stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
piątek, 07 stycznia 2011
"Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" - Teatr Kamienica

Przygotowany przez studentów IV roku wrocławskiej PWST spektakl Pamiętnik z Powstania Warszawskiego został uznany przez Politykę za jedno z dziesięciu najważniejszych wydarzeń kulturalnych 2009 roku. Moim zdaniem, wyróżnienie to zostało przyznane bardzo zasłużenie.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o zamyśle reżysera, Jerzego Bielunasa, który chciał rytmiczną prozę Mirona Białoszewskiego ubrać w śpiew i taniec, pomyślałam: profanacja. Tam ludzie umierali, a teraz ktoś będzie na ten temat tańczył? O ile byłam w stanie wyobrazić sobie wyrażenie historii powstania przy wykorzystaniu muzyki rockowej - zrobił to wcześniej choćby zespół Lao Che, wydając gorzki muzyczny komentarz tych wydarzeń - o tyle idea wytańczenia śmierci 200 000 ludzi wzbudziła mój niepokój. Obawa ta okazała się przedwczesna; z jakiegoś powodu wyobrażałam sobie rącze popisy tancerzy w rytmie disco, a tymczasem Maciej Florek przygotował choreografię nie mającą nic wspólnego z moimi prymitywnymi oczekiwaniami. Choreografia Florka, wymagająca ogromnej, niemal akrobatycznej zwinności od aktorów, znakomicie ilustruje powstańczą codzienność i nie ma wiele wspólnego z tym, co pospolicie kojarzy się ze słowem "taniec": trud przeciskania się przez kanały, wędrówki piwnicami, przebieganie przez ulice przy jednoczesnych wysiłkach, aby pozostać przy życiu; marazm i rezygnacja, kiedy porażka szlachetnego zrywu, spodziewana, ale nie dopuszczana do świadomości, stała się faktem.

Oprócz części muzyczno-tanecznych spektakl zawiera także fragmenty mówione. Niewiele tu miejsca na pogłębianie psychologii poszczególnych postaci; nie o indywidualnych bohaterach opowiada zresztą Pamiętnik z Teatru Kamienica. To opowieść o zbiorowości, której desperacja każe walczyć do ostatniego tchu, choć szanse na pokonanie wroga są nikłe.

Kiedyś opowiadałam komuś o tej sztuce i padło pytanie: "A czy ten Pamiętnik nie gloryfikuje powstania?". Mimo, że chyba nie do końca chyba rozumiem pojęcie "gloryfikowania" powstania - czy każda wzmianka o powstaniu musi zaraz mierzyć się z zarzutem gloryfikacji? - uspokoję sceptyków podobnych mojej rozmówczyni: omawiany tu przeze mnie Pamiętnik nie gloryfikuje Powstania Warszawskiego bardziej niż zrobił to Miron Białoszewski, na podstawie wspomnień którego zrealizowano przedstawienie. W szkole o tym było.

Kamieniczny Pamiętnik w jakiś sposób przerzuca most między współczesną młodzieżą a tymi młodymi ludzmi, którzy te sześćdziesiąt parę lat temu walczyli i ginęli. Jak już wspomniałam, spektakl ukazuje zbiorowość, nie jednostki. Występujący w nim aktorzy mówią: "Oni byli tacy sami, jak my". Mówią to po prostu, bez patosu, bez ckliwości. Pamiętnik z Kamienicy wydaje się dość wiernie, przy całej swej skrótowości, oddawać nastroje, które - według różnych relacji - towarzyszyły powstaniu: od entuzjazmu, przez pierwsze zniechęcenie, niemoc, zrozumienie, że wygrana jest niemożliwa po rozpacz i rezygnację po ostatecznej kapitulacji.

Przed spektaklem na scenę wyszedł Emilian Kamiński i powiedział: "Dzień dobry, jestem cieciem" i zaczął opowiadać o tym, co się działo w czasie powstania w budynku, w którym teraz jest teatr. Miałam wrażenie, jakby publiczność wsadzono do tuby, łączącej rok 2010 z okresem powstania, a po plecach chodziły mi ciarki. I przez to i scena, i publiczność w jakiś sposób stały się wykonawcami spektaklu i świadkami tamtych zdarzeń.

Spektaklowi towarzyszy płyta nagrana przez Mateusza Pospieszalskiego, autora muzyki. Wykonania sceniczne cenię o wiele wyżej, ale jak tylko raz przyzwyczaimy się do mało porywającego wokalu, docenimy harmonię tempa, rytmu i melodii oraz opisywanych przez nie wydarzeń. To płyta, która pachnie prochem, upałem i kanałami. Spróbujcie iść na przykład ulicą Elektoralną z takimi słowami płynącymi do uszu przez słuchawki i nie mieć dreszczy:

Lecimy. Boso. Ogrodową. Barykada.

Przeciskamy się. Do Solnej.

Lecą belki. Szum. Spadają w ogień.

Solną. Do Elektoralnej.

Barykada. Przeciskamy się. Dalej.

Nie da się być tam, słuchać takich słów i pozostać niewzruszonym.

22:56, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (6) »
czwartek, 06 stycznia 2011
Mary Roach "Sztywniak". Nie dla sztywniaków.

