stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
czwartek, 24 czerwca 2010
Kupą, mości panowie
Głos spoza rzeczywistości wirtualnej przywołuje mnie do porządku. To już prawie dwa miesiące, pani kochana, od ostatniego wpisu - pogania. I straszy, że czytelnicy stracą cierpliwość.

Racja. Tego nie chcemy, bo przecież pisać lubimy, a jeszcze bardziej lubimy, jak nas czytają. Czas zatem zmobilizować klawiaturę, bo wszak to, że nie piszę, nie znaczy bynajmniej, że nie bywam, nie? Blog został zaniedbany na okoliczność, którą Białoszewski zgrabnie ujął pisząc o tym, jak z wiosennym podmuchem poczuł się pół-duchem, pół-dupem, który to stan buduje bardzo skuteczną zaporę pomiędzy ośrodkiem odpowiedzialnym za odbiór wrażeń a miejscem, które pozwala impresje przelać do edytora tekstu.

Ostatnie dwa miesiące obfitowały raczej umiarkowanie w wydarzenia odmóżdżające, a moja pamięć, przybierająca postać coraz rzadszego rzeszota, zapewne wyrzuciła w niebyt co najmniej połowę tak zwanych wyjść. Zamknę więc w pigułce te ostatnie dwa miesiące, zanim wylecą mi z głowy resztki wspomnień, które gdzieś tam jeszcze pieszczę. Składam przy okazji oświadczenie, że pisząc niniejszą notkę korzystam wyłącznie z zasobów własnej niepamięci, zatem jest całkiem możliwe, że w twardych detalach merytorycznych minę się tu i ówdzie z prawdą, choć postaram się tego uniknąć. Oczywiście.

Czytelniczo było do niczego. Urosła mi góra nieskończonych lektur, z których każda przerosła mnie w inny sposób. Porzuciłam Michała Hellera i jego Podglądanie Wszechświata - chyba spodziewałam się niższego poziomu i wyższej klarowności wykładów; obiecuję sobie wrócić jeszcze do tej pozycji. Odrzuciłam od siebie znany hymn na cześć manipulacji i fałszu, czyli osławione Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi Dale'a Carnegiego. Zniechęcił mnie jednostronnością i zajadłością Niezbędnik ateisty; natomiast Tuwima cegliszcze Pegaz dęba zwyczajnie zgubiłam, nad czym ubolewam. Nie po drodze było mi z lekturami. Chociaż, chociaż, przypominam sobie, że smagana wiosennymi powiewami przeczytałam dwie biografie: Wiele hałasu o nic, czyli Domosławski pisze Kapuścińskiego i autobiografię napisaną przez innego autora, czyli Open Agassiego.

Ten Domosławski mnie zadziwił. Ależ się rozemocjonowałam w trakcie lektury, ależ się nagardłowałam na Facebooku i na forum, że ten Domosławski jednostronny, niesprawiedliwy, nieszczery, nic dobrego w Kapuścińskim nie zobaczył, i jeszcze mu powywlekał i dał na piśmie różnym harpiom jakieś skandale, które nic nie mówią o nim jako o pisarzu (który to aspekt mnie najbardziej interesował), a przy okazji udało mu się trochę jednak mnie zniechęcić do czytania Kapuścińskiego i zburzyć naiwną wiarę w każde słowo tak zwanego mistrza. Nawet polazłam na spotkanie z autorem, które, o ile dobrze pamiętam, poraziło mnie lizusostwem (aczkolwiek lizusostwem moderato) skierowanym ku Domosławskiemu ze strony bardzo lubianego przeze mnie Żakowskiego oraz kompletnym zaślepieniem przez autora mojej osobistej królowej wywiadu, czyli Teresy Torańskiej. A dziś? Ledwo pamiętam, że to czytałam, a pytana o wrażenia odpowiadam wzruszeniem ramion.

Open wciągnęło mnie na amen. Zostało napisane przez zdobywcę Pulitzera, J. R. Moehringera, na podstawie nagranych przez Agassiego opowieści - Andre gadał do dyktafonu, a skromniś Moehringer ułożył wynurzenia tenisisty w historię i nie zgodził się na umieszczenie swojego nazwiska ani na okładce, ani w podziękowaniach. Nie jest to jednak zupełnie ważne wobec faktu, że Open pożarłam razem z obwolutą. Nie powala mnie własny styl, kiedy mówię o tekście, że jest "zachwycająco" lub "znakomicie" napisany (bo to takie pierdy, pod które można podstawić całe morze liter i słów), ale w tym przypadku tak właśnie jest. Od Open nie dało się oderwać, i z racji ładnej, zgrabnej, ale nie zbyt ozdobnej angielszczyzny, i przez wyczucie puenty, i dla poczucia humoru, nieraz wprawdzie dość jadowitego, którego nie dało się schować nawet w najsmutniejszych momentach opowieści - jak wtedy, kiedy Agassi opowiada o ojcu-dręczycielu, o rozpadającym się małżeństwie z Brooke Shields, czy o rzekomej nienawiści do tenisa. Dlaczego rzekomej? Ano, okrzyknięta najbardziej antysportową książką w dziejach biografia coś mi nie wygląda na sztandar awersji wobec tego sportu. Agassi, owszem, wyznaje wprost, że I hate tennis. Tylko że to wygląda na takie gadanie bez analizy i bez refleksji. Na pewno nienawidził tego, że ojciec kazał mu godzinami odbijać piłeczki wyrzucane przez maszynę zwaną smokiem. Na pewno nienawidził tych wszystkich przypadków, kiedy jego ojciec kazał przemęczonemu dziewięciolatkowi grać na pieniądze. Niechybnie frustrowało go odkrycie, że  oprócz gry w tenisa nie potrafi robić nic innego i że istnieje dla niego tylko jedna ścieżka kariery. Ale samego tenisa to on nie nienawidzi, i za każdym takim jego stwierdzeniem czułam, że lekko ściemnia albo nie do końca wie, co mówi. Tytuł Open też jest nieco mylący; rozumiany nie jako nazwa turnieju, ale jako przymiotnik oznaczający po angielsku szczerość nie do końca oddaje przekaz Agassiego - urokliwy tenisista mówi bowiem tylko to, co sam chce powiedzieć, a jeśli ma kaprys milczeć na przykład na temat rozstania ze swoim wieloletnim przyjacielem, to milczy i tyle mamy z jego bycia open. Z książki jednakowoż bucha ciepło uczuć wobec drugiej żony Agassiego, Steffi Graff, wobec ich dzieci, wobec trenera i przyjaciela tenisisty, Gila. Andre Agassi w brzydki sposób nie lubi tych, których nie lubi (Open to festiwal złośliwości w stosunku do rywali, Samprasa czy Beckera), ale jak już kocha, to kocha pięknie, wiernie i szczerze, i to jest w tej (auto)biografii najpiękniejsze.

Jutro aktualizuję wpis o doznania muzyczne, filmowe i teatralne z czasu milczenia. Tymczasem dobrej nocy! Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda. :)

22:18, agawa79 , Inne
Link Komentarze (14) »