stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
piątek, 30 października 2009
Boy-Żeleński. Recenzent – pies na baby. Biografia dla nikogo.

Odkładam biografię Boya napisaną przez Józefa Hena z mieszanymi uczuciami. 

Kiedy Tomasz Łubieński pisał M jak Mickiewicz, powiedział otwarcie: każde pokolenie ma swoją biografię Mickiewicza. Przeżycia pokolenia Łubieńskiego były mocno związane z polityką, zatem i biografia wieszcza skupiona była na wątkach politycznych. Józef Hen natomiast, w obliczu mnogości wątków życiorysu Żeleńskiego, pisze tak:

Biograf nie może nadążyć za swoim bohaterem. Tylu spraw się ima, tyle zagadnień porusza i tyle dzieje się z nim, wokół niego – co odnotować, co pominąć (licząc po cichu, że zainteresowany czytelnik do pewnych szczegółów sam dotrze)? 

Że Józef Hen napisał biografię Tadeusza Żeleńskiego bez żadnego klucza – to niestety widać. Dla kogoś, kto dość dobrze zna zarówno twórczość jak i życiorys Boya, ta niezuzasadniona wybiórczość może okazać się drażniąca. Trudno zrozumieć, czemu jedne wątki opisane są z rozbuchaną szczegółowością, inne skwitowane kilkoma zdaniami. 

Pełny tytuł książki Hena brzmi: Boy-Żeleński. Błazen – wielki mąż. Z takim podtytułem można by się spodziewać pogłębionej analizy twórczości Boya, ukazującej kontrowersje wokół jego pism i niego samego oraz, na przykład, odbioru jego twórczości przez współczesnych, jakiegoś krótkiego szkicu o pozycji Boya wśród dzisiejszych literaturoznawców. Nie do końca tak jest. Z młodości Żeleńskiego autor wybrał i przybliżył czytelnikom kilka wydarzeń – mało pisze o dzieciństwie Boya, niewiele o czasach studiów i karierze lekarza; szeroko zaś rozwodzi się nad pobytem Boya w Paryżu i dekadenckich latach krakowskich, gdy Żeleński przyjaźnił się z Przybyszewskim. Niestety, zupełnie nie została uchwycona atmosfera tamtych lat, a z opisów Hena zupełnie nie wynika, jak ogromna i dlaczego właśnie tak wielka była fascynacja Żeleńskiego Przybyszewskim. Obawiam się, że czytelnik, który nie zetknął się wcześniej z biografią Boya, nie otrzyma pełnego obrazu tamtych lat.  

Ogromne dysproporcje występują też w opisywaniu kontaktów Żeleńskiego z kobietami. Widać, że autora biografii bardzo interesuje ten temat i nie szczędzi czytelnikowi żadnej miłości, miłostki, romansu ani domniemanego romansu z wyjątkiem związku z żoną Zofią, która według tej biografii wydaje się mieć niewielkie znaczenie w życiu pisarza. Dopiero opisując koniec życia Boya Hen wspomina, że to właśnie Zosia była kobietą jego życia. W jaki sposób i dlaczego autor tak sądzi – nie wiadomo. Wcześniej za to szeroko rozpisuje się o domniemanym romansie Boya z niejaką Niusią, interesującym zapewne dla dwojga zainteresowanych i, jak się okazuje, dla biografa. Dla mnie – niekoniecznie. Ach, jak Hen wytrwale zagląda Boyowi pod kołdrę, ach, jak mu żal, że konsumpcji nie widać... Kuriozalne są za to próby wykazania, że Irena Krzywicka, długoletnia kochanka Żeleńskiego, miała mniejsze znaczenie w życiu Boya niż to wszyscy sądzą. Próby, dodam, nie poparte żadnymi dowodami, a jedynie domysłami autora.     

Jeśli chodzi o twórczość Boya, to biograf wykazał się daleko idącą selektywnością. Skupił się przede wszystkim na pisanych przez Boya recenzjach teatralnych. Są one szeroko cytowane i uzupełniane irytującymi i niewiele wnoszącymi komentarzami Hena. Dla znawcy pism Boya lektura może być nużąca; dla kogoś niezorientowanego bliżej w życiorysie pisarza będzie z kolei niezrozumiała, jako że autor biografii nie pokusił się o przybliżenie postaci, z którymi Żeleński się spierał. Zmarginalizowane w tej biografii zostały takie przedsięwzięcia Boya, jak twórczość translatorska czy wydawanie Biblioteki Boya; stosunkowo krótki jest rozdział o życiu Boya we Lwowie (przecież masz czytelniku książkę Winklowej na ten temat, to sobie weź, przeczytaj i nie marudź).  

A sam Żeleński z kart tej książki jawi się jakby za półprzezroczystą szybą. Szkoda, że autor biografii, który rozmawiał przecież z synem pisarza, nie sporządził biografii bardziej osobistej; że nie przedstawił sylwetki Boya bardziej przejrzyście, ale schował go za przewijającymi się przez jego życie kobietami i recenzjami. I, że choć bardzo starał się być obiektywny i nie wystawiać pomnika pisarzowi, to jednak wyciął mu tą książką laurkę. 

czwartek, 22 października 2009
Bardzo dobrze, trójka z plusem!