Mam pytanie: o czym myślicie, kiedy myślicie o tym, co się z Wami stanie po śmierci? Hm? Pozwólcie, że zabawię się w medium: zastanawiacie się, co dalej będzie z tym, co w zależności od światopoglądu nazywacie duszą albo świadomością; ciekawi Was, czy będziecie myśleli i postrzegali rzeczywistość, a jeśli tak - to w jaki sposób. Wynurzę się Wam tutaj i powiem, że osobiście mam zamiar na okazję pośmiertną nosić przy sobie zalaminowaną karteczkę z plagiatem z Mirona - "Nie każcie mi już niczym więcej być!" - która w stosownym momencie chytrze wysunie się z kieszonki. Żadnych niebiańskich ław przysięgłych, jeśli można prosić, żadnego rozliczania z podłożonych świń, kosmatych myśli i nie napojonych spragnionych. Święty spokój, na to liczę.

Nie wiem, jak Wy (przypuszczam, że podobnie), ale niezbyt często zastanawiam się, co będzie się działo z moim ciałem w tym samym czasie, kiedy świadomość będzie osiągać upragniony spokój - swoją drogą, ciekawa rzecz, że oddzielam swoje ciało i myślę o nim, jak o bycie osobnym, natomiast za moje "ja" uważam jedynie świadomość, która wszak jest, w moim przekonaniu, częścią cielesności! Przecież w głębi duszy (której nie mam, ach, te semantyczne nawyki) uważam, że jestem czystą żywą chemią, no. Dogmat o duszy mocno we mnie wrósł i choć w jej istnienie nie wierzę, to w wyobrażaniu sobie jej i jej dalszych losów osiągnęłam poziom biegłości. Zatem - niezbyt często rozmyślam o tym, co będzie z moim ciałem, bo napawa mnie to strachem i obrzydzeniem w dość dużej dawce. 

Nie o moich ateistycznych rozdrapach jednak miałam pisać, a o Mary Roach, która wzięła na warsztat stabuizowany temat losów ciała po śmierci, a owocem jej dociekań, badań i lektur stała się książka Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków. Pozycja ta stanęła na półce z napisem "Literatura popularno-naukowa", przy czym środkowy człon tej etykietki ("popularna") najlepiej oddaje charakter zbiorku esejów na tematy pośmiertne, pracowicie wstukanych do edytora przez autorkę. Ilekroć widzę lekturę popularno-naukową napisaną nie przez naukowca, a przez dziennikarkę (jak Roach), zapala mi się światełko ostrzegawcze co do naukowej wartości książki. Roach nie sprawia wrażenia osoby szczególnie rzetelnej i niepokojąco często pojawia się w tekście informacja, że któryś fragment bibliografii "przekartkowała". O tym defekcie dowiedziałam się jednak już w trakcie czytania; tym, co mnie przyciągnęło do tytułu to chęć poczytania o tabu, lubowanie się w tematach medycznych i makabrycznych (ha, widzicie! piszę o rozkładaniu zwłok, najnormalniejszej rzeczy na świecie, jak o czymś trącącym horrorem! tabu społeczne rzuciło mi się na umysł, jak nic) oraz zapowiedź z okładki, że autorka z humorem podeszła do trudnego tematu. Rzeczywiście, pierwsze dwa rozdziały mnie ujęły niebanalnym, dalekim od śmiertelnie (nomen omen) poważnego traktowania tematu losów ludzkich ciał po śmierci. Ta pani nadawałaby się do Przekroju, z jego kpiarskim i niestandardowym sposobem opisywania nauki. Gdzieś w połowie trzeciego rozdziału stwierdziłam, że styl a la Przekrój (nazwijmy go tak roboczo dla wygody, choć ci z Przekroju są lepsi) sprawdza się owszem, w krótkich publikacjach, ale w liczącej coś koło trzystu stron książce nie cieszy już tak bardzo. Chwilę mi zajęło, zanim się zorientowałam, że to nie problem niedopasowania stylu do tematu, ale fakt, że autorce dowcip się stępił dość szybko, a jej sposób pisania zaczął regularnie przechodzić w sztywne, drętwe opisy (może chodziło o zidentyfikowanie się z jej tymczasowymi podopiecznymi). I tak na przykład fakt, że zrozumiem czyjąś fascynację balistyczną galaretą, używaną jako substytut mięśni w badaniu drogi, jaką pocisk pokonuje przechodząc przez ludzkie ciało, nie oznacza, że tę fascynację podzielam i że mam ochotę na czytanie o tym dłużej i więcej niż uważam za konieczne.

Gdybym miała podsumować książkę Mary Roach jednym zdaniem, powiedziałabym, że autorka podejmuje temat stabuizowany, humorem próbując rozładować napięcie i sztywną niezgrabność, ilekroć myśli się lub mówi o tym, co z naszymi truchłami stanie się po śmierci, zarzyna jednak całość słabym stylem i wysilonym humorem (choć co do tego ostatniego, to należy wziąć pod uwagę opcję, iż to ja jestem sztywniakiem nie czerpiącym radości z każdego przeczytanego dowcipu).

Pośmiertne losy ciał mogą być nie mniej zajmujące niż życie ich właścicieli zanim opuszczą grono żywych, ale liczyłam na nieco mniej ogólne potraktowanie pewnych zagadnień. I tak na przykład badanie zwłok po katastrofach czy wypadkach w celu ustalenia, co się naprawdę wydarzyło, to temat na osobną książkę, więc jeden wywiad z człowiekiem zajmującym się tym na co dzień pozostawił mnie wciąż głodną wiedzy. Podobne zastrzeżenia wysunęłabym do tematu rozkładania się zwłok. Mary Roach odbywa wycieczkę do instytutu naukowego, który badając te procesy, rozmieszcza zwłoki na swoim terenie i bada, że wymienię tylko parę czynników dla przykładu, wpływ ubrania czy nasłonecznienia na przebieg rozkładu. Obok mniej lub bardziej malowniczych opisów badanych zwłok zabrakło mi bardziej wyczerpującego wykładu z chemii organicznej, żebym bez sięgania po dalsze pozycje mogła się dowiedzieć nie tylko co, ale również jak i dlaczego dzieje się z nieboszczykiem. Dla odmiany, nazbyt szczodre są opisy przeszczepów psich głów; mogą się okazać zbyt drastyczne dla niejednego psiego miłośnika.

