stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
sobota, 11 września 2010
Summertime na wiele głosów
W czasach mojej podstawówki wśród koleżanek i kolegów krążyły tak zwane "złote myśli". "Złote myśli" na pierwszej stronie zawierały zestaw pytań, na które wybrane osoby odpowiadały, po czym zaginały kartkę w trójkąt, naiwnie wierząc, że nikt prócz właściciela zeszytu nie przeczyta ich wyznań. (Moja siostra, na przykład, odkryła w ten sposób, że kocha się w niej sąsiad z czwartego piętra). Pytania miały charakter sondy, właściciel zeszytu oczekiwał, że wyspowiadamy mu się z takich tajemnic, jak ulubiony kolor czy ukochany zespół. Bywały pytania o ulubioną piosenkę - za nic nie mogę sobie przypomnieć, z jakich to inklinacji muzycznych zwierzałam się w tamtym czasie. Równie dobrze mogła to być Ewa Bem, Sandra albo Pink Floyd, a pod koniec podstawówki zapewne coś z repertuaru Iron Maiden, Kiss czy Megadeth. Dziś sama sobie zadaję pytanie o tę jedną, jedyną, najukochańszą piosenkę - i chyba mam liderkę. To melodia, do której wracam od lat, która mnie koi i zagłębia w pogodnej beztrosce. Panie i panowie, oto Summertime. Skomponowana przez Gershwina jako część opery Porgy and Bess, ze słowami Edwina DuBose'a Heywarda, doczekała się, jeśli wierzyć Wikipedii, 15 000 różnych wersji nagrania, co skłania mnie do refleksji, że w moich upodobaniach muzycznych jestem niezbyt oryginalna.

Dlaczego wspominam dziś tę piosenkę? Cóż, odezwała się we mnie tęsknota za latem, za tymi złoto-niebieskimi dniami wypełnionymi niespiesznym delektowaniem się spokojem, dostatkiem, śmiechem bliskich; pachnącymi sosnowym lasem i trzciną przy brzegu jeziora. Poza tym, że tak sobie zejdę na ziemię, jest mi upiornie zimno, więc eskapistycznie urządzam sobie prywatny festiwal rozmaitych wykonań Summertime i udaję, że to wcale nie ja marznę, że nie do mnie należą fioletowo-sine stopy i zatkany nos, a za oknem nie ma tej całkiem niestety udanej podróby listopada.

Mahalia Jackson. Śpiewa to trochę tak, jak ideał babci śpiewałby kołysankę. Przy takiej babci można czuć się bezpiecznie.

Mica Paris. Kawał głosu, trochę brak jej subtelności. Smutna i poważna mina nieznającym angielskiego mogłaby zasugerować, że to pieśń żałobna. Niemniej, to wykonanie całkiem lubię.

Cecily Nall. Wersja najbardziej zbliżona do tej, jaką słyszałam na żywo. Dwa lata temu w Teatrze Wielkim pierwszy raz po pięćdziesięciu latach przerwy można było zobaczyć operę Porgy and Bess, w wykonaniu zespołu z Nowego Jorku. Pamiętam, że nie zdążyłam na czas przyjechać z pracy i do teatru pojechałam ubrana zupełnie nie "po operowemu" - moja sukienka w krateczkę do złudzenia przypominała fartuchy rybaków występujących na scenie. W antrakcie krytycznym wzrokiem zmierzyła mnie sama Janina Paradowska.

Miles Davis. Dla tych, którzy nie lubią, jak im brzmienie ludzkiego głosu zagłusza instrument.

Billie Holliday. Jak ją wielbię, tak tego wykonania nie wybaczę. Dokąd jej się tak spieszy? Przecież lato jest, odpoczywa się!

Jill Scott & George Benson. Z uśmiechem, z humorem. Relaksująco.

Eva Cassidy. Pamiętacie nieudany romans Sary (tej, która miała chorego brata, wydzwaniającego do niej co pięć minut) i Karla (enigmatic chief designer) z filmu
Love Actually? Kiedy pierwszy raz poszli do łóżka, w głowie Sary brzmiała piosenka Songbird, śpiewana właśnie przez Evę Cassidy. Tutaj umieszczam subtelne wykonanie Summertime
.

Leona Lewis. Młoda zdolna. Nagrała potem płytę lub dwie, ale, jak często w takich przypadkach bywa, młodą zdolną zmarnowano w kiepskiej jakości repertuarze. Tłumy szaleją mimo to.

Rita Reys. Ni mnie ziębi, ni grzeje, ale może ktoś zagustuje.

Sarah Vaughan. Przepiękna, ciepła wersja. Płynne złoto w gardle.

Ella Fitzgerald & Satchmo, czyli posłuchajcie sami, dlaczego tak bardzo pokochałam tę piosenkę. Są razem doskonali, nie ma tam ani jednego fałszywego tonu, ani jednego zbędnego dźwięku. Ideał. Oraz ciarki na plecach za każdym razem.