Miałam kilka powodów, żeby sięgnąć po książkę Stuhrowie. Historie rodzinne Jerzego Stuhra. Po pierwsze, bardzo cenię Jerzego Stuhra (aka stary Stuhr) jako aktora i intrygowały mnie jego prywatne przeżycia i historie. Po drugie, jako aktora bardzo cenię również Macieja Stuhra (aka młody Stuhr); uwaga o przeżyciach i historiach – jak wyżej. Po trzecie, pasjami czytam rozmaite historie rodów, których początki tkwią gdzieś tam głęboko w XVIII czy XIX wieku. Po czwarte, protoplasta rodu mojego własnego męża, a tym samym przodek moich dzieci był, podobnie jak pierwsi osiadli w Polsce Stuhrowie Austriakiem, i bardzo byłam ciekawa, co inni Austriacy mogli mieć do roboty w naszym, wówczas teoretycznie nieistniejącym, kraju.

Myśl przewodnia książki to próba pokazania, jak ważna jest dla człowieka rodzina, tradycja, więzi, wreszcie – miejsce, z którego pochodzi; a przynajmniej tak twierdzi autor, niebezpiecznie zbliżając się do banału. Przybywają z Wiednia Austriacy, osiedlają się w Krakowie, tu się rozmnażają, zdobywają i tracą majątki, umierają. Nie będę streszczać, bo nie o samej rodzinie chcę mówić, a o tym, jak książka jest napisana.

Cóż. Stylistycznie z pewnością nie są to wyżyny polszczyzny; ot, dzieje rodziny spisane poprawnie, z pewnym nawet wdziękiem, ale nie powalające szczególnym pięknem języka; miejscami rażące nieporadnością i sztucznością, zwłaszcza wymyślone dialogi toczące się między pradziadkami. Jak słabo wypada w porównaniu choćby z Joanną Olczak-Ronikier, która w książce W ogrodzie pamięci również rekonstruuje rozmowy; z tym że robi to znacznie bardziej, z przeproszeniem, profesjonalnie. Jej dialogi żyją, zaś dialogi Stuhra nie ukrywają przed czytelnikiem, że zostały zmyślone. Najlepiej napisane części książki to fragmenty dziennika napisane przez Oskara Stuhra, brata dziadka autora, opisujące życie w obozie w Auschwitz, gdzie Oskar był więziony i skąd wydostał się jedynie dzięki interwencji żony, Niemki (która nawiasem mówiąc uciekła od męża po nocy poślubnej). Smakowicie napisane są też fragmenty wspomnień Macieja Stuhra; styl ojca wypada przy nich blado.

Sama postać autora, jaka wyłania się ze stron książki, nie zachwyca ciepłem ani szczególną mądrością. Trudny charakter, zamknięty w sobie egocentryk, bez przerwy robiący odniesienia do siebie. Nawet pisząc o zastawie stołowej swojej prababci musi wspomnieć, że teraz znajduje się w jego gabinecie, a szabla dziadka wisi u niego na ścianie. Żonie, odnoszącej sukcesy skrzypaczce i z pewnością postaci ważnej w życiu rodziny, poświęcono może półtorej strony. No, góra dwie. Jerzy Stuhr szeroko rozpisuje się o tym, jakim był i jest ojcem (jak sam przyznaje – niełatwym), ale relacje dzieci z matką są ledwo zarysowane; a przecież to głównie ona wychowywała Maćka i Mariannę. Stuhr pisze też sporo o obawach, jakie miał w związku z karierą syna. Miał do niego coś w rodzaju pretensji, że młody za szybko zdobył popularność, że szedł nie do końca tą ścieżką, którą kochający tatuś dla niego wymarzył. I dopiero kiedy Maciej pokazał się aktorsko od poważniejszej strony (młody Stuhr gra u Warlikowskiego; wyżej w aktorstwie trudno już w Polsce zajść), stary Stuhr uspokoił się co do losów syna. Spomiędzy wierszy można wyczytać, że mocno musiało swego czasu zgrzytać między młodszym i starszym mężczyzną. 

Stuhr w ogóle wydaje się człowiekiem bardzo niechętnym zmianom i nowościom. Kiedy miał okazję wyemigrować z Polski w trudnym politycznie czasie, nie zrobił tego, bo był za bardzo przywiązany do miejsca zamieszkania; znikły więc gdzieś geny, które jego przodków przygnały do Galicji z Dolnej Austrii. Jest też w książce zdanie, które podważa sens wszelkich męsko-damskich związków międzynarodowych. Stuhr sugeruje, że ze Szwedką czy Irlandką nigdy nie połączy Polaka wspólnota dusz. Jasne, Polka - profesorka literatury z wielkiego miasta z pewnością ma więcej wspólnego z mieszkającym na wsi Polakiem - absolwentem szkoły zawodowej niż ze swoim kolegą po fachu z Londynu... Dziwi mnie taka – nie ksenofobia, to za mocne słowo – ale taka „zamkniętość” na człowieka wychowanego w innej części świata; zwłaszcza że pogląd taki głosi człowiek o takich a nie innych korzeniach.

Stuhrowie. Historie rodzinne to nie jest zła książka, czyta się dość gładko, ale najlepiej podsumować ją mogę słowami mojego nauczyciela matematyki z liceum: „Bardzo dobrze, trójka z plusem!”. Mogło być i ciekawiej, i barwniej, i szerzej, i bardziej szczegółowo, słowem: lepiej.

wtorek, 20 października 2009
Tuan Sruan

Boże, co za ulga. Wreszcie skończyłam Tuana. Odkładam z radością i mocnym postanowieniem, że więcej po Cizię Zykë, Zykëgo, czy whatever się to odmienia, nie sięgnę.

Jak mnie wymęczyła ta książka. Czuję się, jakby mnie ktoś obmacał, zbluzgał i na koniec oblał obrzydliwymi wydzielinami.  

O cudowności Tuana naczytałam się legend i podań graniczących z żywotami świętych, a że były to recenzje obszerniejsze niż „Super książka, polecam!”, Tuan wylądował na mojej liście must-read. Jeśli nawet słyszałam jakieś głosy zniechęcające do książki, to w zalewie ochów, achów i innych wzdechów na temat, nieliczne głosy krytyczne zignorowałam, jakby ich nie było. Ochoczo wzięłam do ręki to coś, co okazało się festiwalem awanturnictwa, mściwości, brutalności i przedmiotowego podejścia do kobiet. Tak, podobnie to brzmi do recenzji Martina; sęk w tym że, w przeciwieństwie do Martina, nasz Tuan lubuje się w obscenicznych i krwawych opisach, tak jakby otaczające go zło sprawiało mu przewrotną przyjemność.

Tuan złożony jest z czterech noweli, w których nasz, psiakość, bohater daje się poznać od najbardziej zgniłej strony.

 

W pierwszej opowieści Tuan jest więziony przez birmańskie plemię. Dzikie i złe, nie zasługujące na odrobinę litości czy zrozumienia. Pewnie, też byłabym zła, gdyby ktoś mnie więził, głodził, zmuszał do pracy na polu ryżowym i do seksu z połową plemienia, dopóki ich nie pozapładniam. Ale szukanie usprawiedliwienia dla zamordowania ich wszystkich podczas snu, łącznie z dziećmi i kobietami w ciąży oraz rozkoszowanie się zemstą niekoniecznie znajduje moje zrozumienie. I to w sytuacji, kiedy Tuan mógł, co sam przyznaje, po prostu cichcem od nich uciec!

 

Po takim wstępie żałosne są próby Tuana ukazującego siebie w pozytywnym świetle i mszczącego się na dzieciobójcach w Australii. Ukamienowanie dziesięcioletniej Aborygenki przez grupę białych jest bezdyskusyjnie czymś strasznym, ale Tuan występujący w roli mściciela śmierci dziecka w świetle poprzednich przygód jawi się jako hipokryta.

 

Trzecia część Tuana to wyprawa po bliżej niezidentyfikowany skarb; dobry pretekst do opisania rosnącej manii seksualnej jedynej na wyprawie kobiety; opisanej tak, że naturaliści przy Tuanie to mistrzowie aluzji i niedopowiedzenia. 

Tuan, choć sam jest biały, gardzi systemem wartości białych i pragnie być od nich jak najdalej. W ostatniej części przygód wypływa więc na morze, bo tam, jak sądzi, kryje się prawdziwa, niczym nie skrępowana wolność. Swoim zwyczajem, Tuan otacza się przez ludzi, których uważa za podstępnych i złych, nie mających w sobie cechującej Tuana szlachetności. Całe szczęście, że jako mężczyzna wyposażony jest w odpowiednie narzędzie, którym może „za karę” zgwałcić niedobrą towarzyszkę, kradnącą wodę. Czy znajduje upragnioną wolność? Tak, chociaż w inny sposób, niż by sobie tego życzył. I tylko oddycha się z ulgą, że to już koniec. 

Nie mam pojęcia, co ludzi zachwyca w książkach Cizii Zykë. Nie rozumiem zachwytów nad „przygodami” ostatniego „awanturnika”. Wiem, że Tuan chciał wyrwać się od zniewolenia białą cywilizacją, ale do mnie jego system wartości nie trafia. Nie moja bajka. 

Można się zastanawiać, czemu skończyłam tę książkę, skoro tak mi się nie podobała. Cóż. Autorowi nie można odmówić dobrego zmysłu narracyjnego. Styl snucia opowieści, który na początku wydał mi się nerwowy i męczący, potem przekształcił się w sposób opowiadania zmuszający czytelnika do zadawania sobie pytania o to, co zdarzyło się dalej. Być może patrzę na książkę przez pryzmat entuzjastycznych recenzji w większym stopniu niż bym chciała, a ocena powieści nie byłaby aż tak surowa, gdyby nie bezwarunkowy zachwyt wielu czytelników. Jakby nie było, książki nie polecam. 

poniedziałek, 19 października 2009
Film od kuchni

Dziś będzie o filmie Julie & Julia.

Krótko, bo mi się spieszy.

 

O czym to jest, chyba już wszyscy wiedzą, a jeśli nie, to szybko wyjaśniam: żyjąca współcześnie Julie, znudzona pracą urzędniczka ze słomianym zapałem, raz w życiu postanawia doprowadzić coś do końca i zaczyna prowadzić blog o gotowaniu z książki kucharskiej Julii Child. Na drugim planie czasowym toczy się historia gwiazdy kucharskiej, która zainspirowała Julie Powell.

 

Dołączam do piewców talentu Meryl Streep. Widziałam ją w tak wielu odsłonach, że nie spodziewałam, że mnie jeszcze czymś zaskoczy; tymczasem w Julie & Julie jest inna niż dotychczas. Znakomicie sportretowała Julię Child, która była jedną z tych wesołych, głośnych osób, wydających się być przez cały czas na lekkim gazie, a niezwykle sympatycznych. 

Amy Adams, aktorka grająca Julie Powell, miała już lepsze występy chociażby w Złap mnie jeśli potrafisz, gdzie zagrała bojaźliwą narzeczoną głównego bohatera, czy w Wątpliwości, gdzie wcieliła się w rolę młodej, entuzjastycznej zakonnicy (Meryl Streep też tam gra). Nie jest zła i w Julie & Julia; ale jej postać jest trochę rozmemłana i denerwująca. 

Julie & Julia to mimo pewnych wad bardzo przyjemny film; nie tylko o gotowaniu, ale również o tym, jak ważne jest, żeby wytrwale dążyć do celu i kończyć to, co się raz zaczęło. Co mnie drażniło, to portrety mężów obu kobiet z lekka trącące hagiografią; mimo to film jest smakowity, nawet biorąc pod uwagę fakt, że zjada się tam zdecydowanie za dużo mięsa. ;) 

Uwaga: przed projekcją proszę coś zjeść! Najlepiej dobrze i dużo.

09:34, agawa79 , Film
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 października 2009
Bajka o bajaderze

Nie będę nawet próbowała udawać, że znam się na balecie. Nie znam się. Nie rozpoznałabym pozycji pas de bourrée czy croisé nawet, gdyby stanęły przede mną i pacnęły mnie w czółko. Nie orientuję się w nazwiskach, trendach, kontrowersjach, a o historii baletu wiem tyle, że w Warszawie jest szkoła baletowa imienia prapraprapradziadka moich dzieci. Nie mam pojęcia, czy tancerze są dobrzy technicznie, czy też wcale; mnie się podoba już wtedy, kiedy się nie przewracają i tańczą w miarę równo.

Ta totalna ignorancja nie przeszkadza mi bynajmniej wybrać się trzy – cztery razy do roku na przedstawienie baletowe do Teatru Wielkiego. Już samo wejście do budynku jest ekscytujące – ogromne przestrzenie korytarzy i schodów, stare żyrandole, wypucowane na lśniąco podłogi i tłumiące stukot eleganckich pantofli dywany. Bardzo szczególny zapach, charakterystyczny dla starych teatrów, a jednocześnie właściwy tylko Teatrowi Wielkiemu. I ci wszyscy ludzie, starzy, młodzi (czasem zaledwie kilkuletni), prawie bez wyjątku ubrani elegancko, a nawet wytwornie, prowadzący rozmowy zlewające się w specyficzny szum poprzedzający spektakl. Ten szmer rozmów teatralnych jest zupełnie odmienny od gwaru na ulicach, w autobusach czy poczekalniach w przychodni; nawet z zamkniętymi oczami można się bez trudu zorientować, że jesteśmy w teatrze. Wczoraj przed Teatrem uroczy pan rozdawał ulotki na temat innych przedstawień, każdemu dedykował inny spektakl: „Upiór w operze dla pani, o, a dla pana Borys Godunow, dla pani Tristan” – to ostatnie było do mnie, Tristana wprawdzie już widziałam, ale z przyjemnością wybrałabym się ponownie.

Uwielbiam te minuty przed rozpoczęciem przedstawienia, kiedy część widzów jeszcze szuka swoich miejsc, orkiestra w dole stroi instrumenty, a wszystko razem składa się na miłą atmosferę oczekiwania.

Balet jest formą teatru o tyle szczególną, że treść spektaklu wcześniej poznać można, a nawet trzeba, żeby „połapać się w tym, kto na kogo leci”, że zacytuję dziewczynę, obok której siedziałam wczoraj na Bajaderze. Mogę więc streścić przedstawienie bez obaw, że pojawią się oskarżenia o spojlerowanie.

