stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
sobota, 31 lipca 2010
Kupą, mości panowie 2
Przyjmijmy, że wsiadłam w wehikuł czasu i zapowiadane w poprzedniej notce "jutro" subiektywnie wystąpiło u mnie w nieco innym terminie, niż przyjęła reszta świata.

W drugiej transzy miksu doznań zacznę od umiłowanego medium, czyli teatru. Przydarzyły mi się trzy spektakle warte wspomnienia.

Idąc chronologicznie, najpierw byli Ludzie i anioły w Teatrze Współczesnym. O ile detale treści nieco ze mnie wyparowały (przychodzi gość z neseserem do gościa w szlafroku i zaczyna go wypytywać o różne wydarzenia z jego życia, przy czym ujawnia, że wie o nim więcej niż ten w szlafroku chciałby się przyznać, a potem zaczynają pić, po czym anioł śmierci z neseserem - bo onże to - omal nie pada ofiarą zbrodni), o tyle do dziś pamiętam zrelaksowaną atmosferę na widowni i pyszną zabawę, jaką miałam dzięki aktorstwu panów Orzechowskiego i Zielińskiego. Są zabawni, przekonujący, wielcy - prawdziwi fachowcy. (Nie macie pojęcia, jak wiele szacunku straciłam do siebie po napisaniu tych ostatnich pokracznych zdań. Moja kulpa, ale lepiej dziś nie umiem). Na dobre zapadł mi w pamięć tak zwany (przeze mnie) gest Orzechowskiego, kiedy to zrozpaczony perspektywą rychłej śmierci próbuje pozbyć się anioła śmierci zamachując się na niego patelnią - i nie może się zdecydować, żeby TO w końcu zrobić. Masterpiece, jak mawiają Anglosasi. Ludzie i anioły to przede wszystkim porządnie zrobiona rozrywka, ale gdyby ktoś bardzo chciał, to może sobie tę sztukę odczytać, jako powiastkę o tym, jak łatwo można stracić i zdobyć władzę. Oraz że, jeśli chodzi o śmierć, to nie znamy dnia ani godziny. Diablo odkrywcze, tak, ale i tak bawi. Ludzi i aniołów się ogląda, i czasem tylko tego chcę od teatru.

A czasem chcę więcej i nawet to dostaję. Wojtek Ziemilski, wnuk hrabiego Dzieduszyckiego, w Teatrze Studio zrobił świetną rzecz o poszukiwaniu źródeł, powiedzmy to górnolotnie, upadku moralnego swojego dziadka, który po latach przyznał się, że był agentem SB. O Małej narracji nie piszę "spektakl" ani "przedstawienie", tylko właśnie "rzecz", bowiem wymyka się ona klasyfikacjom sztuk teatralnych. Mała narracja ma formę ni to wykładu, ni to performansu; daleko w tyle pozostawia klasyczne formy teatralnej ekspresji. Wojtek Ziemilski siedzi na krześle przed laptopem i nieco monotonnym głosem prezentuje dzieje swojej rodziny na tle filmów, wyświetlanych tekstów, zdjęć. To, co mówi, idealnie zgrane jest z tym, co widzimy na ekranie; czasem słowa "aktora" (cudzysłów użyty z braku lepszego pomysłu na określenie artysty) są uzupełnieniem multimediów, czasem komentarzem do nich (i na odwrót, multimedialne prezentacje komentują bądź uzupełniają wypowiadane przez Ziemilskiego kwestie). W formie Mała narracja to niebanalny wykład w teatrze i teatr w formie wykładu. Podstawowe pytania, jakie Ziemilski zadaje sobie i nieżyjącemu już dziadkowi to jak to się stało? dlaczego? po co? gdzie był początek upadku? Dlaczego dziadek o ujmującym uśmiechu, dziadek, który czteroletniemu Wojtkowi pokazywał litery, dlaczego okazał się kimś innym, niż wszyscy dookoła sądzili? Wnuk Dzieduszyckiego szuka odpowiedzi na dręczące go pytania i niekoniecznie je znajduje. Gdzieś ostatnio przeczytałam, że dobra sztuka zadaje trudne pytania, a kicz znajduje na nie odpowiedzi. Według tej definicji Mała narracja jest sztuką (czasem bez anglosaskiego wsparcia trudno wyrazić się precyzyjnie, chodzi mi o art, nie o play) całkiem niezłą.

