stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
poniedziałek, 10 maja 2010
Wystawa "Album żydowski" Wisny Lipszyc
Wczoraj w podziemiach katedry św. Floriana w Warszawie odbyło się otwarcie wystawy "Album żydowski" autorstwa Wisny Lipszyc, polskiej malarki żydowskiego pochodzenia, tworzącej m.in. w technikach malarstwa olejnego i tempery. Na wystawie obejrzeć można ok. 160 obrazów ukazujących historię narodu żydowskiego pędzla Wisny Lipszyc. Artystka malowała sceny biblijne ze Starego i Nowego Testamentu, sceny historyczne, np. z czasów okupacji i wojny z Rzymianami, portrety wielkich postaci związanych z narodem żydowskim, przedstawiała życie codzienne, religijne i zawodowe Żydów, nie pominęła w swojej twórczości bolesnego tematu zagłady Żydów podczas II wojny światowej.

Malarstwo Wisny Lipszyc nie jest awangardowe, nowoczesne, abstrakcyjne. Malarka mówi własnym głosem o sprawach dla niej ważnych. Jak pisze Wojciech Skrodzki w katalogu wystawy: "Dla przedstawianych przez siebie treści Artystka odnalazła zupełnie oryginalny i osobisty sposób artykulacji plastycznej, będący ni realizmem, ni powtórką którejś z funkcjonujących w sztuce stylistyk figuratywnych". Od siebie dodam, że mnie sztuka Lipszyc przywodzi na myśl skojarzenia z Chagallem w nieco smutniejszym i bardziej dosłownym wydaniu.

Autorka "Albumu żydowskiego" musiała pokonać wiele trudności, zanim udało się jej wystawić "Album w całości". Latami zwracała się z prośbą o pomoc w realizacji przedsięwzięcia do różnych instytucji kulturalnych; niestety, bezskutecznie. Wystawienia prac odmówiło jej m.in. Muzeum Sztuki Nowoczesnej (skomentowała tę odmowę następująco: "Ale nie jestem nowoczesna") oraz Muzeum Narodowe ("Nie jestem narodowa"). Dopiero spotkanie z księdzem Wojciechem Lipką niespodziewanie przyniosło przełom: wystawę otworzono w tzw. dolnym kościele katedry św. Floriana na warszawskiej Pradze. Wisna Lipszyc ciepło pisze o księdzu w katalogu: "To on jest Orędownikiem i Pośrednikiem: uzyskał zgodę Księdza Arcybiskupa Henryka Hosera SAC na zorganizowanie wystawy w Jaskini. Ale to nie jest Jaskinia Lwów, ale Jaskinia Zrozumienia, że nawet ludzie, którzy tak bardzo się różnią widzeniem rzeczywistości - mogą wspólnie coś zrobić, jeżeli jest dobra wola".

Otwarciu wystawy towarzyszył koncert chóru Clil, jedynego amatorskiego chóru żydowskiego w Polsce. Jak na amatorów wypadają jednak bardzo profesjonalnie, a pieśni w języku hebrajskim i jidysz w ich wykonaniu słuchało się z prawdziwą przyjemnością.

Oto jeden z obrazów Wisny Lipszyc. Zachęcam do obejrzenia wystawy, trwa ona do końca maja.


10:40, agawa79 , Inne
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 03 maja 2010
Japoński (podobno) Dzień Dziecka
Modelowy przykład tego, jak nieudolną organizacją zarżnąć świetny pomysł.

Krótki długi weekend spędziłam w Krakowie z czteroletnią córką. Zmęczona obcym tłumem w miejscach oczywistych (takich jak Rynek, Planty i Wawel, które trzeba wszak pokazać komuś, kto za świadomego życia w kulturalnej stolicy Polski nigdy nie był) wmieszałam się w tłum tubylców i poszłam z przyjaciółmi do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Wczoraj odbywał się tam Japoński Dzień Dziecka, który rozczarował mnie niemal równie mocno, co wydarty tubylcom przez najezdnych Kraków. *

