stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
sobota, 04 grudnia 2010
Me, Myself & I, czyli przez uszy do nieba

Nie oglądam telewizji. Kilka lat temu wyłączyłam pudełko i spodobała mi się ta cisza. Nie, nie uważam, że telewizja to z założenia samo zło, tandeta i nic dobrego; jak każde medium TV to zbiorowisko śmieci, klejnotów i tego, co pomiędzy nimi. OK, nie jestem taka kryształowa i czasem - czasem! - prezentuję owo nieoglądanie jako przejaw mojej wyższości nad tymi, co oglądają, ale wyłącznie wówczas, kiedy tych oglądających nie lubię za coś całkiem innego. ;)

Raz lub dwa razy do roku robię jednakowoż wyjątek i przyklejam się do odbiornika, podporządkowuję plan dnia ramówce i biorę we władanie pilota. Bywa tak wtedy, kiedy w TVN dzieje się You Can Dance oraz wtedy, kiedy w TVN dzieje się Mam Talent, które nawet jeśli nie grzeszą wyrafinowaniem, to dostarczają rozrywki w czystej postaci.

YCD zesłabł był, zeszłoroczny MT zapisał się w mojej pamięci jako jeden z powodów do wzruszenia ramionami, tym większe było zatem moje zaskoczenie, kiedy przyszło mi powiększyć kolekcję wzruszeń nie ramiennych, ale tych, które obnażają bezwstydnie sentymentalną część mojej duszyczki. W chwili, kiedy zobaczyłam i usłyszałam zespół Me, Myself & I, w przyjemny sposób skamieniałam przed telewizorem, a jedyną poruszającą się częścią ciała była moja szczęka wędrująca w stronę podłogi.

Rzadko komu udaje się sztuczka przemienienia mnie w kamień. Janda to umie. McFerrin to umie. Małgorzacie Walewskiej się udało. Jopek jest w tym niezła. Kilka tygodni temu do tej wypasionej grupki dołączyli MM&I. Wystarczyło, że zrobili tak. Kiedy myślę o nich i o tym, jak narodzili się dla mnie, przychodzi mi na myśl obraz Boticellego "Narodziny Wenus", na którym dorosła, dojrzała, w pełni uformowana Wenus wynurza się z morskich fal. MM&I też mi się tak wynurzyli z fal eteru: jednego dnia nie miałam pojęcia o ich istnieniu, a drugiego pojawili się nie wiadomo skąd, dojrzali i uformowani w sam raz tak, żeby podbić moje uszy.

Pamiętacie moje pienia nad zaangażowanym bębniarzem podczas Sztuki Ulicy? MM&I są ze spokrewnionego gatunku. Owszem, nadają taki rodzaj muzyki, który idealnie się zestraja z moim rodzajem odbiornika, ale podoba mi się w nich coś więcej, niż tylko dźwięki. Kocham takich ludzi, którzy tworzą sztukę i tak ewidentnie upajają się tym co robią, że swoją radością i dobrą energią zarażają słuchaczy. Bije od nich pełnia życia, pewność siebie, żywa inteligencja. Kupuję to i zostaję tym kupiona.

Natomiast mazurek mnie wzruszył prawie do łez. Kibicuję im, jak mało komu. Wszystkiego dobrego!

piątek, 03 grudnia 2010
My z niego wszyscy, czyli The Social Network
O ojcu założycielu Facebooka być miało i będzie.

Jako że jest to któraś tam z kolei recenzja filmu o Marku Zuckerbergu, oszczędzę Wam szczegółów fabuły, bo pewnie już dwieście czternaście razy czytaliście, że to film o założycielu Facebooka przedstawiający postać młodego gniewnego superinteligentnego programisty, który dał nam platformę do komunikowania się i komentowania wszelkich możliwych przejawów rzeczywistości wirtualnej i niewirtualnej. Że film dość wiernie przedstawia historię dwóch procesów, jakie wytoczono Zuckerbergowi, zarzucając mu kradzież pomysłu na FB oraz domagając się odszkodowania za odsunięcie od kierowania firmą - to pewnie też już wiecie. Że film inteligentny, że dialogi błyskotliwe, że w najwyższym stopniu oglądable, że toczy się, jak gdyby to była piłeczka nie stal - też się Wam prawdopodobnie obiło co najmniej raz o każde ucho. Że to obraz nie o samym Facebooku ani nie o jego użytkownikach - było, było. Że film stawia pytania o to, czy ten Zuckerberg to dupek klasy ekstra, czy też zagubiony geniusz - czytaliście, czytaliście, zieeeew, bo ileż można w kółko o tym samym.

Tego ostatniego się jednak czepię. Oglądałam film po przeczytaniu kilku recenzji i powiem Wam, że moim zdaniem film takiego pytania nie stawia. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że The Social Network to jedyna w swoim rodzaju, bo porażająca skalą i sprytem akcja reklamowa. I że film zrobiono tak, żeby Zuckerberga możliwie maksymalnie wybielić, nie narażając się na zarzuty o hagiograficzność, której to konwencji współczesny widz nie łyka. Ale przyjrzyjmy się postaciom otaczającym Zuckerberga. Oto mamy braci Winklevossów, siła mięśni i urody od nich bije i powala, ale intelektualnie dorastają Markowi gdzieś tak do połowy bladych łydek. Dwóch pięknych chłopców, którzy w zestawieniu z Zuckerbergiem jawią się parą przygłupów i którzy na pewno nie byliby w stanie wymyślić Facebooka. Gdybyście byli twórcami Facebooka, to stworzylibyście Facebooka! - mówi scenarzysta ustami Zuckerberga, granego przez genialnego Jessego Eisenberga. Cóż. Jakie to proste. A potem się nam sugeruje, zręcznie posługując się postacią młodej prawniczki, że lepiej wypłacić bliźniakom jakąś ośmiocyfrową kwotę na odczepnego, niż ubabrać się procesem, tym bardziej, że przysięgli to prości ludzie są i jak zobaczą klapki na bosych stopach oraz chmurne oblicze pozwanego, to ani trochę nie będą skłonni przychylić się do jego racji.