Wykorzystywanie zwłok w pracowniach anatomicznych z uwzględnieniem etycznych wątpliwości co do ustępniania głów do krojenia chirurgom plastycznym; długa i wyboista droga patologów i anatomów do legalnego pozyskiwania zwłok do badań; przewaga testów wypadkowych z udziałem nieboszczyków (ubieranych w baletowe trykoty i pieluchy) nad tymi bez udziału nieboszczyków; zwłoki a badania nad całunem turyńskim; kontrowersje na temat ustalania dokładnego momentu śmierci oraz przeszczepiania organów od osób ze śmiercią mózgową; używanie zwłok - a mówiąc ściślej, różnych ich fragmentów - do sporządzania lekarstw czy pokarmów; krótki (zbyt krótki) zarys dziejów kanibalizmu; alternatywy dla klasycznych pogrzebów z pospolitym zakopywaniem zwłok leżących w trumnie - to tylko niektóre z tematów poruszonych przez Mary Roach. Piszę "poruszonych", a myślę "ledwo liźniętych" - wiem, wiem, że Roach jest dziennikarzem, a nie naukowcem, wiem, że jeśli chcę wiedzieć więcej, to mogę sobie sięgnąć po którąś z pozycji wymienianych przez Roach w bibliografii, ale i tak mam żal do niej, że zamiast powodować u mnie wybuch śmiechu za wybuchem śmiechu, wywołała jedynie kilka bladych uśmiechów i mocny szczękościsk czytelniczki szczerze znudzonej pasjonującym skądinąd tematem.

PS Fani Roach mnie widzą, fani Roach mnie śledzą, fani Roach mnie znajdą, zabiją i zjedzą. Tylko szybko i żeby nie bolało, proszę.

środa, 05 stycznia 2011
Wyzwanie! Reportaż i wszystko, co wokół niego.
Dłubię sobie w recenzji ze Sztywniaka Mary Roach, przygotowuję się psychicznie na wirtualne wciry od Maniiczytania (moja recenzja nie jest pozytywna, mówiąc oględnie, ale nie będę się upierać, że moje zdanie jest najmojsze, dlatego Manię linkuję ;)) i tak między dłubaniem a przygotowywaniem postanowiłam sobie wziąć udział w wyzwaniu blogowym zorganizowanym przez Mooly. Wyzwanie dotyczy reportaży i książek podróżniczych; ujęły mnie dość luźne zasady wyzwania oraz to, że będę miała publiczny bat nad głową, żeby pisać, o czym czytam. Gdyż albowiem niepilnowana i nienarażona na publiczny wstyd będę owszem, czytać dużo, ale wrażeniami to się już nie podzielę.

Moje plany co do czytania literatury "niepięknej" w ramach wyzwania znajdziecie tutaj.
niedziela, 02 stycznia 2011
Down to the River to Pray

Wpis zainspirowany notką I-ry o muzyce bluegrass (przy okazji możecie sobie obadać, jak się skompromitowałam w komentarzach). ;) Zachęciła mnie do odświeżenia romansu ze ścieżką dźwiękową z filmu Bracie, gdzie jesteś? braci Cohen, na której można posłuchać i bluegrassa, i bluesa, i country, i nawet gospel. Znalazła się tam między innymi piękna tradycyjna pieśń Down to the River to Pray. Pogrzebałam po Youtube i znalazłam zatrzęsienie rozmaitych wykonań utworu.

Słodkim i pięknym mezzosopranem wyśpiewuje go Walijka Katherine Jenkins.

Panowie z King's Singers pokazują miękkie oblicze męskiej części ludzkości (wersja głównie do słuchania, do oglądania trochę mniej).

Niektórym wykonaniom kompletnie brakuje ducha, trochę jakby śpiewaczki nie wiedziały, o czym śpiewają (Francuzka milknie po około minucie). 

Inne wykonania zaś mają tyle ducha, energii i zaangażowania, że obdzieliłyby nimi kilka chórów, nawet tych bardziej profesjonalnych. 

Amatorskich wykonań pieśni na Youtube nie brakuje, większość jest, że się tak ordynarnie wyrażę, taka se, ale chciałabym wyróżnić dwa.

Dziewczyna w lekko zabałaganionej kuchni, nadającej pieśni lekko absurdalny wymiar, wie, jak używać głosu. Wyobrażacie sobie, między pieczeniem ciasta a myciem garów przeobraża się w Artystkę. A może po prostu jest Artystką piekącą ciasteczka i szorującą foremki. W każdym razie, wykonanie wyborne. (A do tego jakie piękne zęby).  

Przez tę rodzinkę spadły mi kapcie. Nieważne są słabe efekty wizualne, bez znaczenia kiepski dźwięk. Ot, siedzą sobie przy stole i po swojemu spędzają wolny czas, w dodatku, jak się wydaje, uważają to za coś zwyczajnego.

