stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
czwartek, 21 lipca 2011
Sztuka ulicy po raz ostatni
Sztuka Ulicy w tym roku wypadła średnio. Nie wiem, czy miałam pecha, wybierając przedstawienia, czy rzeczywiście poziom był niższy, ale tegoroczne wrażenia to jedynie blade i smętne namiastki zeszłorocznych uniesień. Tamte dwa spektakle, "Perła" i "Gingko", do dziś mam przed oczami, w uszach i pod palcami; tegoroczna edycja była poprawna, a za największą jej zaletę można chyba uznać to, że w ogóle była.

Na sam koniec wpadłam na spektakl Teatru TOL z Belgii, zatytułowany "Luce". Dwóch cyklistów pędzi na metę po sławę, chwałę i serce ukochanej kobiety. Przegrany zawodnik nie poddaje się po pierwszej porażce i postanawia zawalczyć o wybrankę. Tyle w warstwie fabularnej. Jeśli chodzi o tak zwane doznania artystyczne - cóż. Nic mi nie się urwało z wrażenia, choć Belgowie się starali. Może i nie wypadliby tak rozczarowująco, gdyby...
... gdyby aniołek zwisający z nieba umiał śpiewać...

... gdyby wybranka kolarzy też umiała śpiewać poruszając i poruszać śpiewając, a oszczędziła publiczności rzewnego i lekko kiczowatego zawodzenia...

... gdyby aktorzy nie byli tak ewidentnie oplątani linami, opancerzeni uprzężami, przez co widz głównie martwi się, czy któraś z wyginających się podniebnie postaci nie spadnie mu na głowę...

... które to uczucie zdecydowanie uległo eskalacji, gdy na kilkunastometrowym dźwigu w powietrzu zawisła cała masa rowerzystów i tancerzy...


... i gdyby niżej podpisana była ogólnie bardziej podatna na wzruszenia.

(Wszystkie zamieszczone tutaj zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu).

W przyszłym roku wybieram się znowu powybrzydzać.

A na nieco bliższą przyszłość planuję jeszcze kilka wpisów teatralnych (to mimo wszystko najbliższe memu wrednemu sercu medium), kilka recenzji z mądrych książek i jednej głupiej, parę słów o filmach oraz CV pewnej pani. Nie odchodźcie od monitorów!
23:26, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 lipca 2011
Debiutanci
Debiutanci
Najpierw obejrzyjcie zwiastun, to nie będziecie rozczarowani, że nie streszczam filmu.

Tak na gorąco: urocza, słodko-gorzka historia o ludziach, którzy z jakichś powodów nie potrafią być szczęśliwi, choć bardzo się starają. Pomysłowy montaż dodaje odrobinę zakręcenia do całej historii - i tak na przykład główny bohater wychodzi ze swojej sypialni prosto do biblioteki, w której jego ojciec, nie żyjący od kilku miesięcy segreguje książki. Film do śmiechu i do płaczu. Cudowny.
***
Rama całej historii jest prosta. On i ona - zupełnie do siebie niepasujący oraz ich dziecko, które bardzo będzie próbowało być szczęśliwe i tak bardzo nie będzie umiało. On - gej. Ona, świadoma jego orientacji, oświadcza mu się i przez całe życie mierzy się z jego chłodem i brakiem bardziej entuzjastycznego zainteresowania. Ich syn z kolei (w tej roli niepokojąco pociągający Ewan McGregor) wyrasta w przekonaniu, że jego rodzice się nie kochają, co później położy się cieniem na jego własnym życiu uczuciowym.
Czytam to, co napisałam, i wieje z tych słów smutkiem. A przecież napisać, że "Debiutanci" to smutny film oznacza poważne minięcie się z nastrojem. Oliver nie może utrzymać przy sobie żadnej miłości, jego pomysły w pracy zderzają się ze ścianą niezrozumienia jego artystycznych wizji, prawie wyrzuca z mieszkania kobietę swojego życia - a jednak jest w nim coś bardzo pozytywnego; jego pełna powagi troska o odchodzącego ojca czy, już później, o psa Arthura (Oscar dla tego zwierzęcia!) wywołuje uśmiech i poczucie tęsknoty za uporządkowaniem świata dookoła i siebie od wewnątrz. I rozczula - tak, rozczula ta jego pogoń, trochę po omacku, za czymś nieuchwytnym, za tą miłością, na którą całe życie czekał. Ta miłości wymyka mu się ciągle spod palców, bo nie zacisnął ich dość mocno na czas.
Postaci występujące w "Debiutantach" zarysowano smacznie i soczyście. Znany fanom choćby "Ostrego dyżuru" Goran Visnjic, chłopak ojca Olivera, to pełen nieco sztubackiego poczucia humoru wieczny chłopiec, którego pozorna powierzchowność pęka w pewnym momencie, i spod wesolutkiej maski wyłania się jego twarz pełna bólu i głębi. Matka Olivera (przepiękna Mary Page Keller), oprócz spontanicznych wygłupów w poważnych galeriach sztuki, ma niestandardowe hobby: "zabija" swojego syna, strofując go, jeśli ten nie "umiera" dość przekonująco. Twórcy filmu jednym ruchem - umieszczając trzpiotowatą kobietę w związku bez przyszłości, który jednak potrwał kilkadziesiąt lat - nadają tej postaci głębię i - to wielkie słowo, ale chyba na miejscu - tragizm. Melanie Laurent, dziwaczna dziewczyna Olivera, ta sama, która omal nie znika z jego życia, jest chodzącą niespodzianką i odwrotnością banału.
Co mnie ujęło w "Debiutantach" najmocniej, to szczerość emocji. Ten film składa się z odprysków przeżyć tak bardzo wszystkim znajomych: szok na wieść o skrywanej latami tajemnicy, smutek dziecka nierozumiejącego, co dzieje się między dorosłymi, szukanie nieuchwytnego i niezdefiniowanego czegoś, co jest przecież najważniejsze na świecie, rozpacz po odejściu tych, których kochamy, zrozumienie, jak przerażająco głupi czasem bywamy. Ten film to kawałek życia takiego, jakim je znamy.
A jak już wyżej wspominałam, zabawny i powykręcany montaż sprawia, że banalne historie nabierają dynamiki. Uroczy. Po stokroć uroczy film.