Albo na przykład Eduardo Saverin, były najlepszy (i jedyny) przyjaciel Zuckerberga, dyrektor finansowy raczkującego Fejsbuczka. Toż to sierota jakaś, o reklamodawców i sponsorów zabiegająca tak nieskutecznie, że bardziej żałośnie wykonywać swojej pracy się już nie da. W tej sytuacji odsunięcie Eduarda od kierowania firmą (przez podłożenie paskudnej świni, fakt) nie dziwi ani nie oburza aż tak mocno, jak mogłoby.

A to, że Zuckerberg dał się owinąć wokół palca Seanowi Parkerowi, temu od Napstera, czy kogoś to dziwi, czy nie dziwi? Diabelski urok, aura niezależności, kreatywność do kwadratu i umiejętność czytania w cudzych myślach - w myślach ludzi, których chce się zdobyć - tak przekonująco sportretował go Justin Timberlake i doprawdy trudno się dziwić filmowemu Zuckerbergowi, a co za tym idzie, również temu realnemu, że pozwolił tej żmii na wysiudanie z biznesu pałętającej się bez celu i sensu chodzącej kpiny z tego, czym powinien być szanujący się CFO (patrz akapit wyżej).

Autorzy filmu zadbali też o to, żebyśmy mieli możliwość pożałować Zuckerberga. Nieboraczek nasz bowiem, choć dostaje maksymalną liczbę punktów w teście SAT, słabo radzi sobie w kontaktach społecznych. Takie biedne niebożątko, takie mądre, a na randce - jakby słonia do składu z porcelaną wpuścić. Powspółczujmy mu, co?

I tak to sobie The Social Network odczytałam.

Co w następnym odcinku? Jeszcze nie wiem. Może jakiś wielopak z filmów obejrzanych a nie pokąsanych? Albo spis przegapiaczy przystanków instalowanych w torebce? W każdym razie, stay tuned in.
14:50, agawa79
Link Komentarze (4) »
Śluby panieńskie, czyli jak obrzydzić rodakom klasyka
Mam w domu remont. Remont oznacza na przykład to, że nie mam dostępu do porządnego stałego łącza albo jest on poważnie utrudniony. Zdana na łaski, niełaski i kaprysy Orange Slow marne mam szanse na regularne czerpanie rozkoszy z uczestnicwa w świecie wirtualnym. Remont oznacza także to, że między jednymi zajęciami a drugimi nie mogę sobie ot, tak, wpaść do domu i pouczestniczyć. To znaczy - mogę, ale czuję się nieswojo przy panach z ekipy. Coś jednak ze sobą w ciągu dnia muszę zrobić, zatem obficie korzystam z oferty kulturalnej (no, umówmy się, że) multipleksów. I tak wczoraj zatułałam się na profanację Fredry w reżyserii Bajona, czyli "Śluby panieńskie".

Żeby nie było nieporozumień - "Śluby" to przede wszystkim wyborna podkładka pod mocny, zdrowy, regenerujący sen. Moje impresje dotyczą zatem jedynie fragmentów przeze mnie nieprzespanych.

Krótko będzie, bo też i nie za bardzo jest o czym pisać. Fredro by Bajon to wygłup z absurdalnymi wstawkami w rodzaju telefonów komórkowych, samochodów i plotkarskich pism. Ni hu hu nie rozumiem celowości zabiegu. Że Fredro taki współcześnie aktualny? Żeby przyciągnąć młodzież i żeby młodzież miała powód do rechotu? Zawsze sądziłam, że konwencja szkatułki, film w filmie, czemuś służy. Zakładam, uruchamiając całą dobrą wolę, że i Bajon coś w ten sposób pragnął przekazać. Żal, że mi intelektu nie staje dla objęcia umysłem dowcipu z przemieszaniem czasoprzestrzennym. Żmuda-Trzebiatowska na przemian gra: nieznośnie, w stylizacji na drewno oraz "biorę udział w konkursie na najgłupszą minę". Ognista Klara w wykonaniu panny Marty wygląda, jak Żmuda-Trzebiatowska, której zachciało się poudawać dziewczę z temperamentem. (Literatura i film zna już podobne przypadki fiaska; pamiętacie Pinokia, który udawał, że jest prawdziwym chłopcem? No właśnie). Obie laski - wyżej wymieniona oraz Anna Cieślak - chyba nie za bardzo rozumieją wypowiadane przez siebie słowa. Co do panów: jakim aktorem jest Borys Szyc oraz jakim aktorem jest Maciej Stuhr każdy widzi, ale w tym filmie udało im się pokazać, że męskie postacie Fredry to przygłupy prima sorte. Na hasło reklamowe z plakatów - "Jak rozkochać kobietę" odpowiadam: nie mam pojęcia, a Filip Bajon na ten temat w swoim najnowszym dziele milczy. Aniela i Klara zakochują się w tych ciepłych kluchach chyba jedynie dlatego, że tak było w scenariuszu.

