stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
poniedziałek, 22 marca 2010
Szybko, szybko. A i tak zginiemy w zupie.
Wczoraj był Światowy Dzień Poezji. Dowiedziałam się o tym z bloga Nutty (dzięki!) - nawiasem mówiąc, ręka do góry, kto miał pojęcie, że taki dzień istnieje i jest celebrowany? Ja nie. 21 marca został ustanowiony Dniem Poezji przez UNESCO w 1999 roku. Piszmy, czytajmy, publikujmy poezję i nauczajmy jej - postulują inicjatorzy ruchu. Nie piszę wprawdzie, nie publikuję ani nie nauczam, za to czytam wiersze i poematy pasjami i z rozkoszą, ba, czasem skrobnę jakieś małe tłumaczenie do szuflady. Zanim Dzień Poezji za bardzo się od nas oddali, zachęcę (a może zniechęcę) Was do czytania poezji pewnym wierszem Stanisława Barańczaka. Chciałam ten wpis umieścić tutaj już wczoraj, ale - jakże znamienne w obliczu treści wiersza! - nie zdążyłam. Dedykuję ten wiersz wszystkim, którzy czują się uczestnikami cywilizacji pośpiechu. Tym, co gonią w piętkę, pędzą na łeb na szyję, którym niezałatwione sprawy dyszą w kark i walą się na głowę, którym deadline'y świszczą koło ucha.

Barańczak napisał 24 wiersze do cyklu pieśni
Podróż zimowa autorstwa Franza Schuberta, który z kolei skomponował 24 melodie do słów poety romantycznego, Wilhelma Müllera. Słowa Barańczaka w żadnym stopniu nie są przekładami wierszy niemieckiego poety, jednakże zawdzięczają mu inspiracje sytuacyjne, tematyczne, fonetyczne. Dzieła Barańczaka należy traktować jako twory odrębne. Można patrzeć na nie jak na teksty pieśni lub utwory oderwane od muzyki, po prostu wiersze do czytania.

Oto Pieśń XIII. Pogodnej lektury.

Mój zegarku, niepotrzebnie drwisz:
no, o czym znów zapomniałem dziś
na śmierć?
No, o czym znów zapomniałem dziś
na śmierć,
na śmierć?

Mam wziąć pigułkę? wysłać czek?
Obalić Zło? wynaleźć lek?
na śmierć?
na śmierć?

Mam wziąć pigułkę? wysłać czek?
a śmierć? a śmierć?
I skazać Zło, i znaleźć lek
na śmierć?
na śmierć?

Czy to elektroniczne "bip"
czy jakiś inny mowy typ
zna śmierć?
czy jakiś inny mowy typ
zna śmierć,
zna śmierć?
14:05, agawa79 , Inne
Link Komentarze (2) »
środa, 17 marca 2010
Czasem pochwalić się muszę, inaczej się uduszę. Albo kogoś.
Dumna jestem nieprzytomnie z kolejnego wyróżnienia Kreativ Blogger - tym razem od - tadam! - Padmy. Bardzo dziękuję.

I przy okazji wyjaśnię, że przerwa w pisaniu nie była bynajmniej spowodowana brakiem materiału, a pewną niemocą, że tak sobie użyję wielkiego słowa, twórczą. Ale jak tylko minie zima (wewnątrz i na zewnątrz), to znowu zacznę regularnie się zwierzać z tego, co myślę. Albo z tego, co mi się wydaje, że myślę.

Stay tuned.
20:34, agawa79
Link Komentarze (9) »
Rok magicznego myślenia - Teatr Studio
W Teatrze Studio skromnie ubrana Ewa Błaszczyk wchodzi na malutką ciemną scenę, na której stoi jedno krzesło, i wypowiada tekst, który stawia bolesny znak równości z jej własnym życiem.