Pieśń Down to the River to Pray właściwie nie potrzebuje podkładu z instrumentów. Nie znaczy to jednak, że wszelkie elementy poza ludzkim głosem ją psują. Laila Biali zrobiła to na jazzowo. Dobrze zrobiła.

Czasami, bywa, piosenkarka próbuje być fajniejsza od piosenki. Tutaj Hayley Westenra próbuje przekonać publiczność, że jest fajniejsza niż Down to the River.

Na deser zostawiłam wykonanie kanoniczne (moim nieskromnym zdaniem, oczywiście). Gdyby anioły istniały, śpiewałyby właśnie tak, jak Alison Krauss. Z dużym prawdopodobieństwem tak również by wyglądały. To właśnie jej wykonanie znalazło się w filmie Cohenów. Dla Was mam wersję koncertową.

Enjoy!

PS Na koniec prywata nie mająca nic wspólnego z treścią notki. Szukam pomysłów/ inspiracji/ sposobów na to, jak jako taką umiejętność składania liter w słowa, a słów w zdania przerobić na źródło dochodu. Aha, oraz kopa w wiadomą część ciała, żebym się nie bała chociaż tego spróbować.

sobota, 01 stycznia 2011
Zew rozumu

Poobkładałam się lekturami zimowymi, polarnikowymi i tymi spod koła podbiegunowego i składam: losowi podziękowania, że mnie nie rzucił w zimniejsze rejony planety, zaś sobie - gratulacje, że jedynym sportem zimowym, jaki przyszło mi do głowy uprawiać, jest bieg spod koca po kolejną herbatę. Gdzieś pomiędzy Markiem Kamińskim idącym na bieguny z Jankiem Melą a Amundsenem jedzącym psy podczas powrotu z najzimniejszego punktu ziemi, dorwałam opowieść śmiałka, który rzucił wszystko, co miał w Szkocji i ruszył na Alaskę, aby na tamtejszym odludziu zbudować chatę i sobie w niej pomieszkać - panie i panowie, poznajmy Guya Grieve'a i jego wspomnienia z życia w wygwizdowie, Zew natury.

Jak romantycznie brzmią takie ucieczkowe klimaty: "Rzucił wszystko i wyjechał na rok w dzicz". Popsuję Wam tę ckliwą wizję, rzucając parę konkretów. W słowie "wszystko" zawiera się żona, finansowo zależna od męża, dwoje dzieci w wieku lat 1 i 4, hipoteka na dom na przedmieściach, 8 godzin nudnej pracy w korporacji i trzy godziny dojazdów dziennie z wychuchanego przez żonę domku do pracy i z powrotem. Biedaczek nasz nie mógł znieść takiego trybu życia, poza tym tęsknił za żoną i dziećmi, a remedium na tęsknotę było postanowienie, że zostawi ich na rok i pojedzie sobie precz, licząc na to, że taka eskapada może w jakiś sposób odmieni życie całej rodziny. W tym miejscu muszę oddać panu sprawiedliwość. Jego pierwotna idea zakładała, że na alaskańskie bezdroża zaciągnie całą rodzinę; przytomna połowica jednak pomysł oprotestowała twierdząc, że jego marzenie stałoby się jej koszmarem. Guy pojechał zatem sam, planując utrzymać rodzinę z przesyłanych raz w tygodniu artykułów z Alaski. 

Może i nie byłoby w takim projekcie nic lekkomyślnego, gdyby nie to, że Grieve wybrał się na Alaskę bardzo słabo przygotowany. Facet, który w domu miał problemy ze skręceniem mebli z IKEA, jedzie zbudować chatę z bali, nie mając pojęcia o narzędziach, jakie będą mu potrzebne, o materiałach budowlanych (miejscowi się zlitowali i poinstruowali geniusza, jakie drzewa ma ścinać i w jaki sposób); ba, nie sprawdził nawet wcześniej, czy ktoś mu pozwoli postawić tam jakąkolwiek budowlę ani nawet tego, gdzie ewentualnie będzie mu wolno coś sklecić. Żeby nie wyjść na osobę czepialską, małostkową i przesadnie praktyczną, nie wspomnę o takich drobiazgach, jak zabranie nieodpowiednich butów, które dobre są na wycieczki, a nie na codzienną harówę na mrozie i w śniegu, czy puchowej kurtki, która nie najlepiej znosi ciężką pracę w ekstremalnych warunkach atmosferycznych i zwyczajnie się drze. Zaledwie kilka godzin spędził przygotowując swój wyjazd od strony medycznej - tyle czasu spędzonego ze znajomym lekarzem gdzieś w pubie wystarczyło mu na naukę robienia zastrzyków i opatrunków. Nasz orzeł miał więcej szczęścia niż rozumu, że tam nie zginął, a wszystko, co mu się udało, zawdzięcza alaskańskim tubylcom, którzy ulitowali się nad poszukiwaczem przygód i pomogli mu się tam odnaleźć i przeżyć - ale nie ukrywali, że pomagają mu ze względu na pozostawioną na drugiej półkuli żonę z dziećmi; gdyby przybył tam samotnik, nie ruszyliby palcem, żeby ratować go z opresji czy choćby udzielać takiemu wskazówek. Skóra cierpła, kiedy się czytało, ilu spraw nie dopatrzył przed przyjazdem; zwłaszcza uderzający był kontrast między beztroską Grieve'a a starannym przygotowywaniem się do wypraw Amundsena czy Kamińskiego, dla których spontan był ostatnią strategią, przyjmowaną podczas wypraw w niebezpieczne miejsca.