23:29, agawa79 , Film
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
Sztuki ulicznej ciąg dalszy
 Francuska grupa Compagnie Antipodes zatańczyła w fontannie na Placu Grzybowskim. Ten krótki spektakl "Ostatnie rendez-vous" opowiada o trudach bycia razem - o tym, że niejedną trudność trzeba razem pokonać przed ostatecznym rozstaniem oraz, biorąc pod uwagę słabe zsynchronizowanie tancerzy, o tym, że cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz. ;) Mam nadzieję, że organizator zapewnił tancerzom zapas aspiryny.











Na Placu Zamkowym wystąpił czteroosobowy zespół Bash Street Theatre z Wielkiej Brytanii w przedstawieniu "Stacja". Utrzymana w konwencji komedii slapstickowej sztuka rozbawiła publiczność do - może nie do łez - ale przynajmniej do salw śmiechu, gromkich oklasków i okrzyków zachwytu na koniec. Pościgi, potknięcia, wybuchy - Brytyjczycy trzymali poziom. Szczególne wyrazy uznania należą się wąsatemu taperowi z akordeonem - był rewelacyjny, jeśli chodzi o jakość dźwięku i zaangażowanie!






















Na Placu Zamkowym można było również zobaczyć polską grupę Teatr Ewolucji Cienia ze spektaklem "Fin Amor", zainspirowanym historiami Tristana i Izoldy oraz Lancelota i Ginewry. Miała to być uniwersalna opowieść o miłości poza granicami czasu, o miłości, która nie przemija. Uczciwie mówię, że nie byłam zachwycona. Nie lubię teatru ulicznego, który musi posiłkować się słowem, aby dotrzeć z przekazem do widza. To raz. Dwa, nie lubię się martwić, że aktor zaraz sobie zrobi krzywdę (sobie i przy okazji innym), bo wygląda, jakby dopiero uczył się chodzić na szczudłach. Przed grupą jeszcze wiele godzin i lat dopracowywania ruchu scenicznego. Całość wypadła dość nieporadnie.










21:16, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 lipca 2011
Festiwal Sztuka Ulicy uważam za rozpoczęty!

Ciemny wieczór, mało rozrywkowa dzielnica miasta stołecznego. Wieczór zupełnie nielipcowy, choć lipcowy: z nieba spadają coraz gęściej strugi zimnego deszczu, termometr wskazuje przyprawiającą o dzwonienie zębów temperaturę dwunastu stopni. W takich warunkach atmosferycznych składam nową definicję sztuki - sztuką jest w taką ulewę i ziąb wywabić tłumy ludzi na ulice.

Dwie godziny temu ulicą Kasprowicza (mieszkańcy Warszawy wiedzą, że to ulica zupełnie niekojarząca się z ofertą kulturalną) ruszyła barwna parada. Nie trzeba aż tak wiele, żeby wyciągnąć ludzi z miękkich foteli i sprzed migających telewizorów. Kilkunastu akrobatów na szczudłach, z pomalowanymi na złoto twarzami i w błazeńskich strojach, to skaczący wśród stłoczonej masy, to rozciągający nad tą masą kolorową płachtę, sztuczne ognie, fajerwerki, iluminacje, gigantyczny mechaniczny owad, na którego grzbiecie zespół wydobywa z instrumentów wprawiającą widzów w radosny trans muzykę. Tak właśnie zaprezentowali się publiczności goście z Francji, Compagnie Malabar, z widowiskiem "Helios II". W teatrach ulicznych przepadam za stopieniem się publiki i aktorów, kiedy granice między jednymi i drugimi są niedostrzegalne, a przeżywanie teatru staje się jednocześnie doświadczeniem zbiorowym i bardzo intymnym. Nie potrzeba tu żadnej głębi, wystarczy odłożyć codzienność na bok i dać się ponieść artystom.

I tak będę spędzać popołudnia i wieczory do 5 lipca - o ile nie zawiedzie mnie ośrodek decyzyjny, bo wybór tego, co można zobaczyć w ramach tegorocznego festiwalu, przytłoczyć może niejednego.



Wszystkie zamieszczone zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu.

23:07, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »