stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
niedziela, 11 marca 2012
Święto wiosny. Święto wiosny. Święto wiosny.
Na początku była muzyka. W 1913 roku Igor Fiodorowicz (prawnik z wykształcenia, syn śpiewaka operowego) przysunął fortepian do ściany i pracował od rana do nocy, na okrągło. Na drzwiach napisał: "To tutaj komponuję Święto wiosny. Igor Strawiński". Kiedy tak sobie siedział i w pocie czoła komponował, spod palców zaczęły wymykać mu się nowe akordy - całkiem nowy, z nowymi akcentami, które stały się fundamentem całości. Kiedy skończył pracę nad Świętem, zagrał je Siergiejowi Diagilewowi, którego zespół The Ballet Russes miał zatańczyć do nowej muzyki. Diagilew był dość zaskoczony. Nie chciał obrazić Strawińskiego, ale zadał mu jedno pytanie, które jednak Strawińskiego uraziło: "Czy to potrwa bardzo długo?" Na co Strawiński odparł: "Do samego końca, mój drogi". Zapadła cisza, bo Diaghilew zrozumiał, że odpowiedź była jak najbardziej serio. Tak się odbyły niełatwe narodziny muzyki współczesnej XX w.

Historię tę opowiada tu uroczo sam Strawiński:



Teatr Wielki pokazuje jednego wieczoru trzy różne inscenizacje "Święta wiosny", każdą z innej epoki (oraz bajki): zrekonstruowaną choreografię Wacława Niżyńskiego, stosunkowo świeżą, bo powstałą w 2004 r., choreografię Emanuela Gata oraz przypomnienie choreografii Maurice'a Bejarta z 1959 r.

Pierwszą - i od razu szokującą - choreografią do - również szokującej! - wówczas muzyki ułożył Wacław Niżyński, prekursor wielu powszechnych dziś w tańcu zjawisk (czyli to, na co sto lat temu widownia reagowała gniewem, gwizdami i nawet opuszczaniem budynku teatru, widownia dzisiejsza przyjmuje z zachwytem na kolanach). Pomysł na to, że balet ten ma opowiadać o dziewczynie, składanej wiosną w ofierze, zaszczepił w głowie Niżyńskiego Nikołaj Roerich, spec od dawnych słowiańskich rytuałów. Owa pierwsza inscenizacja przedstawiała właśnie sceny z obrzędów dawnej Rosji. Co było niezwykłe i szokujące, jak na początek XX w., to fakt, że Niżyński potraktował każdego tancerza zespołu, jak solistę (co oznacza, że na scenie można odnieść wrażenie, że każdy tancerz sobie rzepkę skrobie i nadweręża). I pomyśleć, że choreograficzne poodrywanie członków zespołu stanowiło dla niektórych ówcześnie niemalże obrazę...

Millicent Hodson, amerykańska choreograf, i Kenneth Archer, brytyjski scenograf, połączyli siły mrówcze i benedyktyńskie, aby odtworzyć jak najwierniej pierwotną choreografię Niżyńskiego. To bowiem, co oglądamy na scenie, zdecydowanie bardziej jest rekonstrukcją zdarzeń, niczym w 997, a nie zapisem oryginalnego przestępstwa. Aby złożyć w całość obraz "pogańskiej Rusi w dwóch aktach", trzeba było przekopać się przez różnorodne źródła wiedzy o przedstawieniu takim, jakie było ono w roku 1913: notatki Strawińskiego, Marie Rambert (asystentki Niżyńskiego przy Święcie), bezcenne dla utrwalenia informacji o balecie prace krytyczne czy rysunki Valentine Gross, rysowane z poświęceniem w ciemnym teatrze.

Choreografia Niżyńskiego nie zestarzała się wcale, choć dziś już nikt go nie wygwiżdże, nie wyjdzie z teatru oburzony profanacją klasycznej sztuki tańca. Kostiumy natomiast mają długą (w dodatku doklejoną) brodę. O ile szczerze podziwiam pracę nad odtworzeniem strojów, z których każdy jest dziełem sztuki samym w sobie, o tyle estetyka dosłowności ludowych jest dzisiaj przede wszystkim pocieszna. Zachwyca mnie wysiłek włożony przez artystów w dokopanie się do oryginalnej wizualizacji; sam efekt już zdecydowanie mniej. Te wiechcie na głowach, wymalowane na policzkach czerrrrrwone rumieńce, trochę toporne stroje niedźwiedzi... Nie, taka dosłowność trąci mi naftaliną, choć z drugiej strony nie do przecenienia jest poczucie, że wsiadło się w wehikuł czasu i wylądowało na początku XX w; że można podejrzeć kawałek rzeczywistości, której nikt z żyjących już nie pamięta.