Przybyłe na miejsce dzieci nie miały okazji zorientować się, że uczestniczą w dniu kultury akurat japońskiej. Zabrakło moderacji wydarzenia, jakiegoś wprowadzenia w klimat czy historię. Aby wziąć udział w jednej z nielicznych atrakcji, należało odstać dobre kilkanaście minut w kolejce. I tak stało się po własne imię wypisane po japońsku (o tym, jaki to język, dzieci musiały zostać poinformowane przez opiekunów), po wymalowanie na twarzy japońskiego słowa, do stołu, gdzie dzieci mogły własnoręcznie pokolorować wachlarze, nie sposób było się dopchać, a warsztaty tańca prowadzono w ciemnej głośnej sali, więc młodsze dzieci uciekały stamtąd przestraszone. Prawdziwy entuzjazm wzbudziły w dzieciakach jedynie puszczane na zewnątrz bańki mydlane. Ogólne wrażenie to jedynie chaos, gorąco i znudzenie. Podobno co roku historia się powtarza, więc gdyby ktoś zabłądził w okolice rzeczonego muzeum, to uprzedzam, że najbardziej interesujący jest sam budynek, szczególnie zaś oryginalna fontanna, której dno tworzy mozaika z rzadko ułożonych kamieni.
---
* W Krakowie byłam nie raz, nie dwa i nie trzy. Nigdy wcześniej nie przygnębił mnie aż tak ten wielojęzyczny tłum, zaliczający kolejne atrakcje według trzymanych w rękach przewodników. Być może zawsze Kraków był pozbawiony tak zwanej atmosfery, ale w młodzieńczym entuzjazmie i zachwycie architekturą tego nie dostrzegałam. Ale może jednak trafiłam na eskalację tłumu i wcześniej nie słyszało się pań opiekujących się Kościołem Mariackim, które podniesionym głosem mówiły do turystek: "Pani bierze na własne sumienie, żeby nie przeszkadzać modlącym się". Dla jasności - to nie ja byłam tą potencjalnie przeszkadzającą turystką. A i tak poczułam się w tym miejscu niechciana.
20:24, agawa79 , Inne
Link Komentarze (4) »
środa, 28 kwietnia 2010
Znowu "Lipiec", znowu Gruszka i Wyrypajew, tym razem obsypani
Mój absolutny numer jeden wszech czasów w kategorii spektakli teatralnych zdobył Grand Prix na XLV Międzynarodowym Przeglądzie Teatrów Małych Form Kontrapunkt w Szczecinie. Lipiec otrzymał również nagrodę publiczności.

Karolina Gruszka ponadto została wyróżniona nagrodą "Gwarancje kultury" dla najlepszej aktorki przez TVP Kultura.

Nie powiem: gratuluję. Powiem: a nie mówiłam?

 
06:48, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 kwietnia 2010
Zbiorowe zrzędzenie, specjalność bynajmniej nie polska
Wśród licznych pól, na których Polacy uważają się za wybrańców losu, specjalistów lub mistrzów, znajduje się talent do narzekania. Narzekamy, że jesteśmy wyjątkowo marudnym narodem, ale jest w tym jęczeniu pewna nutka dumy z faktu, że jesteśmy królami malkontentów. Czy rzeczywiście tak jest, czy też ulegamy złudzeniu, że trawa jest bardziej zielona za płotem, a ludzie "gdzie indziej" bardziej zadowoleni z życia? Wystarczy udać się w krótką podróż po serwisie Youtube, żeby zachwiać własną wiarą w szczególny polski dar malowniczego i wytrwałego psioczenia na rzeczywistość.

W języku fińskim istnieje wyrażenie "Valituskuoro", które używane jest w sytuacji, gdy wiele osób narzeka jednocześnie. Znaczy ono tyle, co "chór skarg". W 2005 roku Finka Tellervo Kalleinen i mieszkający w Finlandii Niemiec Oliver Kochta-Kalleinen zadali sobie pytanie: a gdyby tak potraktować to powiedzenie dosłownie? Skoro ludzie tyle energii wkładają w narzekanie - czemu by tej energii nie wykorzystać twórczo, jako paliwo dla artystycznego projektu? Taki był początek inicjatywy, która zdobyła rozgłos jako Complaints Choirs of the World.