Rok magicznego myślenia to opowieść kobiety, której mąż zginął w wypadku, a córka leży w szpitalu pogrążona w śpiączce. Bohaterka spektaklu mówi o tym, co najtrudniejsze, kiedy odchodzą bliscy - o braku własnej zgody na to odchodzenie. Gubi się w swoich odczuciach; z jednej strony zdaje sobie sprawę z tragedii, z drugiej - sama nie chce w nią uwierzyć i próbuje oszukać sama siebie, odwlekając moment, w którym będzie musiała stanąć twarzą w twarz z prawdą - że mąż odszedł i nie wróci, że stan córki nie rokuje nadziei.

Nie da się zapomnieć podczas tego monodramu o osobistym dramacie wykonującej go aktorki. Nie umiem znaleźć słowa na wrażenie, jakie zrobił na mnie fakt, że Ewa Błaszczyk grając w Roku magicznego myślenia gra samą siebie - a przy okazji każdego, kto doświadczył odejścia kochanej bliskiej osoby. Że to niesamowite? Niezwykłe? Mocne? Wszystko wydaje mi się tak banalne i nieadekwatne. Bo ten spektakl, dzięki Ewie Błaszczyk, to teatr, który staje się prawdziwym życiem. Ewa Błaszczyk gra, nie szantażuje widza własnymi prywatnymi emocjami - a z drugiej strony nie sposób pojąć, w jaki sposób, i czy w ogóle, aktorka potrafi oddzielić osobiste przeżycia od tekstu, który wypowiada na scenie. Nie wiem. Wiem tylko, że w czyimś innym wykonaniu rym między życiem a sztuką nie dałby się usłyszeć tak wyraźnie.

Oszczędność środków użytych w tym spektaklu odsłania prawdziwą rozpacz jego bohaterki. Rok magicznego myślenia jest skromnym, nienachalnym przedstawieniem, nie narzuca się widzowi z bólem i krzykiem, nie - cichym głosem aktorki sączy się w duszę i długo nie daje o sobie zapomnieć i przestać myśleć.

Aktualizacja:

Jedna z moich uważnych czytelniczek, a zarazem czujna i skupiona współuczestniczka wieczoru w Teatrze Studio przytomnie zwróciła mi uwagę, że mąż bohaterki nie ginie bynajmniej w wypadku, ale umiera przy niej. Rozmawiają po powrocie do domu, on nagle osuwa się na podłogę, ona początkowo sądzi, że to niemądre żarty, a tak zaczyna się dramat. Bardzo przepraszam za to przeinaczenie, niestety mózg mam jak rzeszoto, w dodatku rozdarte w kilku miejscach. Monodram tak czy inaczej z całego serca polecam.
20:20, agawa79
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 marca 2010
"Cuda w budzie" - Teatr Lalka
W czasie, gdy kilka starych impresji gnije w szkicach (no dobra, przyjmijmy, że nie gnije, a wylęga się i dojrzewa), chcę się z Wami podzielić wrażeniami z wczorajszego wyjścia do Teatru Lalka na przedstawienie Cuda w budzie, czyli Demo Teatru Lalka. Wyjście niezaplanowane, prawie zupełnie spontaniczne, bo bilety rezerwowane były w ostatniej chwili, wyjście na spektakl, o którym nie wiedziałam nic - okazało się strzałem w dziesiątkę.

Cuda w budzie odsłaniają kulisy powstawania spektaklu i ukazują teatr od technicznego środka. W Cudach wykorzystano fragmenty przedstawień z całej historii Teatru Lalka, najróżniejsze rekwizyty, kostiumy, piosenki, które te same mury już widziały i słyszały przez ostatnich 60 lat. Wystawiony w konwencji próby teatralnej Czerwonego kapturka, spektakl uzupełniony został o miniaturowe wykłady dotyczące teatralnej nomenklatury - wykłady głównie w formie piosenek lub zabawnych scenek z życia aktorów. Mój sześcioipółletni syn zamarzył po takim wprowadzeniu o karierze inspicjenta.