Dla kontrastu, kolejna inscenizacja Święta wiosny, autorstwa Emanuela Gata, elektryzuje minimalizmem formy, wysmakowaniem estetycznym i udanym mariażem klasycznego tańca baletowego z... z salsą. Można sobie ustawiać oko i w zależności od kąta patrzenia widzieć raz balet, raz salsę. Co kto lubi. Tancerzy na scenie jest tylko pięcioro: dwóch mężczyzn i trzy kobiety. Panowie tańczą w czarnych koszulach i spodniach, panie mają na sobie krótkie czarne sukienki. Kiedy zalewa ich czerwone światło, można stracić oczy z wizualnej uciechy. Tancerze wciąż splatają się ze sobą i rozłączają, zamieniają miejscami, trącają biodrami. Iskrzą. Jak mówi sam Gat, w jego inscenizacjach brakuje konkretnej historii, woli on grać emocjami, niż konkretną narracją. Składa widzowi propozycję, którą widz odbiera jak chce, w zależności od tego, kim jest i co mu aktualnie siedzi w duszy.



Autorem ostatniej inscenizacji jest Maurice Bejart. Miał w zespole niewielu tancerzy, więc zaprosił do współpracy artystów z innych zespołów. Choreografię ułożył w ciągu zaledwie trzech tygodni, w co trudno uwierzyć, kiedy ogląda się na scenie jakieś pół setki osób. Dla Bejarta tematem Święta Wiosny  jest energia życiowa, budzenie się świata do życia na wiosnę. Tancerze budzą się do tańca z trudem, ale potem drzemiąca w nich energia wybucha potem z całą siłą. Mam wielką słabość do scen zbiorowych, gdzie kilkudziesięciu tancerzy tak sobie równiutko i bez zadyszki pomyka po scenie. 



Gdyby się ktoś obawiał, że znuży go trzykrotne wysłuchanie tego samego utworu pod rząd, pragnę uspokoić - nie znuży; zobaczycie trzy zupełnie różne spektakle.

A kiedy teraz do Was pisałam, to w słuchawkach brzmiało mi Święto Wiosny zagrane przez pianistę Marka Tomaszewskiego. Okazuje się, że można to zagrać bez ukochanych przez Strawińskiego instrumentów dętych, a utwór nic na tym nie straci.

Na koniec pożyczam ze strony Teatru Wielkiego kilka zdjęć na zachętę:











20:37, agawa79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 marca 2012
Dzień Walentego - Teatr Powszechny

Lista powodów, dla których kocham Iwana Wyrypajewa, jest długa. Najbardziej kocham go za "Lipiec". Potem za twórcze wykorzystanie Gruszki. A następnie - za umiejętność pisania o sprawach bolesnych i smutnych w taki sposób, żebym mogła w teatrze poprzewracać się ze śmiechu.

Oto, czym się ubawiłam podczas "Dnia Walentego" w Teatrze Powszechnym. Trójkątem miłosnym się ubawiłam, nieszczęściem trojga ludzi się ubawiłam. I to, o wstydzie, po pachy.

Walenty to mężczyzna (choć "mężczyzna" sugeruje pewną siłę charakteru, mówmy może zatem o osobniku płci męskiej), który stał się miłością życia aż dwóch kobiet, rywalizujących o jego względy latami. W naszym kręgu kulturowym jest to, jakby nie liczyć, o jedną kobietę za dużo. Walenty zmarł w wieku czterdziestu lat, i odtąd w mieszkaniu jego żony, Katii, zamieszkała jego wieloletnia kochanka, Wala. Ironia losu? To dopiero początek. Wala będzie wykupowała kolejne skrawki mieszkania Katii, Katia będzie piła, grała na akordeonie i co roku w urodziny Wali będzie próbowała sprzedać jej strzelbę, niegdyś należącą do Walentego. Strzelbę, która w zgodnie z regułą Czechowa w stosownym momencie wystrzeli (ale nie powiem wam, w czyim kierunku). Kolejne spędzone razem lata dwie kobiety spędzą na licytacjach, która z nich znała go lepiej - prawowita żona, czy młodzieńcza miłość, Wala.