Solor, mężny i szlachetny hinduski wojownik, zakochuje się z wzajemnością w Nikii, tancerce świątynnej, czyli bajaderze. Niestety, potężny Radża upatruje sobie Solora na przyszłego zięcia i przedstawia go swojej córce, Gamzatti. Aby pomóc Solorowi w dokonaniu wyboru, Radża posyła Nikii kosz kwiatów, wśród których ukrywa węża. Po ukąszeniu węża Nikija umiera, a Gamzatti wlecze zbolałego Solora do ołtarza. Zanim dojdzie do przysięgi małżeńskiej (tak naprawdę do niej nie dojdzie, ale o tem potem), Solor dla ulżenia swoim cierpieniom pali opium i w narkotycznych wizjach widzi Nikiję. Pojawia mu się ona wciąż, nawet w świątyni, gdzie ma ślubować miłość i wierność małżeńską Gamzatti. Nie potrafi się zmusić do przysięgi, więc rozgniewani bogowie burzą świątynię, grzebiąc pod nią uczestników ślubu, a dusze Solora i Nikii łączą się po śmierci w wiecznej miłości.

Śmieszne i naiwne, prawda? A jednak ja lubię dramaturgię baletu, lubię patrzeć na giętkie ciała tancerzy i obserwować, jak tańcem wyrażają daną historię. Nie nudzi mnie taki teatr ani nie nuży, zaś trzy godziny spędzone w fotelu mijają nie wiadomo kiedy.

Wczorajsze przedstawienie nie należy jednak do moich ulubionych. Najwięcej mam do zarzucenia kostiumom i scenografii. Kostiumy hinduskich kapłanów, kapłanek, radży i samych kochanków są zbyt dosłowne, krzykliwe, trochę jarmarczne. Wiem też, że balet to w dużym stopniu taniec facetów w rajtuzach, i kupuję tę konwencję, ale wczorajsze różowe rajstopki Solora za mocno prześwitywały, ukazując nazbyt wyraźnie przedziałek między pośladkami; z podsłuchanych rozmów w antrakcie wynikało, że nie tylko mnie to rozpraszało i trochę śmieszyło. Scenografię też było czuć styropianem i plakatówkami, robiła wrażenie niedopracowanej.

Za to sama choreografia i wykonanie – bardzo dobre, o ile rzecz jasna umiem to ocenić. Ale moja uwaga, uwaga widza – laika, była cały czas przyciągana przez to, co działo się na scenie. Moja ulubiona sekwencja to 2. scena II aktu. W narkotycznej wizji Solor widzi wychodzącą ze szczeliny w skale Nikiję, która następnie schodzi po tej skale w dół (dobra, wiem, że ta skała to cztery pochylnie zestawione ze sobą, ale o to chodzi, żeby udawać, że się nie wie ;)), i w wizji Solora jest zwielokrotniona – Solor ogląda nie jedną, a 24 Nikije tańczące to samo. Piękny pomysł, pięknie to dziewczyny zatańczyły wczoraj; zwinnie, lekko, równiutko.

Podsumowując – Bajadera to taki uroczy kicz dla amatorów. Nie wiem, czy spodobałby się komuś, dla kogo byłoby to pierwsze przedstawienie baletowe. Ja, mimo iż widziałam pewne braki na scenie, nie żałuję czasu spędzonego w Teatrze Wielkim ani pieniędzy wydanych na bilet.

11:50, agawa79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2009
Czechow w Narodowym

Anton Czechow nie lubił oglądać swoich sztuk w teatrze. Szkoda, że nie mógł wsiąść w wehikuł czasu, by obejrzeć swojego „Iwanowa” w Teatrze Narodowym. Jest wielce prawdopodobne, że zmieniłby zdanie.

 

Tytułowy bohater tego wczesnego dramatu Iwanowa to zgorzkniały, apatyczny człowiek, który ma na głowie zbyt wiele zobowiązań, jego miłość do umierającej na suchoty żony – która jest obca, jest Żydówką, co jej w pewnym momencie rzuca w twarz –  wygasła, o ile w ogóle kiedykolwiek istniała; on sam pogrąża się w apatii i pędzi ku upadkowi. Dziś powiedzielibyśmy, że Iwanow cierpi na depresję; a depresję tą rozsiewa wokół i zaraża nią bliskich.

 

Jan Frycz gra Iwanowa tak, że ma się ochotę wstać z fotela i potrząsnąć nim, żeby się obudził, wyjrzał zza swojego egoistycznego dołka i zauważył, że krzywdzi wszystkich dookoła. I tak właśnie to powinno być grane. Większość aktorów jest tam znakomita. Danuta Stenka, której uwierzyłam, że jest Anną, szalejącą z rozpaczy, kiedy dociera do niej, że mąż jej nie kocha. Anna Seniuk, która pojawia się na kilka chwil, ale w momencie, gdy w śmiesznym różowym kostiumie wchodzi na scenę, natychmiast zaczyna nad nią panować. Renata Chodakowska, grająca „kobietę o nieokreślonym zawodzie", na widok której usta same otwierają się z zachwytu. Janusz Gajos, który na deskach teatru jeszcze mnie nigdy nie zawiódł. Krzysztof Stelmaszyk, jedyna żywiołowa postać sztuki, czechowowski do szpiku kości; autor sztuki oszalałby z zachwytu.