Cuda w budzie zaczynają się w foyer. Aktorzy w strojach "każdy z innej bajki" przechadzają się wśród dzieci, wciągają je w zabawy, grają na instrumentach i trzymają widzów w zawieszeniu. Nie spodobał mi się ten początek, wydał mi się hałaśliwy, chaotyczny i donikąd nie zmierzający. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że czeka mnie miks z historii tego konkretnego teatru, a przy okazji przegląd kłopotów i radości typowych każdemu teatrowi na ziemi. Kiedy aktorzy przeprowadzili widzów na widownię, kiedy zaczęli nam grać i śpiewać, doceniłam całą spójność spektaklu. Wyobraźcie sobie, że stoicie w starym teatrze i słyszycie echa wszystkich wydarzeń, jakie miały tu miejsce. Takie to jest właśnie widowisko - odsłaniające swoją historię, wraz z sukcesami i porażkami.

Pokochałam ten spektakl z wielu powodów. Za humor i dystans, z jakim aktorzy śmieją się sami z siebie, ze swoich strachów i porażek. Za atmosferę starego teatru, którym się widza uwodzi. Za staranność przygotowania charakteryzacji, kostiumów i rekwizytów. Za wspaniałe piosenki, których klimat przypomina nieco moją ulubioną Piwnicę pod Baranami. Za cytaty z klasyków dramatu i puszczanie oka do bardziej dorosłych widzów, jak np. wtedy, gdy ojciec Czerwonego Kapturka, drwal, przychodzi zmęczony do domu i oświadcza: "Ale się narąbałem". Za to, że siedziałam oczarowana jak dziecko, a aktorka o niebanalnej twarzy i pięknych rudych włosach patrzyła mi prosto w oczy, kiedy śpiewała, że w teatrze dorosły jest jak dziecko. Za to, że po przedstawieniu aktorzy podchodzili do widzów, żegnali się, dziękowali. Tak miło było powiedzieć wyżej wspomnianej aktorce prosto z serca, co myślę o tym spektaklu.

Aktorzy to ogromna siła i sama istota tego teatru. To nie są celebryci, to nie są twarze czy nazwiska znane wszystkim. Ci aktorzy pokazują się czasem w serialach czy reklamach - ale serce przynoszą i otwierają w teatrze dla dzieci. Ich miłość do tego miejsca promieniuje i urzeka. Cuda. Prawdziwe cuda w budzie.
08:17, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 lutego 2010
Ale jestem super
Początki pisania tego bloga były dla mnie tak stresujące, że zamknęłam go dla publiki, bo wątpiłam, czy kogoś ta pisanina w ogóle zainteresuje (nie, nie kokietuję, tylko spowiadam się z kompleksów). A tymczasem okazało się, że mam całkiem sporo czytelników, w tym komentujących (wszystkim dziękuję) i nawet dostałam dwa wyróżnienia Kreativ Blogger i po prostu puchnę z dumy. :)

Jedno wyróżnienie pochodzi od Maniiczytania - przy czym uczciwie przyznaję, że taka bezkompromisowa jestem głównie wirtualnie, w realu prezentuję na co dzień więcej odcieni szarości.

Drugie wyróżnienie dostałam od Mdl2 - no i się strasznie cieszę, choć obawiam się, że wyróżnienie jest nieco nawyrost, bo czuję, że tak naprawdę nie jestem nawet w 10% tak wszechstronna, jak we własnej wyobraźni. ;)

Zdaje się, że teraz powinnam sama pojechać z moimi wyróżnieniami, ale cóż, według charakterystyki mojego znaku zodiaku* jestem organicznie niezdolna do podjęcia decyzji. To znaczy jestem, ale ten proces trwa zazwyczaj około dwóch lat, więc na ogłoszenie wyników mojego prywatnego głosowania zapraszam w lutym 2012.

I jeszcze raz dzięki, dziewczyny.