Za to film o ojcu Facebooka - polecam serdecznie, chociaż nie mogę się pozbyć wrażenia, że... Ale to już Wam powiem w następnym odcinku.
14:49, agawa79 , Film
Link Dodaj komentarz »
No nie.
Na bloggerze miejsca nie zagrzałam, czułam się tam, jak przeniesiona z małego miasteczka, gdzie znam wszystkich, i wszyscy mnie znają, na kompletne zadupie, gdzie wokół tylko wiatr hula, a ja nie wiem, gdzie jestem i co tam robię. Blox może i gorszy jest pod względem edycji, ale za to swój chłop. Jeszcze dziś poprzenoszę tu notki z blogspota i dam nowy wpis. No i liczę, że ci, co mnie niegdyś odwiedzali, nadal będą tu wracać.
14:39, agawa79 , Inne
Link Komentarze (10) »
sobota, 11 września 2010
Summertime na wiele głosów
W czasach mojej podstawówki wśród koleżanek i kolegów krążyły tak zwane "złote myśli". "Złote myśli" na pierwszej stronie zawierały zestaw pytań, na które wybrane osoby odpowiadały, po czym zaginały kartkę w trójkąt, naiwnie wierząc, że nikt prócz właściciela zeszytu nie przeczyta ich wyznań. (Moja siostra, na przykład, odkryła w ten sposób, że kocha się w niej sąsiad z czwartego piętra). Pytania miały charakter sondy, właściciel zeszytu oczekiwał, że wyspowiadamy mu się z takich tajemnic, jak ulubiony kolor czy ukochany zespół. Bywały pytania o ulubioną piosenkę - za nic nie mogę sobie przypomnieć, z jakich to inklinacji muzycznych zwierzałam się w tamtym czasie. Równie dobrze mogła to być Ewa Bem, Sandra albo Pink Floyd, a pod koniec podstawówki zapewne coś z repertuaru Iron Maiden, Kiss czy Megadeth. Dziś sama sobie zadaję pytanie o tę jedną, jedyną, najukochańszą piosenkę - i chyba mam liderkę. To melodia, do której wracam od lat, która mnie koi i zagłębia w pogodnej beztrosce. Panie i panowie, oto Summertime. Skomponowana przez Gershwina jako część opery Porgy and Bess, ze słowami Edwina DuBose'a Heywarda, doczekała się, jeśli wierzyć Wikipedii, 15 000 różnych wersji nagrania, co skłania mnie do refleksji, że w moich upodobaniach muzycznych jestem niezbyt oryginalna.

Dlaczego wspominam dziś tę piosenkę? Cóż, odezwała się we mnie tęsknota za latem, za tymi złoto-niebieskimi dniami wypełnionymi niespiesznym delektowaniem się spokojem, dostatkiem, śmiechem bliskich; pachnącymi sosnowym lasem i trzciną przy brzegu jeziora. Poza tym, że tak sobie zejdę na ziemię, jest mi upiornie zimno, więc eskapistycznie urządzam sobie prywatny festiwal rozmaitych wykonań Summertime i udaję, że to wcale nie ja marznę, że nie do mnie należą fioletowo-sine stopy i zatkany nos, a za oknem nie ma tej całkiem niestety udanej podróby listopada.

Mahalia Jackson. Śpiewa to trochę tak, jak ideał babci śpiewałby kołysankę. Przy takiej babci można czuć się bezpiecznie.

Mica Paris. Kawał głosu, trochę brak jej subtelności. Smutna i poważna mina nieznającym angielskiego mogłaby zasugerować, że to pieśń żałobna. Niemniej, to wykonanie całkiem lubię.

Cecily Nall. Wersja najbardziej zbliżona do tej, jaką słyszałam na żywo. Dwa lata temu w Teatrze Wielkim pierwszy raz po pięćdziesięciu latach przerwy można było zobaczyć operę Porgy and Bess, w wykonaniu zespołu z Nowego Jorku. Pamiętam, że nie zdążyłam na czas przyjechać z pracy i do teatru pojechałam ubrana zupełnie nie "po operowemu" - moja sukienka w krateczkę do złudzenia przypominała fartuchy rybaków występujących na scenie. W antrakcie krytycznym wzrokiem zmierzyła mnie sama Janina Paradowska.

Miles Davis. Dla tych, którzy nie lubią, jak im brzmienie ludzkiego głosu zagłusza instrument.

Billie Holliday. Jak ją wielbię, tak tego wykonania nie wybaczę. Dokąd jej się tak spieszy? Przecież lato jest, odpoczywa się!

Jill Scott & George Benson. Z uśmiechem, z humorem. Relaksująco.

Eva Cassidy. Pamiętacie nieudany romans Sary (tej, która miała chorego brata, wydzwaniającego do niej co pięć minut) i Karla (enigmatic chief designer) z filmu
Love Actually? Kiedy pierwszy raz poszli do łóżka, w głowie Sary brzmiała piosenka Songbird, śpiewana właśnie przez Evę Cassidy. Tutaj umieszczam subtelne wykonanie Summertime
.

Leona Lewis. Młoda zdolna. Nagrała potem płytę lub dwie, ale, jak często w takich przypadkach bywa, młodą zdolną zmarnowano w kiepskiej jakości repertuarze. Tłumy szaleją mimo to.

Rita Reys. Ni mnie ziębi, ni grzeje, ale może ktoś zagustuje.

Sarah Vaughan. Przepiękna, ciepła wersja. Płynne złoto w gardle.

Ella Fitzgerald & Satchmo, czyli posłuchajcie sami, dlaczego tak bardzo pokochałam tę piosenkę. Są razem doskonali, nie ma tam ani jednego fałszywego tonu, ani jednego zbędnego dźwięku. Ideał. Oraz ciarki na plecach za każdym razem.

Janis Joplin. Zawsze chciałam to publicznie ogłosić, ale nie miałam okazji. Zrobię to teraz. Nie cierpię Janis Joplin i nie rozumiem jej fenomenu. Słuchanie jej jest równie przyjemne co - tak sobie przynajmniej wyobrażam - łykanie papieru ściernego. Wersja dla masochistów. Ciekawe, komu się właśnie naraziłam. I czy ktoś dotrwał do końca, żeby te bluźnierstwa przeczytać. ;)
czwartek, 09 września 2010
Festiwal Sztuka Ulicy 2010
Warszawskie Bielany nie rozpieszczają przesadnie swoich mieszkańców bogactwem oferty kulturalnej. Na skwerku obok stacji metra Słodowiec występują zazwyczaj cyrkowcy albo tak wybitni artyści, jak na przykład Golec Orkiestra. Nie spodziewałam się zatem wielu uniesień po spektaklu Ginkgo w wykonaniu frankfurckiej grupy Antagon, ale z przyjemnością donoszę, że pomyliłam się zupełnie.