Przebogaty repertuar przejawów arogancji Grieve'a poznajemy prawie w każdym rozdziale; mnie najbardziej zirytował opis stosunku tego gościa do psa, Fuzzy'ego, podarowanego mu przez znajomych Alaskan. Osoba odrobinę bardziej pokorna od naszego bohatera zrozumiałaby chyba, że skoro miejscowi dają mu psa, to chyba wiedzą, co robią. Grieve jednakże, zirytowany rzekomą upierdliwością czworonoga (piszę rzekomą, bo tak naprawdę nie wiem, co tak wkurzało Grieve'a, chyba jego własna głupota, z której zdał sobie sprawę poniewczasie, a postanowił wyżyć się na psie za to, że był psem i jak pies się zachowywał), przepędził go gdzieś do lasu, chociaż mu się wcześniej wyraźnie mówiło, że psa należy trzymać przy sobie, żeby ten, łażąc po lesie, nie sprowadził zuchowi na głowę jakiegoś miłego inaczej zwierzątka, na przykład baribala. Muszę ponownie jednak oddać naszemu kozakowi sprawiedliwość - dotarło do niego, że idiota z niego nieziemski (to nie inwektywa, to cytat!) i potulnie się z tego czytelnikom wyspowiadał.

Po raz trzeci oddaję mu sprawiedliwość przyznając, że Zew natury, mimo denerwującego narratora, przykuwa do siebie czytelnika na dobre, aż do ostatniej strony, niczym - nie przymierzając - alaskański lód przytulający jakiegoś nieszczęśnika, który przy pierwszej nieostrożności zamarza w głuszy i w tym stanie trwa, póki nie odpuszczą mu wiosenne roztopy. W przylgnięciu do lektury na dobre nie przeszkadzają nawet różne stylistyczne brzydactwa i językowe kalki (za prześwitywanie oryginału spod polskiego tekstu dziękujemy tłumaczce oraz redakcji, o ile taka była). 

I tylko tak się zastanawiam, co by było, gdyby bliźniaczy kryzys w tym samym czasie zechciała przeżyć pani Grieve'owa. Gdyby zmęczona rzeczywistością wzięła i sobie pojechała. Dopiero by się działo... Słyszę ten huk, z jakim spadłoby na nią odium wszelakiej maści obrońców tradycyjnego modelu rodziny i zwolenników twierdzenia, że miejsce matki jest przy dzieciach. Suchą nitkę zostawiłyby na niej pewnie tylko feministki. Te najradykalniejsze.

środa, 29 grudnia 2010
"Wielkie małe życie" - Dean Koontz

W okolicach trzydziestych urodzin w środowisku naturalnym człowieka pojawia się nowy gatunek - kobieta (rzadziej mężczyzna) z dzieckiem. Kobiety (rzadziej mężczyzny) z dzieckiem znieść na trzeźwo niepodobna. Jedyny interesujący ją (rzadziej jego) temat to dziecko (żeby chociaż nasze, dałoby się wytrzymać, ale niestety - to nigdy nie jest nasze). Żaden szczegół dotyczący nowo przybyłego obywatela nie zostanie nam, znudzonym do szczękościsku słuchaczom, oszczędzony. A siada juz prawie (w wieku trzech tygodni, aha). A inteligentne jakie. A mówi pełnymi zdaniami (jak ma dziewięć miesięcy). A czyta płynnie (w wieku dwóch lat). A jak łyżkę trzyma, jaką kupę robi, a je to i tamto w ilościach takich a takich; a piękne takie, że zakuwajcie w żelazne maski swoje dzieci, żeby wstydu nie było przy porównaniach.

Ale o czym to ja chciałam... Aha. Czytanie wspomnień faceta, który wprawdzie nie miał dzieci, ale za to miał psa (o, pardon, "czworonożną córeczkę") jest w zbliżonym stopniu porywające. Auuuuuu...

poniedziałek, 27 grudnia 2010
Stos część trzecia

How Would You Move Mount Fuji? Microsoft's Cult for the Puzzle - William Poundstone. Skąd się wzięły testy na inteligencję i różne rodzaje łamigłówek oraz dlaczego Microsoft pyta ludzi o powody, dla których pokrywy studzienek są okrągłe, a nie o to, jak wyobrażają sobie siebie za pięć lat. Wnioskując z recenzji w Amazonie, niektórzy sądzili, że przyswoiwszy treść książki oraz zapoznawszy się ze sposobami odpowiadania na najbardziej podstępne pytania świata dostaną pracę w Microsofcie. A ci, bezczelni, kazali im się znać na algorytmach i językach programowania! Choć faktycznie, o tym aspekcie rozmów kwalifikacyjnych w firmie Gatesa Poundstone milczy.

Historia ciała w średniowieczu - Jacques Le Goff, Nicolas Truong. O tym, jak jednocześnie ciałem gardzono i je uwznioślano. Precyzując: niektórymi ciałami gardzono (ach te baby), niektóre zaś uwznioślano.

Kukułka - Antonina Kozłowska. Trudno napisać recenzję książki kogoś, kogo się zna i lubi, żeby nie zostać posądzonym o to, iż pozytywna opinia dotyczy bardziej autora niż książki. Odsyłam Was zatem do Padmy, lepiej od niej i tak nie ujmę tego, co mam do powiedzenia.