- - - -
* Nie żebyśmy wierzyli horoskopom, ale czasem bywają zadziwiająco trafne. Przynajmniej jeśli chodzi o wytknięcie braku umiejętności dokonywania wyboru w moim przypadku.
18:22, agawa79 , Inne
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lutego 2010
Łańcuszek książkowego szczęścia
Zostałam wciągnięta w korowód książkowo-łańcuszkowy przez Mdl2, zatem spieszę do spowiedzi.

Pytanie pierwsze. Jaka niedawno przeczytana książka "nie pozwoliła ci zasnąć" - bo tak mocno wzruszyła, zainspirowała, wystraszyła albo pobudziła do myślenia?

Jeśli uznać, że kwiecień ubiegłego roku to "niedawno", to bez wahania wskazuję biografię Lucy Maud Montgomery The Gift of Wings pióra Mary Henley Rubio. Jedna z moich najważniejszych lektur ever. Biografka przez trzydzieści lat zbierała materiały do książki i udało jej się bardzo rzetelnie przedstawić życie pisarki. Postać Maud, jaka wyłania się z tej biografii, niewiele ma wspólnego ze słodkim sentymentalizmem jej powieści i opowiadań. To gorzki, rozczarowany życiem człowiek, boleśnie trójwymiarowy, prawdziwy. W tej książce i w życiu Maud można odnaleźć bardzo wiele odniesień do rzeczywistości wokół i we własnym wnętrzu. Chwilami tak mocno "wchodziłam" w życie LMM, że wydawało mi się, że nie zniosę więcej całego jej bólu, wstydu i rozczarowania. Rubio przedstawiła pisarkę obiektywnie, nie szczędząc czytelnikowi brzydszych stron jej życiorysu, osobowości czy zachowań. Zrobiła to jednak z wielkim taktem, bez chęci szukania sensacji, bez paskudnego odbrązowiania LMM na siłę. Skrupulatnie wychwyciła te fragmenty pamiętników pisarki, w których mijała się ona z prawdą, ale zrobiła to ze zrozumieniem motywów, dla których LMM kreowała alternatywną rzeczywistość w prywatnych zapiskach. Biografka sprawiła, że czytelnik doskonale rozumie Maud - i nie ma chęci jej oceniać. Aż chętnie oddałoby się w jej ręce własny życiorys.

Pytanie drugie. Którego autora (może być nieżyjący) chciałabyś poznać osobiście i zasypać pytaniami na temat życia, wszechświata i całej reszty?

Mam dwóch kandydatów na takie tete-a-tete: dwóch poetów, dwóch myślicieli, dwóch intelektualistów, dwóch mądrych mężczyzn. Obaj mnie fascynują, inspirują, uczą myśleć, porażają głębią umysłów, wiedzą, erudycją. Jeden to wielokrotnie wspominany tu Tadeusz Boy-Żeleński. Drugi - to również wielokrotnie wspominany Josif Brodski. Trudny to wybór. Brodski trafia w głąb mnie samej. Żeleński pokazuje prawdę o rzeczywistości wokół i drogę naprzód. Czy bardziej potrzebuję zrozumieć świat, czy siebie samą? Nie wiem. Pozostawiam pytanie otwarte, do czasu, gdy się dowiem.

Pytanie trzecie, last but not least. Jaką dawno przeczytaną i zapomnianą książkę chciałabyś odkryć na nowo, po latach, albo zobaczyć wydaną w księgarni?

Chciałabym na nowo przeczytać Portret artysty z czasów młodości Joyce'a, po tych dwunastu latach od pierwszego spotkania. To jest książka, która w dużym stopniu ukształtowała mój światopogląd (może nie tyle obecny, co ten obnoszony i piastowany przez jakąś dekadę) i ciekawie byłoby sprawdzić, czy ta powieść nadal ma ten chory, urzekający, duszny wdzięk; czy nadal Joyce ma nade mną władzę. Przypuszczam jednak, że od tamtego czasu Joyce się zestarzał, a ja wyzwoliłam się spod jego wpływu i dziś drażniłby mnie patosem, jednostronnością i brakiem poczucia humoru. Może sprawdzę, czy tak jest rzeczywiście. A może nie.