"To przedstawienie o zrzuceniu bomby na Hiroshimę" - tyle było mi wiadomo, kiedy 2 lipca usiadłam w tłumie podgryzanych przez komarzyce warszawiaków przed wysoką sceną postawioną na środku wspomnianego wyżej skweru. Jak wybornie zostałam zaskoczona wyrazistością obrazów, muzyki, gry aktorskiej; słowem - wysokim poziomem spektaklu. Towarzyszyło mi przyjemne odczucie obcowania z profesjonalistami, wiecie jak to jest - wychodzą na scenę aktorzy i wszystko mają takie dograne, dopracowane, zsynchronizowane, widać, że nie zabrali się za przygotowywanie swojej pracy ledwie przedwczoraj. Dopiero później dowiedziałam się (niech żyje Facebook), że Antagon był jednym z zespołów, obok opisanej niżej grupy
Plasticiens Volants, nad zaproszeniem którego na Festiwal Sztuka Ulicy organizatorzy trudzili się przez kilka lat, czym zresztą zaskarbili sobie ogromną wdzięczność chociażby niżej podpisanej.

Cyklicznie marudzę na blogu, że moja pamięć i wrażliwość przypominają siatkę o coraz większych oczkach i że spora część moich kontaktów z tak zwaną sztuką przypomina łapanie drobnych rybek w sieć rybacką przeznaczoną do łowienia grubszego zwierza - mało która rybka zaplącze się w tę sieć na tyle skutecznie, żebym mogła ją zatrzymać i choć przez chwilę się nią nacieszyć. Spektakl o Hiroshimie okazał się, żeby trzymać się rybołówczej metafory, rybą pokaźnych rozmiarów, w dodatku dość drapieżną, dzięki czemu mogłam doświadczyć radości z
uczestniczenia w czymś tak po prostu dobrym, i zachować na dłużej wrażenia z lipcowej nocy.

Co się wydarzyło w Hiroshimie, wie prawdopodobnie każdy z czytelników tego bloga, więc oszczędzę sobie przytaczania tej potwornej historii. Obrazy z Ginkgo wracają do mnie raz po raz. Paradujący w eleganckich mundurkach uśmiechnięci sztywno panowie i panie, poruszający się w rytm marszowej muzyki. Ci sami panowie i panie po wybuchu w postrzępionych ubraniach, ze startymi z obliczy uśmiechami, ogłupiali, przerażeni, zagubieni. Postacie na szczudłach, w białych kombinezonach i maskach przeciwgazowych, biegający wśród publiczności, która ruszyła z miejsc w panice, próbując uciec przed gryzącym dymem. Te same figury, już bez szczudeł, wykrwawiające się od środka - zastosowano prosty acz wymowny trick z wyciąganiem postrzępionych czerwonych sznurów z umocowanych na brzuchach pudełek). Suche, powykręcane, chore drzewko - tytułowe ginkgo - usiłujące się odrodzić i przywrócić życie na skażonym terenie. Nieśmiało uradowane matki w ciąży, których pęczniejące łona dają nadzieję na powrót do normalności, do szczęśliwej codzienności. Ich przerażenie, kiedy dzieci okazują się zdeformowane, brzydkie, potworne. Przejmujący obraz trudnych narodzin i próby stanięcia na nogi po masakrze - z góry sceny w wielkim przezroczystym worku zjeżdża kobieta, zwinięta w pozycji embrionu. Próbuje przebić worek rękami, siłuje się z nim, w końcu osiąga cel - na scenę chlusta woda i na świecie pojawia się nowy, nieporadny człowiek. Długo będzie tańczyć w powietrzu, niezdarna, przypięta nad deskami sceny, zanim pokona słabości swego ciała i ruszy dalej - w życie.

Moim wielkim faworytem wieczoru został bębniarz i gitarzysta w jednej (dodam, że urodziwej) osobie. Występował na uboczu, na platformie umieszczonej wysoko nad ziemią, przez większość czasu zwrócony w stronę swych ukochanych (to się czuło!) bębnów, tyłem do publiczności (która nie miała nic przeciwko, bo z tej strony bębniarz również prezentował się uroczo). Jego wizualne zalety to nic w porównaniu z pasją i miłością do wykonywanej pracy. Boże, jak on grał! Z jakim zaangażowaniem, werwą, energią, z całkowitym oddaniem się melodii i rytmowi! Jeśli nie zapamiętałam pewnych fragmentów sztuki, a pewne jest, że kilka skrawków mi umknęło, to przyczyna tej niepamięci tkwiła kilka metrów nad ziemią - trudno było oderwać wzrok od człowieka tak bardzo przejętego swoją pracą, tak ewidentnie przezeń uwielbianą.











6 lipca miał miejsce finał Festiwalu. Z niepokojem obserwowaliśmy pogarszającą się pogodę i komunikaty na FB - istniała bowiem możliwość, że w przypadku obfitego deszczu aktorzy nie wystąpią. Aura okazała jednak swą łaskę i pozwoliła zebranej w Parku Agrykola publice przenieść się do podwodnego świata wykreowanego przez
Plasticiens Volants w spektaklu Perła. Cieszyłam się nim jak dziecko. W rytm pięknej, relaksującej i orzeźwiającej jednocześnie muzyki Philippe'a Bonneta mogliśmy oglądać świat z perspektywy dna morza. Nad głowami widowni unosiły się ogromne morskie zwierzęta - wieloryb, małż, ośmiornica, ryby; wśród widzów przemykały walczące ze sobą koniki morskie. A my staliśmy tam, urzeczeni, i jak glony poruszane przez przepływające zwierzęta, goniliśmy za wielkimi figurami, próbując dotknąć ich choć przez chwilę.










czwartek, 02 września 2010
McFerrin - Chopin
Dziesięć lat temu z górką, będąc młodą studentką (anglistyki, gdyby to kogoś interesowało), zaprzyjaźniłam się przez raczkujący wówczas w Polsce internet z pewnym inżynierem o nicku Tetryk. Po Tetryku dziś zostały mi wspomnienia burzliwych dyskusji online, setki kilometrowych maili, kilka pocztówek (w tym jedna z Korei), parę książek, płyt oraz miłość do Bobby'ego McFerrina. To Tetryk wprowadził mnie w świat tego utalentowanego wokalisty, za co będę mu dozgonnie wdzięczna.