Dzianina z mięsa - Katarzyna Bielas. Dwadzieścia dwa wywiady - głównie z artystami o mniej lub bardziej pokręconych życiorysach i osobowościach.

Kobiety i władza - Magdalena Środa. Władza, której kobiety na ogół nie mają, dodajmy. Środa bywa rozkosznie złośliwa w charakteryzowaniu ludzi głupszych niż ona sama (nieładnie, pani etyczko, nieładnie;)), a ja podpisuję się wszelkimi kończynami pod buntem antymakijażowym (to, że jedna Egipcjanka z drugą parę tysięcy lat temu wzięły sobie spalone migdały i narysowały oczy, to nie znaczy, że ja teraz też muszę się malować, żeby uchodzić za kobietę zadbaną, right?). Ale nie rozumiem, jak myśląca osoba może twierdzić, że nie ma łaski wiary i nie widzieć absurdalności tego stwierdzenia. Czego by nie plotła miejscami, w większości Środa mówi mądrze. Książka z kategorii nieodrywable.

Wytępić całe to bydło - Sven Lindqvist. O tym, jak biali panowie pojechali i sobie wzięli.

Jak uczy się mózg - Manfred Spitzer. Jak uczą się zwierzęta i jak uczymy się my. Pasjonujące wyimki z neurobiologii, psychologii i pedagogiki dla laika. Niestety, w kilku ostatnich rozdziałach autor zechciał podzielić się z czytelnikami swoimi jedynie słusznymi poglądami na wszystko. Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego telewizja i komputer to zło, samo zło i zło nad złem oraz dlaczego bez religii w szkołach biedne dzieciątka szczezną bez wskazówek moralnych - dowiecie się.

Miłosz i Brodski. Pole magnetyczne - Irena Grudzińska-Gross. Dwaj słowiańscy poeci zmuszeni okolicznościami do emigracji na Zachód. Autorka bada paralele i punkty styczne między dwoma noblistami. Czy była to przyjaźń? Nie wiem. Autorka też nie, choć prawdopodobnie nie wie, że nie wie.

Samotność. Powrót do jaźni - Anthony Storr. O wpływie osamotnienia na niezależność myślenia i kreatywność. Kant, Newton, Beatrix Potter, Kartezjusz czy Kierkegaard nie staliby się tym, kim się stali, gdyby potrafili/ chcieli wchodzić w długotrwałe intymne relacje z innymi. Ale że ich nikt nie rozpraszał, mieli szanse się wykazać.

Magma i inne próby zrozumienia, o co tu chodzi - Agnieszka Graff. Z Agnieszką Graff mam problem. Jej światopogląd jest mi dość bliski, ale jej brak dystansu do świata i absolutna nieobecność poczucia humoru w jej pisaniu sprawia, że zapamiętuję bardziej jej gniew niż zawartość merytoryczną. A jednostronność zniechęca mnie zawsze i wszędzie.

Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce - Francesca Michalska. Polska obywatelka Ukrainy opowiada dzieje przesiedlenia swojej rodziny do Kazachstanu oraz niezłomne dążenia do zdobycia zawodu lekarza przy jednoczesnej upartej wędrówce na Zachód. Przeżyć głód, stratę bliskich, wojnę, pracę nad siły i zachować radość życia - oto prawdziwy heroizm.

piątek, 24 grudnia 2010
Pozycja obowiązkowa
Tym, co świętują, i tym, co kontestują, tym, co lubią i tym, co nie znoszą, życzę dokładnie tego, czego sobie życzą - niech będzie jak w tej scenie w Karolci, gdzie się nagle wszystkim spełniły życzenia.



A my, uczyniwszy zadość tradycji, uprawiamy nicnierobienie z prezentami w roli głównej - syn ambitnie składa klocki, na które jest metrykalnie za młody, córka składa klocki, które są dla niej w sam raz, pan domu ogląda filmy, które przyniósł mu - a nie, nie Mikołaj, przed wiadomą kolacją czytaliśmy opis świąt w Dzieciach z Bullerbyn i młody pod krawatem wcielił się w Jultomte - zatem pan domu ogląda filmy od Jultomte (don't ask...), a ja chwilowo odkładam dzisiejsze dary (Lem i Woody Allen, yes, yes, yes) i wracam do rozpoczętego wczoraj Efektu Lucyfera Zimbarda zawierającego opis słynnego eksperymentu więziennego, gdzie losowo wybrani studenci wcielili się w role strażników i więźniów. Tak, tak, wiem, mało świątecznie i tylko dziwadła czytają o narodzinach zła w dniu, w którym narodziła się miłość, ale zostałam zahipnotyzowana i nic na to nie poradzę.

Zatem do...
19:43, agawa79 , Inne
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 grudnia 2010
Stosik zaległy, część druga

Jedziem:

Na plebanii w Haworth - Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Zupełnie nieprawdopodobna historia, jak to w życiu bywa: trzy córki ambitnego pastora, który przy odrobinie mniej wybujałych ambicjach mógł był zostać niepiśmiennym świniopasem (nikomu nie umniejszając), mieszkające na kompletnym zadupiu i podróżujące głównie po przestworzach własnej wyobraźni, zapisały się na zawsze w literaturze angielskiej, po drodze użerając się z psującym krew i powietrze braciszkiem. A kto nie czytał Wichrowych Wzgórz, powieści niepodobnej do żadnej innej, ten trąba.