Na pierwszy ogień poszło Birmingham. W warsztatach przygotowujących lokalny manifest malkontentów wzięli udział wszyscy chętni, choć jedynie niewielu z nich potrafiło śpiewać. Skargi zostały zgrabnie ujęte w piosenkę przez miejscowego muzyka Mike'a Hurleya. Oto owoc trudu partycypantów projektu:Za Birmingham poszły inne miasta. Genialny jest chór helsiński, mój ulubiony fragment to ten, gdzie śpiewacy wykorzystują znaną wszystkim aż za dobrze melodię Nokia Tune.

Mieszkańcy Gabriola Island to moi faworyci, jeśli idzie o dowcip i dystans do samych siebie. W pełni identyfikuję się z panią, która z przyganą w głosie mówi: People who eat everything and still stay thin. Tak. Też mnie tacy denerwują. Niestety, nie mam kodu do wstawienia video do notki, zatem musi wystarczyć link do niego.

Rozmach wzięli mieszkańcy Chicago i kreatywnie wykorzystując swoje niezadowolenie z życia wyprodukowali wielogłosową pieśń, będącą potępieniem miasta, Ameryki, ludzkości.

Chórów tych jest wiele, część można znaleźć na oficjalnej stronie projektu. Choć każde miasto ma swoje tubylcze bolączki, to łączy je przynajmniej kilka powtarzających się motywów. Chcemy pieniędzy, przyjaznej służby zdrowia i świętego spokoju. Gdyby wziąć owe narzekania całkiem serio, wyłoniłby nam się obraz przerażającego banału - ludzkość jest przyziemna, a człowiek człowiekowi czymś... mało przyjemnym. Wspólne narzekanie paradoksalnie odwraca porządek świata, jaki rysuje się w piosenkach. Choć inni nas denerwują, to jednak są nam potrzebni - przynajmniej po to, żeby na nich ponarzekać.

Na koniec dodam, że nie tylko Polacy ulegają złudzeniu, że tak jak oni narzekają, to nikt nie potrafi. Twórcy projektu regularnie otrzymują listy z miast, których mieszkańcy twierdzą, że mieszkają w najbardziej wypełnionym biadoleniem miejscu na świecie.

Miłego słuchania i oglądania!
16:28, agawa79 , Inne
Link Komentarze (5) »
czwartek, 22 kwietnia 2010
"Różyczka", a właściwie sam jej koniec
Nie spodziewałabym się, że film, który robił na mnie wrażenie, póki trwał, tak szybko ze mnie wyparuje. W związku z czym recenzji nie będzie poza krótkim "oglądable". Zapamiętałam właściwie tylko końcowy motyw muzyczny, niestety jego źródło wyleciało mi z pamięci niemal równie szybko, co treść Różyczki.



Dziś sobie przypomniałam, skąd to znam. Moja radość była tak wielka, że zdążyłam wysłuchać tej melodii ze dwadzieścia razy. Dobra, wiem, ckliwa jest. Kiczowata z lekka. Ale co ja poradzę, że mnie wzięło i trzyma.

Michał Lorenc złapał mnie tym:
(obrazki nieważne)

wtorek, 20 kwietnia 2010
Tlen, czyli czad. I nazwisko do zapamiętania - Wyrypajew.
Tlen, film, który przemknął przez kina dość efemerycznie. Zdążyłam jednak być na nim dwukrotnie. Pierwszy raz z pędu do zapoznawania się z twórczością Iwana Wyrypajewa jak leci. Drugi raz dla wzmocnienia wrażeń i sztachnięcia się życiodajnym gazem, dla rozkoszowania się obrazem i muzyką.

Tlenodajny film. Minęło kilka tygodni od projekcji, a on wciąż we mnie tkwi. Film jak żaden inny. Kompilacja teledysków, w których rewelacyjna mocna, klimatyczna muzyka stanowi tło dla melorecytacji dwójki aktorów - Karoliny Gruszki oraz Aleksieja Filimonowa.