 

Z przyjemnością oglądałam sceny zbiorowe – aktorzy stoją rozproszeni na scenie i w miarę rozwoju akcji, wszyscy jednocześnie ruszają z miejsc i zatrzymują się gdzie indziej; sprawia to wrażenie, jakby się oglądało pojedyncze kadry z filmu i wprowadza doskonałą mieszankę statyczności i dynamiki do spektaklu. Klasa, wysoki poziom gry, przyciąganie i zatrzymywanie uwagi widza (i to przez bite trzy godziny!), słowem, jest to dokładnie taki teatr, jak lubię.

 

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to tylko do Patrycji Soliman, która gra rolę Saszy, kochanki Iwanowa, wypowiadającej swoje kwestie beznamiętnym, monotonnym, nosowym głosem. (Grająca tę rolę wcześniej Karolina Gruszka przesadzała podobno w drugą stronę i była dla odmiany nadekspresyjna). Ale poza tym – owacje na stojąco!

środa, 14 października 2009
Chłopiec z latawcem

Jak reagujecie na umieszczoną na okładce książki informację o tym, że znajdujący się przed waszymi oczami bestseller sprzedano w 8 milionach egzemplarzy, a zekranizował go twórca takiego lub śmakiego hitu kinowego? No? Bo na mnie takie dictum zazwyczaj działa z lekka odstraszająco. Nie raz i nie dwa światowe przeboje literackie okazywały się ciężkostrawną ramotą lub, w najlepszym przypadku, całkowicie przeciętną i nijaką książką. (Inna rzecz, że zdarzało mi się podzielać zachwyt reszty świata nad jakimś hiciorem, niemniej pierwszym odruchem na widok listy bestsellerów nadal jest ucieczka).

Na „Chłopca z latawcem” Khaleda Hosseiniego skusiłam się wyłącznie dlatego, że w Merlinie (z którym, notabene, łączy mnie typowa relacja love-hate) była promocja tak rozkoszna, że zaryzykowałam zakup.

 

Podczas lektury okazało się, że powieść Hosseiniego mogłaby z powodzeniem ilustrować tezę, że osiem milionów czytelników nie może się mylić. „Chłopiec z latawcem” jest świetny – o ile słowo „świetny” pasuje do książki opowiadającej o dramacie, który rozgrywa się codziennie w Afganistanie. Początek historii tkwi w latach siedemdziesiątych, zanim Talibowie przejęli panowanie nad krajem. Amir, syn bogatego biznesmena z Kabulu, pozwala, aby wyrządzono krzywdę jego służącemu, a jednocześnie przyjacielowi. Chwila tchórzostwa prześladuje go potem, również wtedy, gdy od dawna mieszka już w USA; gdy więc zachodzi konieczność, wraca do rodzinnego kraju, żeby odkupić zdradę.

Wydarzenia przedstawione w powieści sprawiają, że chwilami zaciska się gardło. Miałam takie momenty, kiedy żałowałam, że to czytam, bo o pewnych rzeczach wolałabym nie wiedzieć... O tym, jak potwornie zakłamani, bezwzględni i mściwi potrafią być ludzie. Jak okrutni i po prostu źli. Uderzający jest kontrast między ciepłym polskim dołkiem a afgańską udręczoną codziennością. To wszystko wręcz boli. Niemniej, zachęcam do lektury; choć nie jest pisarsko doskonała, to jednak zmienia perspektywę patrzenia na rzeczywistość wokół - my, tu, teraz, mamy raj. Oglądamy się na kraje, gdzie jest lepiej, dostatniej, może i spokojniej; a tymczasem nie pamiętamy, że na tej samej planecie, trochę tylko dalej, istnieje prawdziwe piekło.

 

Ale skoro już zaczełam mówić o pisarskiej niedoskonałości, to rozwinę wątek. Autorowi nie udało się uniknąć pewnej schematyczności. Czytając „Chłopca z latawcem” trochę miałam wrażenie, że czytam utwór prymusa z kursu pisarskiego dla amatorów. Czyli na początek dajemy upiora z przeszłości, potem przenosimy się do młodych lat bohatera i pokazujemy co się stało, następnie znowu skaczemy w teraźniejszość i odkrywamy fragmenty dni minionych wtedy, kiedy nam pasuje. Zabieg stosowany bardzo często przez pisarzy, tutaj sprawia wrażenie, jakby trochę znać było szwy. Jeśli bohater po przejściach znajduje miłość (też po przejściach), dobrą pracę i dobrze mu się wiedzie – trzeba mu, oprócz ciężaru z lat młodości, dodać jeszcze jeden problem, żeby było smutniej i ckliwiej. Jeśli ktoś był za młodu okazem zdrowia, dyscypliny, męskości i władczości, za to nie rozumiał się z synem, to na starość ma być chory, słaby, za to w znakomitych relacjach z potomkiem. Postać Baby, bo o nim tu mówię, niestety szeleści trochę papierem. Jest też ten zły, który jest zły i zepsuty do końca, bez najmniejszego choćby odcienia szarości, który też mi się jawi w 2D.