Update: ponieważ osoba wybrana przez los do odpowiadania na zadane przeze mnie pytania nie da rady (szkoda! bardzo byłam ciekawa :)), wycinam je i przechowuję na przyszłość - a nuż się przydadzą w innej zabawie. W niewirtualu pozadaję je i tak. :)
poniedziałek, 08 lutego 2010
"Tartuffe" w Teatrze Narodowym
Rozkoszne oblicze teatru. :)

Tartuffe albo szalbierz Moliere'a w Teatrze Narodowym, znany szerzej jako Świętoszek, to kolejny spektakl w tym teatrze, który oglądałam z niekłamaną przyjemnością. Jeśli ktoś nie pamięta ze szkoły, o czym ta komedia jest, odsyłam tutaj. Przedstawienie z Narodowego, choć zagrane w strojach z epoki i nie uwspółcześnione scenograficznie ani odrobinę, okazuje się wybitnie trafnym komentarzem choćby do dzisiejszego stylu tworzenia polityki, gdzie bardziej niż sprawy merytoryczne liczy się tworzenie pozorów i uwodzenie otoczenia manipulacjami i nieszczerością.

Z Tartuffe'a wyszłam z bolącymi mięśniami twarzy. Zaczęło się od pojawienia się na scenie Anny Chodakowskiej w roli Pani Pernelle'a, matki Orgona. Chodakowska zawsze powoduje u mnie mimowolne rozdziawienie szczęk - przepadam za jej energiczną szorstkością, jaką emanuje ze sceny. Nawet z wózka, na którym usadzono ją jako starszą panią, dominuje, nie dopuszcza innych do głosu, rządzi i nie daje się przekonać. Pysznie zagrane. W miarę rozwoju akcji coraz częściej przyłapywałam się na uśmiechu od ucha do ucha (nie mogłam przestać!) i parskaniu w plecy osobie przede mną.

Tartuffe to całe stado prześwietnych aktorów, z których każdy jest wielki indywidualnie, a jednocześnie tworzy całość z resztą. Każda rola jest w tym spektaklu znakomita sama z siebie i spleciona z pozostałymi - żaden z aktorów nie odstaje od reszty, nie odrywa się od peletonu w pokusie zabłyśnięcia przed innymi, nie gwiazdorzy po to, by jego blask jaśniał mocniej niż innych wykonawców. Aktorzy są na scenie razem, dzięki czemu widz odnosi wrażenie spójności sztuki oraz miłe poczucie, że gwiazdy występują dla niego, a nie dla własnej sławy i chwały.

Jerzy Radziwiłowicz, czyli Orgon, zaślepiony rzekomym urokiem Tartuffe'a do tego stopnia, że nie waha się oddać mu majątku i ręki ukochanej córki, Marianny, mimo iż ta ostania wolałaby śmierć niż małżeństwo z człowiekiem budzącym w niej odrazę, genialnie pokazuje naiwność granej przez siebie postaci. Widać, że strasznie chciałby wszystkim dogodzić, ale w obliczu niemożności pogodzenia sprzecznych interesów staje murem za Tartuffe'em i głuchnie jak pień na głosy krytykujące uwielbianego przezeń świętoszka. Przezabawny, jednocześnie wzbudza poczucie pewnego żalu, że można do tego stopnia dać się zwieść (skojarzenia z betonowymi żarliwcami stającymi murem za swym guru nasuwają się same, natrętnie). Trzeba mu prawie-uwiedzenia żony, żeby otworzyły mu się niedostrzegające rzeczywistości oczy. Radziwiłowicz buduje swoją rolę m.in. dzięki zabawnym gestom, takim jak ten przy zdejmowaniu butów, czy wyrzucanie rąk w górę w chwilach przejęcia, co rozbawia publiczność i czyni ten występ charakterystycznym na tyle, by nieprędko go zapomnieć.