Historia opowiedziana fragmentarycznie jest prosta: Sasza się zapomniał. Sasza nie pamiętał, że Bóg powiedział "Nie zabijaj". I zabił. Zabił swoją żonę, kobietę o krótkich ciemnych włosach i grubych palcach, bo nie była mu tlenem. Tlenem była za to dziewczyna o rudych włosach i męskim imieniu Sasza. Sasza miała męża, zarabiała na życie handlując swoim ciałem i paliła trawę. To jej Sasza szukał i to ją odnalazł.

Tlen nie przypomina żadnego filmu, jaki widziałam. Właściwie cały zachwyt, jaki stał się moim udziałem, wyraziście oddała już Klaudia. Chcę jednak, żebyście zwrócili w przyszłości uwagę na to nazwisko: Iwan Wyrypajew. Ma jedyny w swoim rodzaju ironicznie czuły sposób mówienia o świecie. O Rosji. O ludziach i o tym, co się dzieje między nimi. Prowokuje do myślenia i drażni. Urzeka pomysłami i oczarowuje oryginalnością. Esteta i myśliciel w jednym. Wierzę, że to, co robi, przetrwa.

Trailer:


Zanim dopadnę film na DVD:




22:11, agawa79 , Film
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 kwietnia 2010
Funeral Blues - Wystan Hugh Auden

W filmie Cztery wesela i pogrzeb partner zmarłego Garretha, mojego ulubionego filmowego sangwinika-hedonisty, żegna go wierszem Funeral Blues autorstwa Audena. Piękny to wiersz. Poezja w najlepszym możliwym wydaniu. Słychać w tych słowach rozdzierającą rozpacz człowieka, który został sam po odejściu kogoś, kto był dla niego światem. Smutek, który zrozumie chyba jedynie ktoś, komu w podobny sposób wyrwano z życia treść.


“Stop all the clocks, cut off the telephone,

Prevent the dog from barking with a juicy bone.

Silence the pianos and with muffled drum

Bring out the coffin, let the mourners come.


Let aeroplanes circle moaning overhead

Scribbling on the sky the message He is Dead,

Put crépe bows round the white necks of the public doves,

Let the traffic policemen wear black cotton gloves.


He was my North, my South, my East and West,

My working week and my Sunday rest,

My noon, my midnight, my talk, my song,

I thought that love would last forever: ‘I was wrong’.


The stars are not wanted now, put out every one;

Pack up the moon and dismantle the sun;

Pour away the ocean and sweep up the wood.

For nothing now can ever come to any good.”

Są takie czynności, które można wykonywać tylko w ojczystym języku – liczyć, modlić się, czytać poezję. Choć angielski znam na tyle, żeby mieć z niego na chleb i książki, to jednak zawsze bliższe mi będą polskie przekłady niż anglojęzyczne oryginały, nawet jeśli wobec tych oryginałów tłumaczenia okażą się ułomne, nawet jeśli nie do końca ukażą obcojęzyczną duszę wiersza. Kilku polskich tłumaczy zmierzyło się z Audenem, poniżej zamieszczam owoce ich trudu.

W wersji Czterech wesel z lektorem wykorzystano przekład Pawła Lesisza. Ten jest mi najbliższy, przemawia do mnie tak mocno i wyraźnie, a jednocześnie miękko, jak żadne z pozostałych tłumaczeń.

„Niech staną zegary, zamilkną telefony,

Dajcie psu kość, niech nie szczeka, niech śpi najedzony,

Niech milczą fortepiany i w miękkiej werbli ciszy

Wynieście trumnę. Niech przyjdą żałobnicy.


Niech głośno łkając samolot pod chmury się wzbije

I kreśli na niebie napis: „On nie żyje!”

Włóżcie żałobne wstążki na białe szyje gołębi ulicznych,

Policjanci na skrzyżowaniach niech noszą czarne rękawiczki.


W nim miałem moją Północ, Południe, mój Zachód i Wschód,

Niedzielny odpoczynek i codzienny trud,

Jasność dnia i mrok nocy, moje słowa i śpiew.

Miłość, myślałem, będzie trwała wiecznie: myliłem się.


Nie potrzeba już gwiazd, zgaście wszystkie, do końca;

Zdejmijcie z nieba księżyc i rozmontujcie słońce;

Wylejcie wodę z morza, odbierzcie drzewom cień.