 

Te niedociągnięcia jednak są sprawą drugorzędną; książka jest bowiem przejmującym obrazem Afganistanu przed Talibami i po nich. Jeśli ktoś nie rozumie, co się dzieje w tym kraju, to lektura „Chłopca” przybliży mu wiele aspektów tamtejszej sytuacji – i zapewne zasmuci go i nim wstrząśnie.

poniedziałek, 12 października 2009
Starcie królów

Widziałam kiedyś w metrze chłopaka czytającego „Starcie królów George’a R.R. Martina. Stał sobie oparty o słupek i w skupieniu przewracał jedną stronę po drugiej. Na jednej ze stacji, już po sygnale oznaczającym zamknięcie drzwi, chłopak uniósł głowę, półprzytomnym wzrokiem zidentyfikował nazwę stacji i z cichym „O Boże!” rzucił się do wyjścia. Byłam wtedy w trakcie lektury „Gry o tron” i wiedziałam, że tak właśnie działa na czytelników Martin – samej zdarzyło mi się ocknąć, kiedy głos w głośnikach oznajmił, że „Następna stacja: Wilanowska”, podczas gdy powinnam była wysiąść przy Świętokrzyskiej*.

 

Miałam szczery zamiar nie oszaleć i kontrolować się przy czytaniu „Starcia królów”, kontynuacji „Gry o tron”. Chciała duszyczka do nieba... Po kilku dniach ostrożnego dawkowania powieści w weekend tama puściła i, narażając się na rozwód, zagłodzenie i emocjonalne zaniedbanie dzieci, dokończyłam czytać „Starcie”. Pochłonęłam chciwie – i sama dałam się pochłonąć tym kilkuset stronom, przy czytaniu których oganiałam się od rodziny, ignorowałam telefony i sms-y znajomych oraz bezwiednie skonsumowałam trzy paznokcie – z emocji.

 

O co ten cały hałas? Cóż, streszczenia się nie podejmę, z dwóch powodów. Po pierwsze, uniemożliwia mi to mnogość wątków. Po drugie, obawiam się, że przy próbach streszczania mogłabym ujawnić zbyt wiele psujlerów (słowo psujlery podkradłam z tego forum). A frajda czytania Martina polega między innymi na tym, żeby nie wiedzieć, co dalej. Albo będę trochę świnią, i powiem wam, co dalej – jeśli trzymacie kciuki za swojego ulubieńca, i z całej siły mu życzycie, żeby mu się coś nie przydarzyło, to jemu właśnie to coś się przydarzy. A całe zamieszanie przyczynę ma w tym, że po śmierci króla Roberta, władcy Zachodnich Królestw, następuje rozmnożenie osób tytułujących się królami – wystarczy, żeby wszystkich mniej lub bardziej wkurzyć i pchnąć w wir wojny.

 

Żeby upleść intrygę, Martin przygotował wiele nitek, sznureczków, sznurków, lin i powrozów. Niejeden pisarz zrobiłby z tych składników bezładną plątaninę. Martinowi natomiast wychodzi misterna koronka; poznaczona krwią i ogniem koronka.

 

No właśnie – krew, ogień, przemoc; wojenna norma. Germini już wspomniała o problemie brutalności w pisarstwie Martina; trudno uniknąć tematu pisząc o cyklu Pieśni Lodu i Ognia. Autor nie oszczędza czytelników przedstawiając brzydką stronę ludzkiego rodzaju; pokazuje ludzi jakby od spodu, z ich ciemnymi instynktami i żądzą krzywdzenia bliźnich. Nie jest to jednak fantasy w rodzaju rąb’n’rżnij jak popadnie (wyrażenie podkradzione anonimowemu internaucie, aż żal, że to nie moje), ale smutny obraz tego, co ludzie potrafią sobie zrobić, z zemsty, z głupoty, z nienawiści lub dla samej przyjemności krzywdzenia. Nie mam jednak wrażenia, że Martin epatuje i upaja się gwałtem; raczej opisuje to, co zdarzało się nie tylko w jakimś mitycznym średniowieczu, ale to, co się dzieje teraz, w niby cywilizowanym świecie i rzekomo cywilizowanych czasach. Przykładami można, niestety, sypać – wojna bałkańska, wojna w Afganistanie, rzezie w Afryce, tortury więźniów w Abu Ghraib... a to tylko kilka pierwszych przykładów z brzegu. Tak widzę książki Martina, jako rozbudowane alegorie współczesności, widzianej od naprawdę podłej strony.

 

Na szczęście świat Martina to nie tylko zło i krzywda. Jest tu miejsce na mnóstwo pozytywnych uczuć, takich podstawowych, za którymi się tęskni i których się pragnie – miłość, przyjaźń, troska, lojalność, wierność. Wszystkie te elementy składają się na książkę, od której oderwać się niepodobna.

 

* Niebywalcom Warszawy załączam schemat linii metra, żeby wiadome było, że zajechałam dość daleko. 

czwartek, 08 października 2009
Złoty Rewers

Po rozdaniu tegorocznych Złotych Lwów w Gdyni chyba głośniej było o najlepszym debiucie  niż o triumfatorze nr 1, czyli "Rewersie" Borysa Lankosza. Kiedy mówiłam znajomym o wizycie w kinie na przedpremierowych pokazach "Rewersu", prawie nikt nie wiedział, o co chodzi. Jednak spora grupa warszawiaków wykazała się większą znajomością tematu, a kolejka po bilety w kinie Wisła chwilami sięgała ulicy.