Janis Joplin. Zawsze chciałam to publicznie ogłosić, ale nie miałam okazji. Zrobię to teraz. Nie cierpię Janis Joplin i nie rozumiem jej fenomenu. Słuchanie jej jest równie przyjemne co - tak sobie przynajmniej wyobrażam - łykanie papieru ściernego. Wersja dla masochistów. Ciekawe, komu się właśnie naraziłam. I czy ktoś dotrwał do końca, żeby te bluźnierstwa przeczytać. ;)
czwartek, 09 września 2010
Festiwal Sztuka Ulicy 2010
Warszawskie Bielany nie rozpieszczają przesadnie swoich mieszkańców bogactwem oferty kulturalnej. Na skwerku obok stacji metra Słodowiec występują zazwyczaj cyrkowcy albo tak wybitni artyści, jak na przykład Golec Orkiestra. Nie spodziewałam się zatem wielu uniesień po spektaklu Ginkgo w wykonaniu frankfurckiej grupy Antagon, ale z przyjemnością donoszę, że pomyliłam się zupełnie.

"To przedstawienie o zrzuceniu bomby na Hiroshimę" - tyle było mi wiadomo, kiedy 2 lipca usiadłam w tłumie podgryzanych przez komarzyce warszawiaków przed wysoką sceną postawioną na środku wspomnianego wyżej skweru. Jak wybornie zostałam zaskoczona wyrazistością obrazów, muzyki, gry aktorskiej; słowem - wysokim poziomem spektaklu. Towarzyszyło mi przyjemne odczucie obcowania z profesjonalistami, wiecie jak to jest - wychodzą na scenę aktorzy i wszystko mają takie dograne, dopracowane, zsynchronizowane, widać, że nie zabrali się za przygotowywanie swojej pracy ledwie przedwczoraj. Dopiero później dowiedziałam się (niech żyje Facebook), że Antagon był jednym z zespołów, obok opisanej niżej grupy
Plasticiens Volants, nad zaproszeniem którego na Festiwal Sztuka Ulicy organizatorzy trudzili się przez kilka lat, czym zresztą zaskarbili sobie ogromną wdzięczność chociażby niżej podpisanej.

Cyklicznie marudzę na blogu, że moja pamięć i wrażliwość przypominają siatkę o coraz większych oczkach i że spora część moich kontaktów z tak zwaną sztuką przypomina łapanie drobnych rybek w sieć rybacką przeznaczoną do łowienia grubszego zwierza - mało która rybka zaplącze się w tę sieć na tyle skutecznie, żebym mogła ją zatrzymać i choć przez chwilę się nią nacieszyć. Spektakl o Hiroshimie okazał się, żeby trzymać się rybołówczej metafory, rybą pokaźnych rozmiarów, w dodatku dość drapieżną, dzięki czemu mogłam doświadczyć radości z
uczestniczenia w czymś tak po prostu dobrym, i zachować na dłużej wrażenia z lipcowej nocy.

Co się wydarzyło w Hiroshimie, wie prawdopodobnie każdy z czytelników tego bloga, więc oszczędzę sobie przytaczania tej potwornej historii. Obrazy z Ginkgo wracają do mnie raz po raz. Paradujący w eleganckich mundurkach uśmiechnięci sztywno panowie i panie, poruszający się w rytm marszowej muzyki. Ci sami panowie i panie po wybuchu w postrzępionych ubraniach, ze startymi z obliczy uśmiechami, ogłupiali, przerażeni, zagubieni. Postacie na szczudłach, w białych kombinezonach i maskach przeciwgazowych, biegający wśród publiczności, która ruszyła z miejsc w panice, próbując uciec przed gryzącym dymem. Te same figury, już bez szczudeł, wykrwawiające się od środka - zastosowano prosty acz wymowny trick z wyciąganiem postrzępionych czerwonych sznurów z umocowanych na brzuchach pudełek). Suche, powykręcane, chore drzewko - tytułowe ginkgo - usiłujące się odrodzić i przywrócić życie na skażonym terenie. Nieśmiało uradowane matki w ciąży, których pęczniejące łona dają nadzieję na powrót do normalności, do szczęśliwej codzienności. Ich przerażenie, kiedy dzieci okazują się zdeformowane, brzydkie, potworne. Przejmujący obraz trudnych narodzin i próby stanięcia na nogi po masakrze - z góry sceny w wielkim przezroczystym worku zjeżdża kobieta, zwinięta w pozycji embrionu. Próbuje przebić worek rękami, siłuje się z nim, w końcu osiąga cel - na scenę chlusta woda i na świecie pojawia się nowy, nieporadny człowiek. Długo będzie tańczyć w powietrzu, niezdarna, przypięta nad deskami sceny, zanim pokona słabości swego ciała i ruszy dalej - w życie.