McFerrin najbardziej znany jest z ogranego do granic możliwości utworu Don't worry, be happy - kiedy to słyszę, przenika mnie dreszcz i bynajmniej nie jest to dreszcz rozkoszy. Piłowany cyklicznie w mediach kawałek jest mało reprezentatywny dla repertuaru McFerrina. Bo Bobby to nie tylko wesołe pioseneczki śpiewane a capella, ale cały wachlarz różnych stylów, od jazzu przez elementy folku, gospel, po chorały i klasykę. Obdarzony głosem - orkiestrą muzyk od lat nazywany jest przeze mnie ulubionym wokalistą. Nie wiem doprawdy, czemu tak długo zwlekałam z wybraniem się na jego koncert. Być może bałam się konfrontacji wyobrażeń oraz cudzych zachwytów z rzeczywistością.

Strach ten zresztą okazał się całkiem bezpodstawny.

17 sierpnia w ramach festiwalu Chopin i jego Europa Bobby McFerrin zaśpiewał w Sali Kongresowej. Chopina zaśpiewał, umówmy się, że tak było. Nie, nie mówię tego z pretensją ani zastrzeżeniem. Ale był to Chopin we wcieleniu zaskakującym, Chopin niepodobny do samego siebie. McFerrin robiący Chopina przypomina kogoś, kto maksymalnie rozciąga gumę i sprawdza, w którym momencie trzaśnie. Mcferrinowskie wydanie kompozytora przypomina nieco Chopina, aczkolwiek pozostaje na granicy rozpoznawalności. Ten cały jazz, ten beatbox, te perkusje - Chopin to jeszcze czy nie Chopin? Nawet jeśli koło Chopina muzyka z koncertu stała tylko przez chwilę, to nie zmienia to faktu, że przedstawienie było przednie. McFerrin sobie śpiewał, NDR Big Band sobie grali, z werwą i przytupem, a publika chłonęła całość jak zaczarowana (lub z głupawym uśmiechem na twarzy, jak to się zdarzyło niżej podpisanej). W roli wisienek na torcie wystąpiły Anna Maria Jopek i Urszula Dudziak, które sobie weszły na scenę, żeby poimprowizować razem z McFerrinem. Obie panie trochę podkradły show naszej gwieździe - chociaż możliwe, że w swej skromności gwiazda ustąpiła firmamentu i odsunęła się na bok, w bardzo ewidentnym zresztą podziwie dla umiejętności koleżanek.

Prawdziwe czary działy się tego wieczoru na scenie, istne szamaństwo - oto po góra dwudziestu minutach okazało się, że minęły dwie godziny i pora zbierać się do domu. Do następnego!
wtorek, 24 sierpnia 2010
Wojtek Wieteska w Galerii Yours
Galeria Yours na Krakowskim Przedmieściu to wysepka ciszy i spokoju na ruchliwej ulicy, pełnej turystów, obrońców symboli i innych generatorów hałasu. Wdepnęłam tam, żeby obejrzeć wystawę Wojtka Wieteski Flights 91_08. W salach na trzech piętrach, salach przyjemnie cichych, minimalistycznie urządzanych i sterylnie czystych, pokazano fotografie, które autor wykonał podczas kilku pobytów w Japonii.

O Japonii nie wiem nic. Moją wyobraźnię na temat kraju karmię takimi pozycjami, jak film Między słowami czy książki Alexa Kerra, Joanny Bator, czy Marcina Bruczkowskiego. W głowie rysuje mi się obraz kraju nieznośnie zatłoczonego, hałaśliwego, gdzie ani przez chwilę człowiek nie bywa sam - przynajmniej jeśli chodzi o miasta.

Wojtek Wieteska burzy mi tę wizję. Postacie z jego fotografii są jak samotne wysepki w przestrzeni pozbawionej kontekstu. Nie wiadomo, kim są, dokąd zmierzają, po co znaleźli się tam, gdzie Wieteska uchwycił ich obiektywem. Samotny czuje się też widz w galerii, to samotność z rodzaju tych, jakie odczuwa się wtedy, kiedy nie ma się żadnego dostępu ani odpowiedniego narzędzia komunikacji, żeby porozumieć się z otaczającą  rzeczywistością.

Niewiele wiedziałam o Japonii wcześniej, po wystawie w Galerii Yours rozumiem ją jeszcze mniej. I jest w tym niezrozumieniu i zagubieniu pewne uchwycenie rzeczywistości - nie można dotknąć tak odległej kultury, nie da się jej zrozumieć czy przetłumaczyć na własny język. Lost in Japan.
21:50, agawa79 , Inne
Link Komentarze (2) »
sobota, 31 lipca 2010
Kupą, mości panowie 2
Przyjmijmy, że wsiadłam w wehikuł czasu i zapowiadane w poprzedniej notce "jutro" subiektywnie wystąpiło u mnie w nieco innym terminie, niż przyjęła reszta świata.

W drugiej transzy miksu doznań zacznę od umiłowanego medium, czyli teatru. Przydarzyły mi się trzy spektakle warte wspomnienia.