Musicophilia - Oliver Sacks. Neurolog o tym, jak budowa mózgu wpływa na muzyczne upodobania i zdolności bądź ich całkowity brak. Pełen przekrój rozmaitych dziwactw związanych z miłością do muzyki oraz galeria przypadków dowodzących, że muzyka nie tylko łagodzi obyczaje, ale i leczy. Był sobie pewien pan, który po tym, jak go trzasnął piorun w budce telefonicznej, zaczął kompulsywnie grać na pianinie. Ledwo zarejestrował, że się rozwiódł, tak go pochłonęło muzykowanie. Oraz sto pięćdziesiąt innych opowieści dziwnej treści, nużących naprawdę z rzadka. Jedna z moich ulubionych okładek wszech czasów.

Świat poety. Rozmowy z Josifem Brodskim - Solomon Wołkow. Omatkoboskojakietonudne. Ledwo przebrnęłam; poziom abstrakcji, na jakim toczą się rozmowy, znacznie przekracza moje możliwości nadążania za myślą poety i jego przyjaciela. Dopuszczam też opcję, że panom się zabełkotało tu i tam. Pozostanę zatem przy poezjach Brodskiego, rozmowy z nim polecając jedynie co wytrwalszym oraz inteligentniejszym.

O przekładzie na przykładzie - Elżbieta Tabakowska. Doświadczeńsza koleżanka po fachu też się zmaga. Ona z Daviesem, ja z serią programów historycznych dla pewnej stacji telewizyjnej, ale w kwestii translatorskich dylematów nie masz podziału na książki i filmy, na wielką literaturę i podrzędne produkcje. Tego samego nie umiemy i zdarzają się nam bliźniacze wpadki.

Homobiografie - Krzysztof Tomasik. Szesnaście suplementów do szesnastu biografii. Bez brązu, ale i bez szukania sensacji. Konopnicka, Komornicka, Lechoń, Kot Jeleński, Iwaszkiewiczowie i parę innych znanych nazwisk.

Rockmann - Wojciech Mann. Te pięć gwiazdek w Merlinie to chyba za to, że Mann jest trochę jak zupa pomidorowa i lubią go wszyscy, a nie za to, że napisał coś godnego miana autobiografii. Albowiem koło porządnej autobiografii Rockmann nie leżał ani przez chwilę. Wojciech Mann to gawędziarz, skądinąd rozkoszny, natomiast pisarzem nie jest w żadnym wypadku (na szczęście nawet nie udaje, że jest). Jakkolwiek szczerze się uśmiałam podczas czytania, to uważam, że tę książkę można dostać w prezencie, ale własnej kasy na nią szkoda - przerost formy nad treścią, a cena jak na parę opisanych po łebkach historyjek zdecydowanie przesadzona.

Książki najgorsze - Barańczak. Książki najgorsze, za to recenzje przeciwnie. Wyłam z uciechy.

Przed Bogiem - Stanisław Obirek. Łatwo krytykować to, co odległe i wrogie. Dużo trudniej zauważyć błędy i odważyć się o nich powiedzieć, jeśli chodzi o najbliższe otoczenie. Jestem zauroczona mądrością, spokojem i szerokim horyzontem tego człowieka.

Ostatnia część stosu zapłonie już niedługo.

niedziela, 05 grudnia 2010
Stosik zaległy, część pierwsza

Kręci mnie blogowa stosikomania. Jak tylko mignie mi przed oczami kupka do przeczytania, zaraz przyklejam się do monitora i sprawdzam zgodność zainteresowań stosikodawcy z własnymi inklinacjami.

Dla Was też mam dziś stertę - stertę na wspak, bo składającą się nie z planów na przyszłość czytelniczą, ale zawierającą to, co przeczytałam od ostatniego okołoksiążkowego wpisu aż do wczoraj. Niestety, próby wstawienia zdjęcia spełzły po panewce, zatem wyobraźnie tych, którzy tu wchodzicie, będą miały pole dla... dla siebie. Przy okazji bezwstydnie obnażę poziom blogowej abnegacji i recenzenckiego zapuszczenia, bo choć liczba pozycji pożartych w ciągu ostatniego półrocza nie jest przesadnie imponująca jak na półrocze, to jednak trochę mi wstyd tak otwarcie się przyznawać, o czym nie napisałam, choć mogłam. Dobra, koniec z pensjonarskim krygowaniem się. Ogłaszam koncert życzeń - jeśli macie ochotę, żebym napisała szerzej o którejś z moich lektur - miejsce na zostawianie komciUff znacie.

Oskarżona: Wiera Gran - Agata Tuszyńska. Dociekania Tuszyńskiej w formie zbliżonej do biografii na temat tego, czemu na żydowską śpiewaczkę spadła sieć podejrzeń o współpracę z Gestapo. Plus żałosny obraz starości jako takiej. Plus panorama zniekształceń ludzkiej pamięci. Trochę za dużo Tuszyńskiej w Tuszyńskiej.

Długie życie gorszycielki - Agata Tuszyńska. Biografia Ireny Krzywickiej, bojowniczki o prawa kobiet, domniemanej kochanki Boya-Żeleńskiego. Tu, dla odmiany, odautorskiego komentarza Tuszyńskiej prawie brak, a ze wspomnień różnych osób, które zetknęły się z gorszycielką, wyłania się obraz osoby, która nie miała żadnych zahamowań, gdy jej na czymś zależało - długo szukałam jednego zdania, jakim można by określić Krzywicką i to jest chyba to. Plus ogólne zdziwienie, że takie emocje wzbudzają we mnie osoby nieżyjące od lat.