Moim wielkim faworytem wieczoru został bębniarz i gitarzysta w jednej (dodam, że urodziwej) osobie. Występował na uboczu, na platformie umieszczonej wysoko nad ziemią, przez większość czasu zwrócony w stronę swych ukochanych (to się czuło!) bębnów, tyłem do publiczności (która nie miała nic przeciwko, bo z tej strony bębniarz również prezentował się uroczo). Jego wizualne zalety to nic w porównaniu z pasją i miłością do wykonywanej pracy. Boże, jak on grał! Z jakim zaangażowaniem, werwą, energią, z całkowitym oddaniem się melodii i rytmowi! Jeśli nie zapamiętałam pewnych fragmentów sztuki, a pewne jest, że kilka skrawków mi umknęło, to przyczyna tej niepamięci tkwiła kilka metrów nad ziemią - trudno było oderwać wzrok od człowieka tak bardzo przejętego swoją pracą, tak ewidentnie przezeń uwielbianą.











6 lipca miał miejsce finał Festiwalu. Z niepokojem obserwowaliśmy pogarszającą się pogodę i komunikaty na FB - istniała bowiem możliwość, że w przypadku obfitego deszczu aktorzy nie wystąpią. Aura okazała jednak swą łaskę i pozwoliła zebranej w Parku Agrykola publice przenieść się do podwodnego świata wykreowanego przez
Plasticiens Volants w spektaklu Perła. Cieszyłam się nim jak dziecko. W rytm pięknej, relaksującej i orzeźwiającej jednocześnie muzyki Philippe'a Bonneta mogliśmy oglądać świat z perspektywy dna morza. Nad głowami widowni unosiły się ogromne morskie zwierzęta - wieloryb, małż, ośmiornica, ryby; wśród widzów przemykały walczące ze sobą koniki morskie. A my staliśmy tam, urzeczeni, i jak glony poruszane przez przepływające zwierzęta, goniliśmy za wielkimi figurami, próbując dotknąć ich choć przez chwilę.










czwartek, 02 września 2010
McFerrin - Chopin
Dziesięć lat temu z górką, będąc młodą studentką (anglistyki, gdyby to kogoś interesowało), zaprzyjaźniłam się przez raczkujący wówczas w Polsce internet z pewnym inżynierem o nicku Tetryk. Po Tetryku dziś zostały mi wspomnienia burzliwych dyskusji online, setki kilometrowych maili, kilka pocztówek (w tym jedna z Korei), parę książek, płyt oraz miłość do Bobby'ego McFerrina. To Tetryk wprowadził mnie w świat tego utalentowanego wokalisty, za co będę mu dozgonnie wdzięczna.

McFerrin najbardziej znany jest z ogranego do granic możliwości utworu Don't worry, be happy - kiedy to słyszę, przenika mnie dreszcz i bynajmniej nie jest to dreszcz rozkoszy. Piłowany cyklicznie w mediach kawałek jest mało reprezentatywny dla repertuaru McFerrina. Bo Bobby to nie tylko wesołe pioseneczki śpiewane a capella, ale cały wachlarz różnych stylów, od jazzu przez elementy folku, gospel, po chorały i klasykę. Obdarzony głosem - orkiestrą muzyk od lat nazywany jest przeze mnie ulubionym wokalistą. Nie wiem doprawdy, czemu tak długo zwlekałam z wybraniem się na jego koncert. Być może bałam się konfrontacji wyobrażeń oraz cudzych zachwytów z rzeczywistością.

Strach ten zresztą okazał się całkiem bezpodstawny.

17 sierpnia w ramach festiwalu Chopin i jego Europa Bobby McFerrin zaśpiewał w Sali Kongresowej. Chopina zaśpiewał, umówmy się, że tak było. Nie, nie mówię tego z pretensją ani zastrzeżeniem. Ale był to Chopin we wcieleniu zaskakującym, Chopin niepodobny do samego siebie. McFerrin robiący Chopina przypomina kogoś, kto maksymalnie rozciąga gumę i sprawdza, w którym momencie trzaśnie. Mcferrinowskie wydanie kompozytora przypomina nieco Chopina, aczkolwiek pozostaje na granicy rozpoznawalności. Ten cały jazz, ten beatbox, te perkusje - Chopin to jeszcze czy nie Chopin? Nawet jeśli koło Chopina muzyka z koncertu stała tylko przez chwilę, to nie zmienia to faktu, że przedstawienie było przednie. McFerrin sobie śpiewał, NDR Big Band sobie grali, z werwą i przytupem, a publika chłonęła całość jak zaczarowana (lub z głupawym uśmiechem na twarzy, jak to się zdarzyło niżej podpisanej). W roli wisienek na torcie wystąpiły Anna Maria Jopek i Urszula Dudziak, które sobie weszły na scenę, żeby poimprowizować razem z McFerrinem. Obie panie trochę podkradły show naszej gwieździe - chociaż możliwe, że w swej skromności gwiazda ustąpiła firmamentu i odsunęła się na bok, w bardzo ewidentnym zresztą podziwie dla umiejętności koleżanek.

Prawdziwe czary działy się tego wieczoru na scenie, istne szamaństwo - oto po góra dwudziestu minutach okazało się, że minęły dwie godziny i pora zbierać się do domu. Do następnego!