Teraz już nigdy na nic nie przydadzą się.”

Piotr Plichta w Poezjach zebranych Audena (Wydawnictwo Miniatura) proponuje wersję, którą zamieszczam poniżej. Nie jest to przekład udany, tłumacz zwulgaryzował oryginał, pozbawił go gładkości i wyjałowił. Za bardzo widać w tym tłumaczeniu szwy, zbyt ewidentny jest wysiłek, jaki tłumacz włożył w swoją pracę; wysiłek nie zakończony niestety sukcesem. Czytać przekład Plichty to jak oglądać przyciężką w tańcu baletnicę, mylącą kroki.

„Odetnij telefon, zatrzymaj zegary,

Psom rzuć kość ze szpikiem, żeby nie szczekały.

Niech milczy pianino, a bębenek szemrze.

Wtedy otwórz trumnę: żałobnicy, wejdźcie!


Niechaj samoloty łkają nad głowami

Na błękicie nieba skrobiąc „On jest martwy!”

Wokół szyj gołąbków czarne paski zawiąż,

Czarne rękawice każ nosić gliniarzom.


Był moim Południem, Wschodem i Zachodem,

Był jako dzień pracy i niedzielny oddech,

Jak zenit i północ. On był pieśnią mą.

Miłość zaś trwa na wieki: w tych słowach tkwił błąd.


Gwiazdy – znać ich nie chcę! Pogaście je wszystkie!

Rozmontujcie słońce! I precz mi z księżycem!

Osuszcie ocean, wszelki las wymiećcie

Bowiem dobrze nigdy, nigdy już nie będzie!”

Cztery wesela wydane na DVD zawierają następujący przekład wiersza Audena (właściwie zadumionego psa i zagłębiającego się w czerni policjanta z drogówki należałoby pominąć litościwym milczeniem, ale może poprzestanę na zachowaniu nazwiska tłumacza dla siebie oraz dla posiadaczy rzeczonego wydania filmu):

„Zatrzymać zegary, odciąć telefony,

Niech już pies nie szczeka, kość je zadumiony,

Uciszcie fortepiany, a przy stłumionym bębnie

Wynieście już trumnę i wyjdźcie posępnie.


Niech samoloty szybują łkając nad domami

Kreśląc słowa na niebie: „Nie ma go już z nami!”

Zawiążcie żałobne wstęgi na szyjach gołębi,

Niech policjant z drogówki w czerni się zagłębi.


Był mą Północą, Południem, Wschodem i Zachodem,

Moim znojem w tygodniu i niedzielnym miodem,

Moim księżycem, nocą, rozmową i śpiewem,

Myślałem, że miłość jest wieczna. Pomyliłem z gniewem.


Niepotrzebne już gwiazdy, wszystkie je zabierzcie;

Księżyc spakujcie, a słońce rozbierzcie;

Wylejcie ocean i zamiećcie lasy,

Bo nic już dobrego nie będzie po wsze czasy.”

„Gdzieś w internecie” znalazłam również takie tłumaczenie - niestety nie mam pojęcia, kto jest jego autorem - miejscami może zbyt udziwnione (choć gdzie mu tam do plichtowego), miejscami trochę rażące niezgrabnymi sformułowaniami, ale nie najgorsze przecież.

„Zatrzymajcie zegary, wyłączcie telefony
Rzućcie psu kość smakowitą, niech śpi najedzony
Zdejmijcie palce z klawiszy, niech przy werblu cichym
Złożą trumnę na marach i wejdą żałobnicy.

Niech samoloty krążą, zawodząc nad głowami
I piszą na niebie skargę: „Nie ma go już między nami!”
Załóżcie wstęgi z krepy na świeżych gołębic szyje,
Niech w czarnych rękawiczkach policjant ruchem kieruje .