Czemu Walenty nie poślubił Walentyny, ale Katię, wyjdzie na jaw po latach. W każdym razie nie wziął za żonę tej, ku której wyrywało mu się serce, a za to zdecydował się na życie przy boku dość mu obojętnej Katii. Zdecydował się to trochę za mocno powiedziane - Sławomir Pacek jest znakomity w roli pimpusia nie przejawiającego  najmniejszych oznak bycia zdolnym do podejmowania decyzji. Ot, gdzie go rzuciło, tam zostawał, i przez lata dręczył dwie kobiety, nie potrafiąc zdecydować, z którą z nich chce być. Z Katią było mu wygodnie - miała mieszkanie, codziennie podawała mu na stół zupę, była. Kapitalnie skonstruowano i zagrano scenę, w której widzimy ewolucję stosunków małżeńskich Katii i Walentego - co wieczór Katia podsuwa mu pod nos ciepły obiad i gazetę, w pierwszych dniach i latach robi to z czułością, miłością i niedowierzaniem, że udało jej się zdobyć kochanego od lat skrycie mężczyznę. Potem czułość przechodzi w rutynę, obojętność, w końcu złość i gniew, a talerz i gazeta lądują na stole z furią, nie wiadomo, czy Katia ma poczucie obowiązku, które każe jej nakarmić męża, czy też może wykorzystuje okazję do pokazania mu, jak bardzo go nie znosi. Walenty jest przy tym idealnie nijaki; jedynym magnesem, który może tak bez reszty przyciągać do niego dwie niegłupie, pełne temperamentu kobiety, jest prawdopodobnie fakt, że żadna z nich nie może go tak naprawdę mieć. 

Przez wszystkie lata wspólnego życia z Katią Walenty spotyka się potajemnie (jak sądzi) z kobietą swojego życia - a przynajmniej z tą, która mu się kobietą życia wydaje. Wygodna sytuacja - ona daje mu poczucie, że jest ważny, że jest ktoś, kto za nim tęskni, kto czeka na spotkanie z nim... a przy okazji nie musi wywracać swojego świata do góry, żeby związać się z nią na stałe, ba, oboje wierzą, że chcą być tylko i aż kochankami - bo wtedy on może za nią tęsknić, a ona może na niego czekać i mieć nadzieję. Życie oszczędza mu jednak dramatu podjęcia męskiej decyzji i elegancko usuwa go z tego świata.

Nastrój "Dnia Walentego" jest jednocześnie ironiczny i ciepły, co z jednej strony ratuje widza przed melodramatyzmem, a z drugiej - przed gwałtownym zderzeniem z goryczą losu.  Autor drwi sobie ze wszystkich, nie oszczędza nikogo - pana niezdecydowanego, miotającego się między dwiema kobietami, gotowymi powydrapywać sobie nawzajem oczy w walce o niego; nie oszczędza dwóch nieszczęśnic, które w swej ślepocie nie widzą, że obiekt ich wzajemnej zazdrości niewiele ma każdej z nich do zaoferowania; przemyca też kpinę z pewnego rodzaju patriotyzmu i tęsknoty za przeszłością (Michaił Gorbaczow pojawia się nawet w quasi-erotycznych snach młodej Katii) i wiary w wielkość Rosji (zobaczyć starą Katię w kombinezonie kosmonauty i umrzeć!).