Prawie-uwiedziona żona Orgona, Elmira, grana przez Danutę Stenkę, z początku rozczarowuje pewnym usztywnieniem, jednak w scenie mającej na celu zdemaskowanie Tartuffe'a przed niedowierzającym Orgonem jej talent komediowy objawia się z całą mocą. To stukanie głową w stół spod roznamiętnionego Tartuffe'a, mające wywołać z ukrycia męża zanim sprawy zajdą za daleko! Pierwszorzędna scena.

Rola córki Orgona, Marianny, nie jest specjalnie wymagająca, a jednak Karolina Gruszka i tutaj przyciąga uwagę widzów i zachwyca młodością i świeżością. Ani na moment nie wychodzi z roli - najpierw zakochanej kokietki, potem zrozpaczonej narzeczonej Tartuffe'a. Co w niej lubię to to, że w każdej odsłonie jest inna, nie paraduje po scenie obnosząc własną osobowość, ale jest tam wyłącznie w roli i dla roli. Słychać, że bardzo pracowała ostatnimi laty nad swoim głosem i pozbyła się takiego charakterystycznego dla niej zaśpiewu.

Sam Tartuffe, czyli Wojciech Malajkat, wydaje się najsłabszy z plejady, choć gra wyśmienicie. Trafił jednak na mocną grupę, wśród której niełatwo się wyróżnić. Owszem, leżałam ze śmiechu, kiedy pierwszy raz pojawił się na scenie i sztucznie zbolałym głosem, na tyle słabym, żeby wszyscy uwierzyli w jego umęczenie, i na tyle głośnym, by nikt nie miał wątpliwości, że właśnie zakończył pokutę, kazał słudze schować włosiennicę i dyscyplinę, którą właśnie się biczował. Nie do końca przekonał mnie jego pierwszy wybuch namiętności wobec Elmiry. Oczekiwałam, że pod pozorem chłodu i pobożności trawiący Tartuffe'a ogień nie pozostawi wątpliwości co do temperatury jego uczuć. Tymczasem Tartuffe w wykonaniu Malajkata pozostaje na początku wewnętrznie zimny i nieprzekonujący. Znacznie lepiej wypada we wspominanej wyżej scenie prawie-uwiedzenia Elmiry, gdzie zdziera do końca maskę i przestaje się kryć za pozorami. Nadal jednak jest to bardzo dobra, na poły zabawna, na poły przerażająca obłudą postać.

Moim osobistym numerem jeden jest jednak w tej sztuce Beata Ścibakówna, grająca rolę Doryny, dziewczyny do towarzystwa i powiernicy Marianny. Do niej należy ten spektakl. Ścibakówna kojarzyła mi się dotychczas raczej z niezadowolonymi z życia snującymi się po scenie nimfami w zaawansowanym wieku, ale niniejszym z radością odwołuję mój dawny sceptycyzm wobec tej aktorki. Jako Doryna Beata Ścibakówna jest prześmieszna, ironiczna, pewna swoich racji, żywiołowa, mądra mądrością prostego ludu i przenikliwa. Chwila, w której krzyczy do Marianny broniącej się apatycznie przed wciągnięciem w spisek mający połączyć ją z ukochanym Walerym "Pani będzie Tartufficą", to najzabawniejszy tekst spektaklu, dzięki komediowemu talentowi Ścibakówny. Boskie. "Tartuffica" prześladowała mnie jeszcze na drugi dzień, zwłaszcza w chwilach, kiedy życie oczekiwało ode mnie zachowania powagi.

