stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
piątek, 18 września 2009
Rauska
Książek wspomnieniowych o losach Polaków podczas II wojny światowej jest wiele. Pełne są łez, krzywdy, żalu, poczucia niesprawiedliwości.

"Rauska" Teresy Oleś-Owczarkowej pokazuje wojnę z perspektywy ludzi wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec. Spojrzenie to niezwykłe, bo całą historię opowiada nam dziewczynka, na początku niespełna dziesięcioletnia, która zupełnie nie rozumie, czemu wszyscy wokół niej się smucą na wieść o podróży, która jej samej wydaje się bardzo ekscytująca. Przecież będą jechać pociągiem! Jak wielcy państwo!

Kiedy Alusia wraz z rodzicami i siostrami dociera do tytułowej Rauski, szybko przyzwyczaja się do ciężkiej pracy i surowych warunków. Przyjmuje wszystko naturalnie, wiele rzeczy usprawniających gospodarstwo chce w przyszłości mieć u siebie w domu. Zaprzyjaźnia się z Niemką, u której pracuje - z czasem "Szefowa" staje się jej bliższa niż matka. W Niemczech, z dala od frontu, Alusia dojrzewa i dzień, w którym musi wrócić do Polski, jest dla niej dramatem, wyrwaniem z dotychczasowego życia, oddzieleniem od niemieckiego chłopca, z którym się spotykała, oderwaniem od wszystkiego, co zdążyła pokochać.

Książka ma jedną wadę, jest zdecydowanie za krótka. Czyta się ją wartko i ze zdumieniem, jak odmiennie dziecko może postrzegać tragedię dorosłych, tragedię całego narodu. I że - możliwa była przyjaźń z Niemcami w czasie wojny. Potrzebne są takie lektury w czasach, kiedy animozje polsko-niemieckie wciąż bywają nazbyt żywe.
wtorek, 21 kwietnia 2009
Ucho, gardło, nóż

Na spektakl wybrałam się przypadkiem, ot, kilka dni wcześniej wpadło mi do głowy, że można by zająć sobie niedzielne popołudnie wizytą w Polonii.

O monodramie "Ucho, gardło, nóż", będącym adaptacją książki Vedrany Rudan pod tym samym tytułem, czytałam wcześniej różne opinie, czasem nawet skrajnie różne. Chciałam na własne oczy i uszy przekonać się, o co cały ten hałas.

Bohaterka sztuki, pięćdziesięciokilkuletnia Tonka Babič, podczas bezsennej nocy snuje opowieść o swoim życiu w czasie wojny w byłej Jugosławii. Opowiada o wszystkim: o mężu, o kochanku, o kompleksach, o rzeziach, o przyjaciółce, o córce. O życiowych trudach i brudach, o tragediach i gafach. Z opowieści wyłania się obraz kobiety zniszczonej przez doświadczenia, wciąż jeszcze zadziornej, ale coraz bardziej obojętnej na to, co się dzieje dookoła. To stąd zapewne bierze się spora ilość wulgaryzmów, dla części widzów trudna do zaakceptowania. Ale przeklinanie jest takie ludzkie w chwilach kryzysu. Sama zaczynam przeklinać, kiedy jest mi już wszystko jedno, i tak odbieram niewybredny język Tonki - jako słowa kogoś, komu już na niczym nie zależy, ani na świecie, ani na sobie samej. Między tymi słowami mocno wbija się w głowę przesłanie, niby banalne, ale jak łatwe do zapomnienia w takim kraju, jak nasz, zwłaszcza wśród młodszych pokoleń - że wolność jest darem i wartością nie do przecenienia.

Krystyna Janda jest wstrząsająca w tej roli - po raz pierwszy ktoś sprawił, że z teatru wychodziłam z trzęsącymi się kolanami. Niezwykłe uczucie.

środa, 01 kwietnia 2009
Dancing

Zdarza się czasem, że zaczynamy słuchać płyty, potem wysłuchujemy jej po raz drugi, trzeci, czwarty... i okazuje się, że jakaś muzyka nas opętała. Nie możemy przestać. Włączamy płytę znowu i znowu.

Pierwszy raz takie, powiedzmy sobie szczerze, histeryczne uwielbienie dla muzyki zdarzyło mi się trzynaście lat temu, kiedy jako nastolatka odkryłam Ewę Demarczyk. Słuchałam jej na okrągło, w dzień, w nocy, przed szkołą, po szkole, w dni powszednie i w święta. Słuchałam i nie mogłam się uwolnić od głosu Demarczyk, od jej na poły żywiołowych, na poły melancholijnych interpretacji wierszy. Słuchałam w zachwycie absolutnym.

Czas mijał, z nastoletniej egzaltacji wyrosłam, i nie sądziłam, że kiedyś jeszcze jakaś muzyka opęta mnie jak za czasów młodzieńczego bezwarunkowego zachwytu.

Jak bardzo się myliłam.

Z okazji trzydziestych urodzin teściowa uszczęśliwiła mnie (choć sądziłam, że raczej "uszczęśliwiła") biletem do teatru Polonia na spektakl "Dancing". Uprzejmie podziękowałam, ale na przedstawienie poszłam bez entuzjazmu. Krystyna Janda była mi do tej pory raczej obojętna, nawet trochę mnie drażniła. Czym - dziś nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Nie znałam właściwie wcale jej dokonań poza kilkoma migawkami na ekranie, widziałam ją jedynie w "Człowieku z żelaza" i reklamach.