Całkiem mi się podobały scenograficzne nawiązania do motywów z Chagalla, pojawiających się w "Dniu Walentego". Pożyczam ze strony Teatru Powszechnego dwa zdjęcia - musicie zobaczyć lot nad Witebskiem:

lot 

i iście chagallowską scenę ślubną:

slub

Elżbieta Kępińska w roli Walentyny jest krucha i subtelna; z jednej strony pogodzona z losem i tym, jak jej się w życiu ułożyło, a z drugiej -  pełna goryczy wobec Katii, z którą dzieliła miłość do Walentego, a której teraz po kawałku odbiera mieszkanie i wartość wspomnień ze wspólnego życia Katii z Walentym. Katię sprzed lat i Katię po latach grają Paulina Holtz i Joanna Żółkowska - pod każdym względem urocze w pijackich zaczepkach, w wyrachowanej uprzejmości wobec Wali, z przekomiczną wadą wymowy ("kuwwa" i "piewdolę", że pozwolę sobie zacytować), symetryczne w pozornym zwycięstwie nad rywalką i w staczaniu się po równi pochyłej, kiedy okazało się, że życie z Walentym nie jest tym, czym być miało, a życie po Walentym nabierało rumieńców tylko w chwilach, kiedy można było ponaigrawać się z dawnej rywalki. Śmieszne jest to wszystko okropnie, ale ta bezradność całej trójki wobec wydarzeń i własnych wyborów mocno porusza. Stworzyłam sobie taką kategorię "spektakl-bumerang" - wrzucam do niej przedstawienia wracające do mnie jeszcze długo po obejrzeniu. "Dzień Walentego" wraca. 

21:24, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 marca 2012
Teatr Lalka - Buratino i nie tylko

Moi drodzy, jeśli jesteście na Facebooku i jeśli bliska jest Wam idea wprowadzania dzieci w świat dobrego teatru, to bardzo proszę o zajrzenie na stronę Teatru Lalka.

Sama o Teatrze Lalka potrafię pisać używając wyłącznie pozytywnych przymiotników. Kiedy byłam dzieckiem, nie chadzałam do teatru - mieszkałam w małym mieście, a w rodzinie brakowało raczej miłośników tego medium, zatem rzadko miałam okazję zobaczyć jakieś przedstawienie. W Lalce bywam zatem nie tylko po to, żeby wkręcać własne dzieci w manię teatralną, ale też po to, żeby nadrobić własne zaległości w dostępie do kultury. W Lalce jestem jednocześnie dzieckiem i człowiekiem dorosłym; po dziecięcemu ulegam magii przedstawienia i po dorosłemu rozbieram je na czynniki pierwsze, żeby wiedzieć, co dokładnie mnie urzekło.

Ostatniej niedzieli obejrzeliśmy spektakl Buratino na podstawie opowiadania Aleksego Tołstoja. W ubogim domku z kominkiem namalowanym na płótnie, psującym się gramofonem, skrzypiącym ze starości i zmęczenia zydelkiem oraz drzwiami, które boją się, że zostaną wrzucone do pieca (we wszystkie rekwizyty brawurowo wcielają się aktorzy, zwłaszcza zydelek gra z wielkim poświęceniem) mieszka staruszek, który z krnąbrnego kawałka drewna struga pajacyka. Nadaje mu imię Buratino i staje się dla niego ojcem. Chce, żeby Buratino zdobył wykształcenie i pomógł mu zarabiać na życie na stare lata. Buratino ma jednak inne marzenie, niż chodzić do szkoły, gdzie jest nudno i powtarzalnie - on pragnie zostać w teatrze, w miejscu, gdzie mieszka szczęście.

Zanim jednak nasz drewniany pajacyk dotrze do swoich marzeń, złamie po drodze parę konwenansów, zmierzy się z własną naiwnością, a na koniec wykaże odwagą i siłą charakteru.

Za każdym razem na nowo zaskakuje mnie szczególna atmosfera Lalki: to atmosfera szacunku dla widza. Ze sceny płynie radosne przesłanie do widza: tu się pracuje z pasją i miłością do teatru.

Po spektaklu czekała nas nie lada gratka: podgląd teatralnych trzewi. Pokazano nam różne tricki i techniki, z jakich korzysta się w teatrze. Zobaczyliśmy, jak powstaje sztuczna burza, jak się robi wiatr na scenie, jak biała suknia, twarz i ręce mogą tańczyć każde swój osobny powietrzny taniec w każdym rogu sceny... A na sam koniec dzieci weszły na scenę i zasypał ich śnieg (piankowy, o smaku mydła).