Na koniec muszę wspomnieć o przekładzie sztuki, dokonanym przez Jerzego Radziwiłowicza. Dzięki ładnej polszczyźnie i uwspółcześnieniu języka w porównaniu z tłumaczeniem Żeleńskiego tekst spektaklu łatwo jest rozumieć i śledzić. Sama jednak jestem zwolenniczką może bardziej staroświeckiego, ale też i piękniejszego literacko i bardziej zawadiackiego tłumaczenia Boya. Dla porównania wrzucam dwa pierwsze z brzegu tłumaczenia tego samego fragmentu - początek sceny piątej aktu pierwszego, słowa Kleanta, szwagra Orgona. Tak brzmi on w wersji Radziwiłowicza:

Prosto w nos, szwagrze, z ciebie się naśmiewa,

Bardzo bym nie chciał, żebyś się rozgniewał,

Ale ci szczerze powiem, że ma rację.

Kto kiedy słyszał o takim dziwactwie?

Czy dzisiaj może ktoś cię tak opętać,

Żebyś o niczym przy nim nie pamiętał,

Nędzarza w domu otaczał opieką,

Wreszcie do tego doszedł...

 

A oto wersja Boya-Żeleńskiego:

 

Prosto w nos ci się śmieje, snadź za dudka ma cię;

a choć nie chcę bynajmniej rozgniewać cię, bracie,

że słuszne są jej drwiny, wyznam ci otwarcie.

Gdzież kto widział podobne opętanie czarcie?

Czyżby ten człowiek władał czarami, lubystkiem,

żeś dla niego, mój bracie, zapomniał o wszystkim,

żeś go z nędzy wydobył swą kapryśną chętką,

a teraz na dobitkę...


Słabszy od mojego ulubionego przekład nie jest jednak absolutnie powodem, aby omijać Tartuffe'a. Ten spektakl to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy cenią mądre, klasyczne, dobrze zagrane komedie.
22:18, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (4) »
piątek, 29 stycznia 2010
Folk na Łotwie

Z braku weny do pisania o Tartuffie i jednocześnie wiedziona niechęcią do świecenia blogopustkami przez okres dłuższy niż kilka dni wstawiam (mam nadzieję, że wstawiam) video z festiwalu folkowego na Łotwie. Łotwa jest jedynym - a na pewno jednym z nielicznych - krajem w Europie, gdzie muzyka ludowa jest ciągle żywa. Połowa Łotyszy śpiewa w chórze, każdy z nich zna setki pieśni. Nie dziwię się, że chcą się tych pieśni uczyć, skoro one tak brzmią. :) Na video widać ogromny tłum śpiewaków. Początkowo sądziłam, że to publiczność, a tymczasem okazuje się, że to chór. Niezły chór, co?
poniedziałek, 25 stycznia 2010
"Wassa Żeleznowa" w Och-Teatrze
Zgodnie z zapowiedziami, nowy teatr Krystyny Jandy, Och-Teatr, stworzony w budynku dawnego Kina Ochota, miał być sceną z ofertą dla młodszego widza, bardziej nowoczesną i z ostrzejszym pazurem niż repertuar teatru Polonia. W świetle tych deklaracji wybór spektaklu na inaugurację nowej sceny dziwi, i to bardzo. Trącąca myszką Wassa Żeleznowa Gorkiego jako sztandarowy spektakl raczkującego teatru nie zachęca do wejścia w bliższą relację z tym miejscem.

Wassa Żeleznowa ma w życiu pod górkę. Urodziła dziewięcioro dzieci, z których przeżyła tylko trójka. Syn jest kaleką, po tym jak Żeleznow kopnął ciężarną Wassę w brzuch. Jedna z córek, Luba, jest, jak mówi Wassa, "niezdolna do nauki" - upośledzona. Druga z żyjących, Natalia (w tej roli histeryczna Joanna Kulig) pije, pali i się buntuje. W domu panuje przemoc, chłód uczuciowy, emocjonalne szantaże, pojawia się problem pedofilii; na kłopoty z rodziną nakładają się problemy finansowe. Wassa, żeby ratować rozpadające się przedsiębiorstwo, nie waha się przed popełnieniem zbrodni. Że happy endu nie będzie, wiadomo od początku.