Na koniec sezonu teatralnego sama sobie zrobiłam prezent w postaci Tańca "Delhi" Wyrypajewa w Teatrze Narodowym. A Taniec "Delhi" wziął się stąd, że główną bohaterką wszystkich siedmiu sztuk - bo ten spektakl to siedem jednoaktówek, w których występują niby te same postacie, ale każda historia ma nieco inną konfigurację bohaterów, a Wyrypajew gęsto korzysta z autocytatów; te same zdania wypowiadane są przez różne postacie w odmiennych kontekstach, za każdym razem na szpitalnym korytarzu toczą się rozmowy skupione wokół śmierci innej osoby - otóż główną bohaterką wszystkich siedmiu sztuk jest tancerka Katia, która zachwyca innych swoim tańcem. Jej taniec narodził się w Delhi - Katia patrzyła tam z bliska na brud, biedę i choroby i tak mocno odczuła ból cierpiących, że musiała go przekuć na taniec. Tu zaczyna się wyrypajewskie papranie emocjonalne na temat tego, czy i jak ból jednego człowieka można zmienić w coś, co zachwyci innego, czy mamy do tego prawo i takie tam, jak to Wyrypajew. Przy czym dramaturg zaskoczył mnie tym razem o tyle, że nie prowokował ostrymi moralizatorskimi tonami, a jedynie ograniczył się do stawiania pytań - głównie o to, gdzie powinno się zaczynać i kończyć nasze poczucie winy i czy to nasz grzech, że z powodu tego samego wydarzenia jeden rozpacza, a inny się cieszy. Jak zwykle, Wyrypajew swoimi pytaniami mocno dawał widzom po głowie. Bardzo przypadła mi do gustu maniera, z jaką grali aktorzy - z jednej strony ich mowa i gesty były bardzo teatralne, nie dawali ani na chwilę zapomnieć, gdzie wszyscy się znajdujemy, z drugiej zaś strony - pod tą teatralną maską aż huczało od emocji. Najlepsza moim zdaniem była Gruszka (a wystąpili tam także stanowczo-łagodna Agata Buzek, idealnie drugoplanowa Beata Fudalej, nieco sztywny Paweł Paprocki, zimna jak należy Aleksandra Justa i słodka Kamila Baar) - nie piszę tak dlatego, że się w niej kocham, ale to naprawdę niesamowita aktorka. Znajoma, z którą poszłam na ten spektakl, a która po Lipcu do Gruszki i Wyrypajewa mocno się zraziła, podziela mój zachwyt i twierdzi, że Gruszka mocno odstaje w górę od reszty aktorów. Dopiero tuż przed wejściem do teatru przyznałam jej się, na co kupiłam bilety - w pierwszym odruchu chciała mnie zabić, w drugim - uciekać, ale potem przyznała, że warto było się przemóc, bo oswoiła Wyrypajewa dla siebie.

Po Tańcu "Delhi" zdążyłam na kawałek koncertu Anny Serafińskiej śpiewającej przed Teatrem Wielkim pieśni Chopina. Mocny, ciemny, czysty, choć niezbyt oryginalnej barwy głos, autentyczna radość śpiewania i serdeczność kierowana w stronę publiczności - tak zapamiętam ten koncert. 