Kiedy spektakl się zaczął, siedziałam w fotelu z nastawieniem dość negatywnym i myślałam sobie, że można wieczór spędzić ciekawiej. Po pierwszym tańcu "cietrzewi - profesjonalistów" stwierdziłam, że może nie będzie to najgorszy show w życiu, przynajmniej nacieszę oczy widokiem giętkich ciał tancerzy. Muzyka, do której tańczyli, wpisywała się w moje ulubione pejzaże, więc pomyślałam, że da się wysiedzieć do końca.

A potem nastąpił moment, w którym odkryłam Krystynę Jandę jako wokalistkę i mój sceptyczny stosunek do niej wykonał obrót o równe 180 stopni. Zaśpiewała potężnym głosem, a mnie ciarki przeszły po plecach. I przechodziły tamtędy wielokrotnie podczas spektaklu. Wystarczyło jej kilkadziesiąt sekund, żeby zdobyć moje opierające się serce. Nie przesadzam ani trochę pisząc, że śpiewająca Krystyna Janda to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie widziałam i słyszałam.

"Dancing" opowiada o tancerce, która próbuje oszukać nienawidzące ją szczęście, choćby przez jeden dzień. Wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej układają się w historię o szukaniu miłości, jej utracie, smutku, żalu; o walce z czasem i przemijaniu. Janda mnie zahipnotyzowała swoim śpiewem. Zauroczyła - i prawdziwie wzruszyła. Po skończonym spektaklu (a koniec przyszedł za szybko, o wiele za szybko!) miałam ochotę się przed nią pokłonić i powiedzieć, jaka jest wielka. Żal było opuszczać teatr, chciałam, żeby kurtyna rozsunęła się ponownie i żeby przedstawienie zaczęło się od nowa.

Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że zapis "Dancingu" ukazał się na płycie. Ogarnęło mnie podobne szaleństwo muzyczne, co dawno temu przy Ewie Demarczyk. Słucham tej płyty wciąż i nie mogę przestać. Mocny, trochę szorstki, a trochę rozpaczliwy głos Krystyny Jandy mnie uzależnił. Ciągle włączam "Dancing" i w wyobraźni przenoszę się do teatru, a pieśniarka na nowo porywa mnie do swojego świata.

Człowiek na linie

Philippe Petit. Rudawy drobny mężczyzna, na którego nie zwrócilibyśmy uwagi, gdybyśmy go mijali na ulicy, a który dokonał rzeczy niewiarygodnej. Od samego pomysłu podnoszą się włosy na karku – a on nie tylko wymyślił, ale i wprowadził w życie akcję, jakiej nikt przed nim ani po nim nie dokonał - przeszedł po linie rozciągniętej między wieżami World Trade Center. Bez asekuracji.

O przygotowaniach do „coup”, czyli przejścia, opowiada dokument nagrodzony świeżo Oskarem „Man on Wire” – „Człowiek na linie”. Filmem tym zostałam wbita w fotel.

Dokument składa się z przeplatanych ze sobą wywiadów z Philippem i współuczestnikami „coup”, autentycznymi zdjęciami i filmami z różnych przedsięwzięć Philippe’a, odgrywanymi przez aktorów scenkami oraz... materiałami policyjnymi. Te ostatnie dotyczą głównego motywu filmu. Przejście między wieżami było nielegalne i wówczas na miejscu tego artystycznego przestępstwa pojawili się stróże prawa, przy okazji uchwycając ten zapierający dech w piersiach wyczyn.

Film ogląda się jak rasowy film sensacyjny. Chociaż znamy wynik, to i tak wstrzymujemy oddech i trzymamy kciuki za bohaterów, żeby im się powiodło, żeby nie odkrył ich strażnik na ostatnim piętrze WTC, żeby udało im się zamocować linę, wreszcie – żeby Philippe wszedł na linę i bezpiecznie z niej zszedł. Najbardziej emocjonujący fragment filmu to chwila, w której Philippe mówi, że musiał podjąć tę jedną najważniejszą decyzję: postawić stopę na linie rozciągniętej nad miejską przepaścią. Jeszcze w tej chwili pocą mi się ręce na wspomnienie tego wyznania. To przez tę wypowiedź miałam problemy z zaśnięciem i budziłam się w nocy – bo wyobrażałam sobie tego małego człowieka wchodzącego na rozkołysany stalowy sznur wiszący 410 m nad betonem. Jeden z przyjaciół i pomocników Philippe’a rozpłakał się, opowiadając o tym pierwszym kroku.

No właśnie – przyjaciele i pomocnicy. Philippe nie był sam podczas karkołomnej akcji. Wspierali go ludzie, którzy znaleźli się pod wpływem linoskoczka i chcieli mieć swój udział w przygodzie. Obserwowałam zadziwiona, jak wielką władzę miał Philippe nad innymi. Podporządkowali się jemu i jego niesłychanemu marzeniu. Zostali praktycznie pozbawieni własnych marzeń. Philippe bezlitośnie (choć zapewne bez udziału woli) zassał całe otoczenie do środka, nie pozostawiając miejsca na nic poza własną ambicją.

Przejście po linie między wieżami było piękne, niezwykłe, jedyne. Ale jak trudno musi być żyć obok człowieka z taką pasją! Jak niełatwo pewnie się pogodzić ze świadomością, że jest się narzędziem w zwariowanych rękach marzyciela. Przyjaźń pomiędzy Philippe’em a pozostałymi uczestnikami wydarzeń rozpadła się. Taka była cena performance’u. Dlatego chociaż podziwiam szaleńczą odwagę Philippe’a, to jednak z kina wychodziłam z uczuciem pewnego żalu, że w życiu kolegów, bez których taka akcja jest nie do przeprowadzenia, została po gwieździe jedynie wyrwa. A może zapisanie się w pamięci potomnych rekompensuje utratę przyjaźni?

15:20, agawa79 , Film
Link Dodaj komentarz »
1 ... 11