Idąc chronologicznie, najpierw byli Ludzie i anioły w Teatrze Współczesnym. O ile detale treści nieco ze mnie wyparowały (przychodzi gość z neseserem do gościa w szlafroku i zaczyna go wypytywać o różne wydarzenia z jego życia, przy czym ujawnia, że wie o nim więcej niż ten w szlafroku chciałby się przyznać, a potem zaczynają pić, po czym anioł śmierci z neseserem - bo onże to - omal nie pada ofiarą zbrodni), o tyle do dziś pamiętam zrelaksowaną atmosferę na widowni i pyszną zabawę, jaką miałam dzięki aktorstwu panów Orzechowskiego i Zielińskiego. Są zabawni, przekonujący, wielcy - prawdziwi fachowcy. (Nie macie pojęcia, jak wiele szacunku straciłam do siebie po napisaniu tych ostatnich pokracznych zdań. Moja kulpa, ale lepiej dziś nie umiem). Na dobre zapadł mi w pamięć tak zwany (przeze mnie) gest Orzechowskiego, kiedy to zrozpaczony perspektywą rychłej śmierci próbuje pozbyć się anioła śmierci zamachując się na niego patelnią - i nie może się zdecydować, żeby TO w końcu zrobić. Masterpiece, jak mawiają Anglosasi. Ludzie i anioły to przede wszystkim porządnie zrobiona rozrywka, ale gdyby ktoś bardzo chciał, to może sobie tę sztukę odczytać, jako powiastkę o tym, jak łatwo można stracić i zdobyć władzę. Oraz że, jeśli chodzi o śmierć, to nie znamy dnia ani godziny. Diablo odkrywcze, tak, ale i tak bawi. Ludzi i aniołów się ogląda, i czasem tylko tego chcę od teatru.

A czasem chcę więcej i nawet to dostaję. Wojtek Ziemilski, wnuk hrabiego Dzieduszyckiego, w Teatrze Studio zrobił świetną rzecz o poszukiwaniu źródeł, powiedzmy to górnolotnie, upadku moralnego swojego dziadka, który po latach przyznał się, że był agentem SB. O Małej narracji nie piszę "spektakl" ani "przedstawienie", tylko właśnie "rzecz", bowiem wymyka się ona klasyfikacjom sztuk teatralnych. Mała narracja ma formę ni to wykładu, ni to performansu; daleko w tyle pozostawia klasyczne formy teatralnej ekspresji. Wojtek Ziemilski siedzi na krześle przed laptopem i nieco monotonnym głosem prezentuje dzieje swojej rodziny na tle filmów, wyświetlanych tekstów, zdjęć. To, co mówi, idealnie zgrane jest z tym, co widzimy na ekranie; czasem słowa "aktora" (cudzysłów użyty z braku lepszego pomysłu na określenie artysty) są uzupełnieniem multimediów, czasem komentarzem do nich (i na odwrót, multimedialne prezentacje komentują bądź uzupełniają wypowiadane przez Ziemilskiego kwestie). W formie Mała narracja to niebanalny wykład w teatrze i teatr w formie wykładu. Podstawowe pytania, jakie Ziemilski zadaje sobie i nieżyjącemu już dziadkowi to jak to się stało? dlaczego? po co? gdzie był początek upadku? Dlaczego dziadek o ujmującym uśmiechu, dziadek, który czteroletniemu Wojtkowi pokazywał litery, dlaczego okazał się kimś innym, niż wszyscy dookoła sądzili? Wnuk Dzieduszyckiego szuka odpowiedzi na dręczące go pytania i niekoniecznie je znajduje. Gdzieś ostatnio przeczytałam, że dobra sztuka zadaje trudne pytania, a kicz znajduje na nie odpowiedzi. Według tej definicji Mała narracja jest sztuką (czasem bez anglosaskiego wsparcia trudno wyrazić się precyzyjnie, chodzi mi o art, nie o play) całkiem niezłą.

Na koniec sezonu teatralnego sama sobie zrobiłam prezent w postaci Tańca "Delhi" Wyrypajewa w Teatrze Narodowym. A Taniec "Delhi" wziął się stąd, że główną bohaterką wszystkich siedmiu sztuk - bo ten spektakl to siedem jednoaktówek, w których występują niby te same postacie, ale każda historia ma nieco inną konfigurację bohaterów, a Wyrypajew gęsto korzysta z autocytatów; te same zdania wypowiadane są przez różne postacie w odmiennych kontekstach, za każdym razem na szpitalnym korytarzu toczą się rozmowy skupione wokół śmierci innej osoby - otóż główną bohaterką wszystkich siedmiu sztuk jest tancerka Katia, która zachwyca innych swoim tańcem. Jej taniec narodził się w Delhi - Katia patrzyła tam z bliska na brud, biedę i choroby i tak mocno odczuła ból cierpiących, że musiała go przekuć na taniec. Tu zaczyna się wyrypajewskie papranie emocjonalne na temat tego, czy i jak ból jednego człowieka można zmienić w coś, co zachwyci innego, czy mamy do tego prawo i takie tam, jak to Wyrypajew. Przy czym dramaturg zaskoczył mnie tym razem o tyle, że nie prowokował ostrymi moralizatorskimi tonami, a jedynie ograniczył się do stawiania pytań - głównie o to, gdzie powinno się zaczynać i kończyć nasze poczucie winy i czy to nasz grzech, że z powodu tego samego wydarzenia jeden rozpacza, a inny się cieszy. Jak zwykle, Wyrypajew swoimi pytaniami mocno dawał widzom po głowie. Bardzo przypadła mi do gustu maniera, z jaką grali aktorzy - z jednej strony ich mowa i gesty były bardzo teatralne, nie dawali ani na chwilę zapomnieć, gdzie wszyscy się znajdujemy, z drugiej zaś strony - pod tą teatralną maską aż huczało od emocji. Najlepsza moim zdaniem była Gruszka (a wystąpili tam także stanowczo-łagodna Agata Buzek, idealnie drugoplanowa Beata Fudalej, nieco sztywny Paweł Paprocki, zimna jak należy Aleksandra Justa i słodka Kamila Baar) - nie piszę tak dlatego, że się w niej kocham, ale to naprawdę niesamowita aktorka. Znajoma, z którą poszłam na ten spektakl, a która po Lipcu do Gruszki i Wyrypajewa mocno się zraziła, podziela mój zachwyt i twierdzi, że Gruszka mocno odstaje w górę od reszty aktorów. Dopiero tuż przed wejściem do teatru przyznałam jej się, na co kupiłam bilety - w pierwszym odruchu chciała mnie zabić, w drugim - uciekać, ale potem przyznała, że warto było się przemóc, bo oswoiła Wyrypajewa dla siebie.