Akcja "Rewersu" rozpoczyna się mniej więcej rok przed śmiercią Stalina. Poznajemy córkę, matkę i babkę, z których dwie ostatnie zamartwiają się brakiem życia miłosnego tej pierwszej. Zmienia się to, kiedy najmłodsza z kobiet, Sabina, zakochuje się w poznanym przypadkiem tajemniczym Bronisławie. Nie chcę zdradzać zbyt dużo z treści filmu, bo jedna z największych przyjemności towarzysząca oglądaniu "Rewersu" to właśnie odkrywanie rozwoju akcji; powiem jedynie, że tytułowy rewers to spodnia strona złotej monety, która zostaje sprytnie (jak się jej wydaje) i niebanalnie ukryta przez Sabinę, a pośrednio stanie się przyczyną dramatycznej decyzji, jaką Sabina będzie musiała podjąć w związku z ukochanym.

Głęboki PRL przedstawiony w konwencji czarnej (oj, bardzo) komedii z elementami kryminału, a nawet thrillera, to zjawisko nader rzadkie. Z ekranu przez makabreskę i wisielczy (choć właściwie raczej topielczy) humor przebija swoista świeżość i lekkość. W oddali, delikatnie tak, że prawie trzeba się ich domyślać, pobrzmiewają echa polskich przedwojennych komedii (nawiasem mówiąc, jednego z moich ulubionych gatunków), gdzie kobiety są tymi silnymi, sprytniejszymi, pchającymi zdarzenia do przodu. Znakomicie mi się oglądało "Rewers". Scena cichego radosnego porozumienia międzysąsiedzkiego w dzień śmierci Stalina jest świetna, trudno samemu się nie uśmiechnąć i nie cieszyć. Od czasu projekcji zyskałam też nowe spojrzenie na Pałac Kultury... Ale to już sobie proszę obejrzeć w kinie.

Czy coś mi się nie podobało? Tak, nie przypadła mi do gustu Agata Buzek we współczesnej części filmu (w historycznej, tej właściwej, jest świetna, zabawna i wiarygodna), gdzie jest ucharakteryzowana na starowinkę, i jak starowinka ma mówić i się poruszać. To jedno jej nie wyszło. Poza tym - brawa dla niej i dla pozostałych aktorów.

Wątpię co prawda, czy "Rewers" zostanie nominowany do Oscara, o otrzymaniu samej nagrody nie wspominając, ale i tak warto obejrzeć tę oryginalną jak na polskie kino produkcję.

14:52, agawa79 , Film
Link Komentarze (4) »
środa, 07 października 2009
Kryzys wieku średniego po czesku

Każdy film z Macháčkiem ma przynajmniej jedną zaletę: Macháčka. Aktora, któremu do biegłości w sztuce aktorskiej wprawdzie daleko, ale który za to posiada idealne stężenie testosteronu w organizmie, co można stwierdzić na podstawie jego bossskiego wyglądu. ;)

 „Do Czech razy sztuka” poza Macháčkiem ma jednak mnóstwo innych zalet. Oskar, lat 40, ojciec pięcioletniego Kubika, po kilku latach małżeństwa z przykrością odkrywa, że jego żona Zuzana ma wielki, brzydki nos, zaś jego małżeństwo to pomyłka. Przyłapany na zdradzie z nianią syna zostaje wyrzucony przez żonę z domu, a przez kontrowersyjne pomysły na podawanie prognozy pogody wylatuje z pracy.

 Dalej historia rozwija się na dwóch płaszczyznach. Co zrobi po rozwodzie Oskar? Jak ułoży sobie życie jego była żona? Dwie historie, początkowo biegnące równolegle, coraz bardziej się od siebie oddalają, splatają na moment, by ostatecznie rozejść się w różne strony. 

Trudno znaleźć jedno określenie podsumowujące film. Jest on i trochę smutny, i bardzo śmieszny, i makabryczny (scena z żółwiem i wirówką!), i trochę niesmaczny (sceny miłosne nie wzbudziły we mnie zachwytu); z jednej strony pełen pozytywnych uczuć, bez cienia tanich sentymentów (historia Zuzany i jej kontakty z teściami, chociażby), a z drugiej dość przygnębiający (Oskar rzucający się bez ładu i celu z jednego bezsensownego romansu w drugi). Cała ta mieszanka różnych elementów urzeka pewną tęsknotą – za miłością, za porządkiem w życiu, za stabilnością; wreszcie, za odnalezieniem samego siebie. Podane na czeski sposób, wszystkie te kawałki składają się na świetny film.

 Na koniec dodam jeszcze, że bardzo podoba mi się to, że Czesi bez kompleksów pokazują Pragę – brzydką, zaniedbaną, mało atrakcyjną, bez retuszu i maskowania mniej urodziwych zakątków. Szczerą – jak cały ten film.

11:54, agawa79 , Film
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2