Był mą północą, południem, mym wschodem, zachodem moim,
Tygodniem pracy pełnym, niedzielnym relaksem po znoju,
Dniem jasnym i mrokiem nocy, rozmową, pieśnią w drodze.
Miłość miała być wieczna, pomyliłem się srodze

Nie chcę patrzeć na gwiazdy, pogaście je kolejno;
Zasłońcie szczelnie księżyc i zdemontujcie słońce;
Wylejcie oceany, powalcie korony drzew,
To wszystko na nic już, nigdy nie przyda się.”

17:59, agawa79 , Inne
Link Komentarze (16) »
Kontrolnie
Serwer odmówił publikacji standardowej długości wpisu. Sprawdzam, czy blox.pl się ze mną tak drażni, czy rzeczywiście wprowadzono ograniczenia. 
17:58, agawa79
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 kwietnia 2010
Trick, czyli szczękościsk
Gdyby ktoś mi powiedział, że z filmu, w którym gra Marian Dziędziel, w którym gra Karolina Gruszka, w którym gra Bartłomiej Topa, w którym gra Andrzej Chyra, wyjdę po trzydziestu minutach, bo nie będę w stanie wysiedzieć z nudów - nie uwierzyłabym. A jednak. Mrowie ukochanych aktorów nie było w stanie zatrzymać mnie przed ekranem, na którym bardzo serio i bez najmniejszego przymrużenia oka serwowano kompletnie niewciągającą historię porwania polskiego posła w Afganistanie i wciągania więźnia, skazanego za fałszowanie pieniędzy, w pomoc polskiemu rządowi celem ratowania rodaka przed terrorystami. Rzecz świetnie zagrana i zupełnie niestrawna. A ja tylko chciałam się lekko rozerwać...




00:16, agawa79 , Film
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 29 marca 2010
Goła baba, pełny serwis!
Monodram Goła baba napisany i wykonywany przez Joannę Szczepkowską to jeden z najlepszych prezentów teatralnych, jakie sobie zrobiłam. Z jednej strony był to prezent wyczekany przez lata, z drugiej - ślepy traf i szczęście w nieszczęściu.

Ale po kolei.

Do Szczepkowskiej wzdychałam sobie od ósmej klasy podstawówki, kiedy to zobaczyłam ją w teatrze TV w roli Kasi w Poskromieniu złośnicy. Niestety, nieletnia mieszkanka małego miasta sporo oddalonego od Warszawy mogła jedynie pomarzyć o zobaczeniu jej na żywo. No to marzyłam...

Potem to pragnienie jakoś mi zbladło i nawet kiedy już te parę ładnych lat temu zamieszkałam w stolicy, to jednak chęć zobaczenia Joanny Szczepkowskiej na żywo nie stała się dla mnie priorytetem. Okazja do przymierzenia wyobrażeń o wielkości aktorki do rzeczywistości nadarzyła się przypadkiem. We wrześniu zeszłego roku w teatrze Polonia odwołano duży blok spektaklu Romulus Wielki z powodu choroby Janusza Gajosa. Polonia ratowała się wtedy jak mogła przed stratami wynikłymi z tak poważnej wyrwy w repertuarze. Z prób załatania dziur narodził się pomysł, żeby Szczepkowska wystąpiła na deskach Polonii ze swoją Gołą babą. Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać, że jest okazja do obejrzenia tego przedstawienia. Popędziłam do teatru na złamanie karku. Warto było pędzić, warto, po stokroć warto.

Występ Joanny Szczepkowskiej w Polonii niepozbawiony był tak zwanego smaczku. "Każdy" słyszał, choćby przelotnie, o konflikcie na linii Szczepkowska - Janda. Przed monodramem słyszało się wśród publiczności, która nawiasem mówiąc dopisała tłumnie, szmerki zdziwienia na temat "TA aktorka w TYM miejscu". Spekuluję, że niejeden wielbiciel Polonii przyszedł na Gołą babę z ciekawości, jak niegdysiejsza oponentka wypadnie na tej szczególnej scenie. Nie twierdzę, że czekali na jakieś potknięcie, ale wyczuwało się ze strony widowni początkową nieufność i rezerwę. Było to wrażenie tak potężne, że tę nie najlepszą atmosferę mogłabym pokroić nożem. Lub zawiesić na niej siekierę. Do dziś nie posiadam się ze zdumienia, że reakcja widzów, milczących wszak, może być tak ewidentna. Aż mi chwilami żal było aktorki, że musi grać w takich warunkach. Stopniowo jednak, w miarę jak spektakl się rozwijał, Joanna Szczepkowska zdobywała kolejne bastiony nieufności wśród widzów - to jest jednak mistrzyni w swoim zawodzie - i czuło się, jak dystans publiki topnieje i zostaje zastąpiony przez żar zachwytu. Końcowe radosne szaleństwo widowni nie miało nic wspólnego z chłodnawym początkowym przyjęciem.