Po Tańcu "Delhi" zdążyłam na kawałek koncertu Anny Serafińskiej śpiewającej przed Teatrem Wielkim pieśni Chopina. Mocny, ciemny, czysty, choć niezbyt oryginalnej barwy głos, autentyczna radość śpiewania i serdeczność kierowana w stronę publiczności - tak zapamiętam ten koncert. 

Zapamiętam też z pewnością absolutnie czadowy koncert Lao Che. Pierwszy raz miałam okazję widzieć i słyszeć siedmiu nie zawsze wspaniałych na żywo. Są genialni. To co robią, robią z przekonaniem - i to się udziela. Często na żywo wokaliści miewają problemy z dykcją - Spięty nie zna tego problemu, bez trudu rozróżniałam słowa nawet tych kawałków, których wcześniej nie znałam. Po ich koncercie, na którym zagrali zbiór piosenek ze wszystkich swoich płyt, mogę powiedzieć jedno: ja chcę jeszcze raz!

Wybrałam się również na dwa koncerty organowe; jeden z nich odbył się w kościele św. Katarzyny przy Fosa, nazwiska organisty nie pomnę (gdzie mój program, gdzie mój program...), pamiętam, że grano m.in. Bacha, Brahmsa i Komedę. Kościół jest tak szkaradny, że musiałam zamknąć oczy, by móc się skupić. Przeszkadzały mi głośno stukające pedały, a kiepska akustyka odebrała dużą część radości z muzyki. Znacznie sympatyczniej wspominam koncert Jerzego Dziubińskiego, z mniej zróżnicowanym, a przez to robiącym wrażenie nie tak chaotycznego jak wcześniej wspomniany, repertuarem: Liszt, Franck, Brahms, Paderewski, sami romantycy. Zamierzam tam jeszcze wrócić.

Kiedy pisałam poprzednią notkę, zupełnie uleciały mi z pamięci co najmniej dwie przeczytane książki. Pierwsza to Adam Michnik. Biografia. Wymyślić to, co polityczne pióra Cyrila Bouyeure'a. Autor, francuski dyplomata i dziennikarz, podjął próbę umieszczenia nietuzinkowej postaci, za jaką uważa Michnika, w kontekście wydarzeń najnowszej historii i polityki Polski. Bouyeure dokłada starań, by brzmieć obiektywnie, ale darzy Michnika nieukrywaną sympatią i wydarzenia, w jakich Michnik brał udział przedstawia tak, by ten ostatni jawił się jako postać jednoznacznie pozytywna, mimo pewnych potknięć i popełnionych błędów. Tak sobie myślę, że ci, którzy za Michnikiem nie przepadają, nieraz się zirytują w trakcie lektury. Biografia Michnika jest jednak biografią jedynie z nazwy. Autor bowiem prezentuje szeroki kontekst historyczny i barwnie odmalowuje tło polityczne, na jakim działał Adam Michnik. Czytelnicy obeznani z najnowszymi polskimi dziejami mogą się zżymać, że opowiada im się oczywistości. Czytelnicy z tymi dziejami nieobeznani bądź obeznani słabo będą autora błogosławić za kronikę powojennej Polski w pigułce. Bouyeure szczęśliwie nie grzebie zbyt głęboko i bez potrzeby w najbardziej prywatnych częściach życiorysu Michnika, nad osobiste przeżycia działacza przedkładając jego życiorys polityczny.

Jakimś cudem udało mi się "zapomnieć wspomnieć" o jednej z najbardziej poetyckich podróży literackich, z jakimi się zetknęłam - mówię o Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka. Stasiuk dzieli się refleksjami z podróży po miejscach, które chyba tylko Norman Davies nazwałby Europą. Trasa jego wędrówki wiedzie przez małe miasteczka Słowacji, Węgier, Albanii, Mołdawii, Rumunii... Nie jest to świat piękny, tętniący, barwny; refleksje snute przez autora w czasie podróży przepełnione są melancholią, tęsknotą za czymś stałym, za zakątkami, gdzie można się ukryć przed pędzącym światem. Takie miejsca Stasiuk odnalazł dla siebie - i odkrył je dla nas.

Jak powiem, że wrócę z kolejnymi recenzjami już wkrótce, to nikt mi nie uwierzy, co? W takim razie - nic nie powiem. Ale hasta la vista!
21:08, agawa79 , Inne
Link Komentarze (4) »
czwartek, 24 czerwca 2010
Kupą, mości panowie
Głos spoza rzeczywistości wirtualnej przywołuje mnie do porządku. To już prawie dwa miesiące, pani kochana, od ostatniego wpisu - pogania. I straszy, że czytelnicy stracą cierpliwość.

Racja. Tego nie chcemy, bo przecież pisać lubimy, a jeszcze bardziej lubimy, jak nas czytają. Czas zatem zmobilizować klawiaturę, bo wszak to, że nie piszę, nie znaczy bynajmniej, że nie bywam, nie? Blog został zaniedbany na okoliczność, którą Białoszewski zgrabnie ujął pisząc o tym, jak z wiosennym podmuchem poczuł się pół-duchem, pół-dupem, który to stan buduje bardzo skuteczną zaporę pomiędzy ośrodkiem odpowiedzialnym za odbiór wrażeń a miejscem, które pozwala impresje przelać do edytora tekstu.