Jak brednie podbiły świat - Francis Wheen. Ostra satyra brytyjskiego dziennikarza przejeżdżająca się bezlitośnie po New Age, Bushu juniorze, thatcheryzmie, Fukuyamie, islamskich fundamentalistach, ba, nawet Chomskyemu się dostaje. Pomijając słuszność bądź niesłuszność różnych zarzutów, książce trzeba przyznać jedno - napisana jest potoczyście, dowcipnie i zgrabnie.

I człowiek stworzył bogów... - Pascal Boyer. Skąd się wzięły religie i czy można znaleźć choć jedną wspólną cechę dla nich wszystkich? Dlaczego jedni ludzie wierzą, a inni nie? Polecam ateistom, którzy się dziwują, że inni wierzą w absurdalne historie, polecam wierzącym, którzy mają pretensje do współwyznawców o płytkość ich wiary oraz tym, którym religie zwisają, bo można sporo się dowiedzieć na temat ludzkiej natury.

Historia brudu - Katherine Ashenburg. O tym, kto kogo kiedy uważał za brudasa. Mniam.

I była miłość w getcie - Marek Edelman. O tym, co w getcie było normalnego i pięknego.

Diego i Frida - Jean Marie Gustave Le Clezio. Na miano biografii książka nie zasługuje przez swą wybiórczość, to pozycja dla tych, którzy życiorysy pary malarzy już znają, a chcą na nie spojrzeć z poetyckiej perspektywy noblisty. Tytuł powinien brzmieć "Co Le Clezio zechciał opowiedzieć o Diegu i Fridzie". Lektura malownicza (nomen omen) mimo wad.

Abecadło Miłosza - wiadomo, kto. Nie lubię tej książki, niektóre zdania są przepiękne, ale całość się nie klei. Miłosz wyłaniający się z tego, jak snuje opowiadania o cudzych losach to sztywny ponurak, bez cienia poczucia humoru, za to z wysokim poczuciem krzywdy. Jakże mu daleko do ironii, dystansu i inteligencji Barańczaka.

Listy - Zbigniew Herbert, David Weinfeld. Przez kilkanaście lat Herbert nie miał pojęcia, że jego wiersze są tłumaczone na hebrajski. Korespondencja Herberta z jego tłumaczem z Izraela pokazuje izraelski epizod z życia poety.

Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader. Lepiej niż Mdl tego nie opiszę, cóż mogę więc dodać poza tym, że nie chciałabym mieszkać w żadnym z opisywanych przez Hugo-Badera miejsc?

www.małpa.pl - Krystyna Janda. Lubię czytać Jandę, "Małpa" to zredagowany dziennik, jaki od lat prowadzi w sieci. Lubię ją za dystans do siebie samej, za to, jak ciepło opisuje ludzi i za to, że jej pisanie daje mi pozytywnego kopa, żeby wstać i pójść zrobić coś dobrego.

Moje życie polarnika - Roald Amundsen. Od pierwszej wyprawy zimowej do sąsiedniej wsi po osiągnięcie życia. Sporo sączy się jadu w stronę Umberta Nobilego, który próbował sobie przypisać wiele zasług należących się Amundsenowi (zdaniem Amundsena). Ironią losu jest, że Amundsen zginął podczas wyprawy, której celem było uratowanie człowieka postrzeganego przezeń jako debila o rozdmuchanym ego. Ulubiony mój fragment tej opowieści to ten, w której Amundsen opowiada o tym, jak wyliczył, ile psów trzeba zabrać ze sobą, żeby optymalną liczbę przerobić na kotlety i rosół. Ciarki od paznokci u nóg po kokardkę na czybku głowy.

Córeńka - Wojciech Tochman. Rozczarowanie. Mało reportażu, dużo opowieści opartych na domysłach i półsłówkach. Choć napisane pięknie i melancholijnie.

Rozstrojone umysły - Douwe Draaisma. Dwunastu panów, którzy rozsławili swoje nazwiska użyczając ich chorobom. Tygrysy lubią takie opowieści, bardziej niż tran.

Nieśmiałość - Philip Zimbardo. Do Zimbarda zabierałam się jak wegetarianin do schabowego; z jakiegoś powodu człowiek w moich wyobrażeniach wyrósł na na autora trudnego i bardzo wymagającego. Tymczasem książkę o nieśmiałości czyta się tak łatwo, jakby się rozmawiało z życzliwym, mądrym człowiekiem, który sam zna swoje ograniczenia i nie kreuje się na guru od wszystkiego. Dla mnie ta lektura była trochę jak wyprawa na inną planetę, bo problem nieśmiałości dotyczy mnie w stopniu minimalnym, ale polecam ją zarówno śmiałym, jak i nie - ci pierwsi zrozumieją, co może dręczyć tych drugich, a ci drudzy dowiedzą się, czemu są nieśmiali i dostaną wskazówki, jak sobie z tą przypadłością radzić.

Tysiąc wspaniałych słońc - Khaled Hosseini. Reklama szkodzi. Po zalewie recenzji entuzjastycznych bądź sąsiadujących z ekstatycznymi spodziewałam się zalania łzami, wielkich emocji i tego, że przed autorem strzelę baranka o podłogę. Tymczasem utwór Hosseiniego, zbyt mocno pociągnięty pisarskim photoshopem, sprawił, że o autorze myślę, jak o najzdolniejszym słuchaczu wieczorowego kursu dla pisarzy.

c.d. z podobną porcją namiastek recenzji wkrótce n.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11