Zapamiętam też z pewnością absolutnie czadowy koncert Lao Che. Pierwszy raz miałam okazję widzieć i słyszeć siedmiu nie zawsze wspaniałych na żywo. Są genialni. To co robią, robią z przekonaniem - i to się udziela. Często na żywo wokaliści miewają problemy z dykcją - Spięty nie zna tego problemu, bez trudu rozróżniałam słowa nawet tych kawałków, których wcześniej nie znałam. Po ich koncercie, na którym zagrali zbiór piosenek ze wszystkich swoich płyt, mogę powiedzieć jedno: ja chcę jeszcze raz!

Wybrałam się również na dwa koncerty organowe; jeden z nich odbył się w kościele św. Katarzyny przy Fosa, nazwiska organisty nie pomnę (gdzie mój program, gdzie mój program...), pamiętam, że grano m.in. Bacha, Brahmsa i Komedę. Kościół jest tak szkaradny, że musiałam zamknąć oczy, by móc się skupić. Przeszkadzały mi głośno stukające pedały, a kiepska akustyka odebrała dużą część radości z muzyki. Znacznie sympatyczniej wspominam koncert Jerzego Dziubińskiego, z mniej zróżnicowanym, a przez to robiącym wrażenie nie tak chaotycznego jak wcześniej wspomniany, repertuarem: Liszt, Franck, Brahms, Paderewski, sami romantycy. Zamierzam tam jeszcze wrócić.

Kiedy pisałam poprzednią notkę, zupełnie uleciały mi z pamięci co najmniej dwie przeczytane książki. Pierwsza to Adam Michnik. Biografia. Wymyślić to, co polityczne pióra Cyrila Bouyeure'a. Autor, francuski dyplomata i dziennikarz, podjął próbę umieszczenia nietuzinkowej postaci, za jaką uważa Michnika, w kontekście wydarzeń najnowszej historii i polityki Polski. Bouyeure dokłada starań, by brzmieć obiektywnie, ale darzy Michnika nieukrywaną sympatią i wydarzenia, w jakich Michnik brał udział przedstawia tak, by ten ostatni jawił się jako postać jednoznacznie pozytywna, mimo pewnych potknięć i popełnionych błędów. Tak sobie myślę, że ci, którzy za Michnikiem nie przepadają, nieraz się zirytują w trakcie lektury. Biografia Michnika jest jednak biografią jedynie z nazwy. Autor bowiem prezentuje szeroki kontekst historyczny i barwnie odmalowuje tło polityczne, na jakim działał Adam Michnik. Czytelnicy obeznani z najnowszymi polskimi dziejami mogą się zżymać, że opowiada im się oczywistości. Czytelnicy z tymi dziejami nieobeznani bądź obeznani słabo będą autora błogosławić za kronikę powojennej Polski w pigułce. Bouyeure szczęśliwie nie grzebie zbyt głęboko i bez potrzeby w najbardziej prywatnych częściach życiorysu Michnika, nad osobiste przeżycia działacza przedkładając jego życiorys polityczny.

Jakimś cudem udało mi się "zapomnieć wspomnieć" o jednej z najbardziej poetyckich podróży literackich, z jakimi się zetknęłam - mówię o Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka. Stasiuk dzieli się refleksjami z podróży po miejscach, które chyba tylko Norman Davies nazwałby Europą. Trasa jego wędrówki wiedzie przez małe miasteczka Słowacji, Węgier, Albanii, Mołdawii, Rumunii... Nie jest to świat piękny, tętniący, barwny; refleksje snute przez autora w czasie podróży przepełnione są melancholią, tęsknotą za czymś stałym, za zakątkami, gdzie można się ukryć przed pędzącym światem. Takie miejsca Stasiuk odnalazł dla siebie - i odkrył je dla nas.

Jak powiem, że wrócę z kolejnymi recenzjami już wkrótce, to nikt mi nie uwierzy, co? W takim razie - nic nie powiem. Ale hasta la vista!
21:08, agawa79 , Inne
Link Komentarze (4) »