A wiecie, co robi człowiek tuż po powrocie z Teatru Lalka? Rzuca się przeglądać repertuar w internecie i planuje kolejną wizytę...

piątek, 02 marca 2012
Poszła kosmitka na 6. piętro i co z tego wynikło
Zrządzenie losu zawlokło mnie wczoraj na szóste piętro Pałacu Kultury, wprost w komercyjne objęcia spektaklu "Zagraj to jeszcze raz, Sam" Allena. Głównego bohatera, neurotycznego hipohindryka intelektualistę, rzuca żona, więc para jego najlepszych przyjaciół postanawia go wyswatać. Wokół tych poszukiwań toczyć się będzie nierównym rytmem akcja.

W tym miejscu miałabym ochotę rozpisać ankietę pt. "O czym myślimy, kiedy myślimy o Allenie". Zabawny? Lekki? Ironiczny? Zakochany w sobie? A może banalny, prymitywny, przewidywalny? Czy jeszcze coś innego?

Nie wątpię, że wyznawcy Allena bawiliby się świetnie. Co ja mówię, przecież widziałam i słyszałam, że wyznawcy Allena bawili się wczoraj znakomicie. Niestety, moje poczucie humoru rozjeżdża się z allenowskim dowcipem. Niby wiem, które miejsca są przewidziane przez autora na śmiech, a jednak... jakoś nic się ze mnie nie wydobywa. Zwłaszcza przy finezyjnych dowcipach o gwałcie. Boki zrywać, proszę państwa. Po szczery śmiech, najlepiej taki z drugim i trzecim dnem, jednak udam się gdzie indziej.

Rozpisałabym też chętnie ankietę pt. "Po co chadzamy do teatru?". Powiem Wam, po co ja do teatru NIE chadzam.

W głównej roli (Allana, prawie jak Allen, żebyśmy nie mieli wątpliwości, kim jest alter ego postaci) występuje (już z rozpędu chciałam napisać, że gra, po czym wykasowałam to poświadczenie nieprawdy) Kuba Wojewódzki.

A ja otóż nie chodzę do teatru, żeby zobaczyć, jak wypadnie na scenie pan z telewizji, ponieważ z telewizją kontakt mam wybitnie rzadki, a jeśli już coś oglądam, to to raczej nie jest Narcyz Wojewódzki. Nie interesuje mnie, kim w życiu prywatnym jest Wojewódzki ani czy Wojewódzki ma dystans do Wojewódzkiego, skoro się zgodził wygłupić na deskach teatru. Na Wojewódzkiego najczęściej natykam się w "Polityce"; jego rubrykę czytam nie bez przyjemności, ale chyba jednak brakuje mi biegłości w czytaniu Pudelka, żeby wszystkie dowcipy docenić i zrozumieć. Do czego zmierzam: facet na scenie, który jest kimś tam w innych mediach, a który kompletnie nie umie grać, jest dla mnie męczący, i jego (sztuczny oraz na pokaz, jeśli chcecie znać moje zdanie) dystans do siebie takoż. Mnie w ogóle nie interesuje, kim prywatnie są osoby występujące na scenie, ja chcę tylko, żeby dobrze grali. A jedynym aktorem z porządnym warsztatem jest tam Żebrowski - pan dyrektor jako jedyny się postarał, choć może nie musiał aż tak bardzo, otoczony drewienkami. Małgorzata Socha, piskliwa, rozwrzeszczana, z marną dykcją i z jedną, przysięgam, jedną miną, zainspirowała mnie do poszukania w słowniku żeńskiej formy słowa "aktorzyna". Anna Cieślak przynajmniej próbowała wykrzesać z siebie trochę kunsztu aktorskiego, choć szkoda, że na próbach się skończyło.

Najgorsze w tym spektaklu jest to, że między aktorami nic się absolutnie nie dzieje, są na scenie obok siebie, ale nigdy razem, i nawet Żebrowski próbujący posklejać całość do kupy, nie odnosi sukcesu.

Chyba, że mowa o sukcesie komercyjnym - tu się zgodzę, sukces został odniesiony w stu procentach. Teatr trzeszczał w szwach, wejściówki skończyły się na długo przed ostatnimi chętnymi. A ja się zastanawiam, gdzie w tym spektaklu jest magnes i dlaczego ja nic o tym nie wiem.

Brawa na stojąco uskutecznione przez jakieś pięćdziesiąt procent publiki, zapisuję do zaskoczeń kwartału.

12:21, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (8) »