Monodram Szczepkowskiej składa się z dwóch części, z dwóch opowieści rywalizujących ze sobą artystek. W pierwszej poznajemy kobietę z parasolką. Kobieta z parasolką to artystka wysublimowana. Swe wyszukane artystyczne wizje przedstawia poniekąd wbrew publiczności, łaknącej rozrywki nietrudnej, nie wymagającej zaangażowania czy zastanowienia. Nieważne, że nudzi, nieważne, że jest nierozumiana. Nie boi się żadnej reakcji, żadnej krytyki, wszystko przyjmuje z pokorą, byle tylko pozostać na scenie. Szczepkowska w tej pierwszej części monodramu (zwanego przez nią "monokomedią") jest skupiona, subtelna, cicha i, przysięgam jak mi teatr miły, koszmarnie nudna. Zwłaszcza, kiedy milczy po starogrecku. Tak, tak, jestem jednym z widzów, których kobieta z parasolką się obawia, a którym jednak stawia mężnie czoła.

W drugiej części monokomedii pojawia się tytułowa goła baba. No, początkowo ubrana, ale wykrzykiwane przez komórkę co i raz "Goła baba, pełny serwis" nie pozostawia wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Pojawienie się gołej baby na scenie wprawiło mnie w chwilową konsternację. No bo jak to - kupiłam bilet na monodram, a na scenie pojawiła się inna aktorka! Już nie mówię o wyglądzie, bo ten można dość łatwo zmienić charakteryzacją. Ale ta druga była tak różna od tej pierwszej, i w sposobie mówienia, i poruszania się, i w temperamencie buchającym ze sceny, że wydawało się niemożliwe, jakoby i pod tą drugą skrywała się Szczepkowska.

Goła baba nie certoli się z subtelnościami własnego wnętrza. Czego publika chce - to publika dostanie. Chce prostackiego śmiechu, striptizu, chce być zabawiana bez kosztów w postaci wysiłku umysłowego - a proszę bardzo, goła baba rozbierze się, zabawi, a wszystko z dojazdem własnym. Moja ukochana scena spektaklu to ta, w której jeszcze nie goła baba przystępuje do rozbierania się. W pewnym momencie spogląda na publiczność i pyta zaczepnie: "No, na co czekacie?". Kiedy rozlegają się gromkie brawa, goła baba przywołuje widzów do porządku: "Nie to, nie to. ODWRÓCIĆ SIĘ!".

A finał - a finał jest smutny. Oto goła baba pakuje swój przenośny dobytek do starej walizki. Zdejmuje perukę, zdejmuje kostium. Spod niego wyłania się kobieta z parasolką, cała zawstydzona, że musi tak zarabiać na życie.

Interpretować ten monodram można różnie. Dla mnie to jest sztuka o chałturzeniu artystycznym, tak wyśmiewanym przez wielkich, którym się udało i którzy nie potrzebują rozmieniać się na drobne, żeby przeżyć i rzeczywistość im nie skrzeczy. A przy okazji dostaje się widzom, których gusta zostają lekko wykpione i którym sztuka pokazuje, jak łatwo dają się zmanipulować.

Tak - Gołą babę ogląda się przepysznie, i jeśli jeszcze kiedyś będzie okazja do obejrzenia jej występu, to szczerze do tego zachęcam. Choćby po to, żeby się zdumieć przemianą aktorki z kogoś innego w kogoś innego.

---

A w następnych odsłonach obiecuję wrócić do filmów i książek, może ruszę z miejsca z nieopisanymi dotąd wystawami. W każdym razie obiecuję się postarać.
11:15, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11