Ostatnie dwa miesiące obfitowały raczej umiarkowanie w wydarzenia odmóżdżające, a moja pamięć, przybierająca postać coraz rzadszego rzeszota, zapewne wyrzuciła w niebyt co najmniej połowę tak zwanych wyjść. Zamknę więc w pigułce te ostatnie dwa miesiące, zanim wylecą mi z głowy resztki wspomnień, które gdzieś tam jeszcze pieszczę. Składam przy okazji oświadczenie, że pisząc niniejszą notkę korzystam wyłącznie z zasobów własnej niepamięci, zatem jest całkiem możliwe, że w twardych detalach merytorycznych minę się tu i ówdzie z prawdą, choć postaram się tego uniknąć. Oczywiście.

Czytelniczo było do niczego. Urosła mi góra nieskończonych lektur, z których każda przerosła mnie w inny sposób. Porzuciłam Michała Hellera i jego Podglądanie Wszechświata - chyba spodziewałam się niższego poziomu i wyższej klarowności wykładów; obiecuję sobie wrócić jeszcze do tej pozycji. Odrzuciłam od siebie znany hymn na cześć manipulacji i fałszu, czyli osławione Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi Dale'a Carnegiego. Zniechęcił mnie jednostronnością i zajadłością Niezbędnik ateisty; natomiast Tuwima cegliszcze Pegaz dęba zwyczajnie zgubiłam, nad czym ubolewam. Nie po drodze było mi z lekturami. Chociaż, chociaż, przypominam sobie, że smagana wiosennymi powiewami przeczytałam dwie biografie: Wiele hałasu o nic, czyli Domosławski pisze Kapuścińskiego i autobiografię napisaną przez innego autora, czyli Open Agassiego.

Ten Domosławski mnie zadziwił. Ależ się rozemocjonowałam w trakcie lektury, ależ się nagardłowałam na Facebooku i na forum, że ten Domosławski jednostronny, niesprawiedliwy, nieszczery, nic dobrego w Kapuścińskim nie zobaczył, i jeszcze mu powywlekał i dał na piśmie różnym harpiom jakieś skandale, które nic nie mówią o nim jako o pisarzu (który to aspekt mnie najbardziej interesował), a przy okazji udało mu się trochę jednak mnie zniechęcić do czytania Kapuścińskiego i zburzyć naiwną wiarę w każde słowo tak zwanego mistrza. Nawet polazłam na spotkanie z autorem, które, o ile dobrze pamiętam, poraziło mnie lizusostwem (aczkolwiek lizusostwem moderato) skierowanym ku Domosławskiemu ze strony bardzo lubianego przeze mnie Żakowskiego oraz kompletnym zaślepieniem przez autora mojej osobistej królowej wywiadu, czyli Teresy Torańskiej. A dziś? Ledwo pamiętam, że to czytałam, a pytana o wrażenia odpowiadam wzruszeniem ramion.

Open wciągnęło mnie na amen. Zostało napisane przez zdobywcę Pulitzera, J. R. Moehringera, na podstawie nagranych przez Agassiego opowieści - Andre gadał do dyktafonu, a skromniś Moehringer ułożył wynurzenia tenisisty w historię i nie zgodził się na umieszczenie swojego nazwiska ani na okładce, ani w podziękowaniach. Nie jest to jednak zupełnie ważne wobec faktu, że Open pożarłam razem z obwolutą. Nie powala mnie własny styl, kiedy mówię o tekście, że jest "zachwycająco" lub "znakomicie" napisany (bo to takie pierdy, pod które można podstawić całe morze liter i słów), ale w tym przypadku tak właśnie jest. Od Open nie dało się oderwać, i z racji ładnej, zgrabnej, ale nie zbyt ozdobnej angielszczyzny, i przez wyczucie puenty, i dla poczucia humoru, nieraz wprawdzie dość jadowitego, którego nie dało się schować nawet w najsmutniejszych momentach opowieści - jak wtedy, kiedy Agassi opowiada o ojcu-dręczycielu, o rozpadającym się małżeństwie z Brooke Shields, czy o rzekomej nienawiści do tenisa. Dlaczego rzekomej? Ano, okrzyknięta najbardziej antysportową książką w dziejach biografia coś mi nie wygląda na sztandar awersji wobec tego sportu. Agassi, owszem, wyznaje wprost, że I hate tennis. Tylko że to wygląda na takie gadanie bez analizy i bez refleksji. Na pewno nienawidził tego, że ojciec kazał mu godzinami odbijać piłeczki wyrzucane przez maszynę zwaną smokiem. Na pewno nienawidził tych wszystkich przypadków, kiedy jego ojciec kazał przemęczonemu dziewięciolatkowi grać na pieniądze. Niechybnie frustrowało go odkrycie, że  oprócz gry w tenisa nie potrafi robić nic innego i że istnieje dla niego tylko jedna ścieżka kariery. Ale samego tenisa to on nie nienawidzi, i za każdym takim jego stwierdzeniem czułam, że lekko ściemnia albo nie do końca wie, co mówi. Tytuł Open też jest nieco mylący; rozumiany nie jako nazwa turnieju, ale jako przymiotnik oznaczający po angielsku szczerość nie do końca oddaje przekaz Agassiego - urokliwy tenisista mówi bowiem tylko to, co sam chce powiedzieć, a jeśli ma kaprys milczeć na przykład na temat rozstania ze swoim wieloletnim przyjacielem, to milczy i tyle mamy z jego bycia open. Z książki jednakowoż bucha ciepło uczuć wobec drugiej żony Agassiego, Steffi Graff, wobec ich dzieci, wobec trenera i przyjaciela tenisisty, Gila. Andre Agassi w brzydki sposób nie lubi tych, których nie lubi (Open to festiwal złośliwości w stosunku do rywali, Samprasa czy Beckera), ale jak już kocha, to kocha pięknie, wiernie i szczerze, i to jest w tej (auto)biografii najpiękniejsze.

Jutro aktualizuję wpis o doznania muzyczne, filmowe i teatralne z czasu milczenia. Tymczasem dobrej nocy! Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda. :)

22:18, agawa79 , Inne
Link Komentarze (14) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11