aktorzy pokazują się czasem w serialach czy reklamach - ale serce przynoszą i otwierają w teatrze dla dzieci. Ich miłość do tego miejsca promieniuje i urzeka. Cuda. Prawdziwe cuda w budzie.
08:17, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (5) »