Z tym spektaklem wszystko jest jakoś nie tak. Wyszło mdło, staroświecko, mało dramatycznie. Między poszczególnymi postaciami dramatu nie ma żadnego napięcia, każdy jest na scenie jakby dla siebie i dla siebie wypowiada swoje kwestie. Lubię w teatrze się zatracić i zapomnieć, gdzie jestem; tym razem przez cały czas byłam świadoma, że to tylko teatr i oni wszyscy jedynie udają. Nie wiem, być może spowodował to układ sceny, ustawionej pośrodku tak, że widzowie siedzący po obu jej stronach widzą się nawzajem. Nawet kiedy Żeleznow (Jerzy Trela, wyszedł na scenę, potańcował, poironizował sztucznie) okłada Wassę sznurem, na którym ona wcześniej kazała mu się powiesić - dla dobra rodziny, aby nie przepuszczał już więcej topniejącego majątku - to nic mnie to nie obeszło.

Grająca niepełnosprawną umysłowo Lubę Justyna Schneider nieco przeszarżowuje ze środkami wyrazu - to machanie rączkami wokół twarzy, przekrzywianie głowy, dziwny płacz - aż chce się powiedzieć: eeetam, nuda, oczywistość i jazda na stereotypie. Lidia Sadowa, grająca Annę, zaufaną służącą Wassy, również nie zachwyca. Świetna była jako entuzjastyczna, rozedrgana zakonnica w Wątpliwości, natomiast w Wassie niczym nie zaskakuje, nie robi swoją rolą wrażenia. Żadnego. Wspominaną wyżej Joannę Kulig pamiętam z Szansy na sukces z piosenkami Grzegorza Turnaua. Między ciszą a ciszą zaśpiewała tak, jak Turnau nigdy by nie umiał i czasem zastanawiałam się, co się z tą dziewczyną dalej stało. Niedawno dowiedziałam się, że została aktorką, a kiedy pojawiła się na deskach Och-Teatru - zawiodła. Jak większość aktorów w tym przedstawieniu, jej gra jest taka oczywista, pozbawiona niuansów nadających głębię postaci, nieświeża.

O grze Jandy w tytułowej roli aż mi przykro pisać. Niestety, widać wyraźnie, że aktorka ma za dużo na głowie i nie dopracowała swojego występu. Jej Wassa jest jak Janda w złym humorze. Nic więcej.

Przedstawienie ożywia się jedynie w chwili wejścia na scenę czteroletniego chłopca, grającego Kolę, wnuka Wassy. Uroczy, odważny dzieciak, kradnący serce nie tylko scenicznej babce, ale i widzom.

Cały spektakl klei się słabo, nie porusza, nawet uderzenie mocniejszymi tekstami (w tym moim ulubionym: "Litość jest jak piach sypany w tryby maszyny") traci impet w niemrawości przekazu aktorskiego. Nie ma tam tchnienia rosyjskiego ducha, który tak kocham u wschodnich autorów. Reakcja widowni po spektaklu była zastanawiająca, nie rozumiem, za co były te owacje na stojąco. Ale znalazło się oprócz mnie jeszcze kilku chamów, co nie wstali. Moim zdaniem Wassa Żeleznowa to
spektakl do zapomnienia. A jeszcze lepiej - do ominięcia.

A jeśli zapamiętam coś z sobotniego wieczoru, to będzie to raczej wypalona po teatrze fajka wodna. Ale to jest już zupełnie inna historia.
10:08, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (9) »
wtorek, 12 stycznia 2010
Zbigniew Herbert i Stanisław Barańczak. Korespondencja.
Przeczytane do śniadania. :)

Korespondencja między Zbigniewem Herbertem i Stanisławem Barańczakiem to krótka książeczka zawierająca listy, jakie dwaj poeci wymieniali między sobą w latach 1972 - 1996. Listy obu intelektualistów uzupełnione zostały o Aneks, zawierający esej Herberta napisany po śmierci Josifa Brodskiego, jego listy do Adama Michnika i Barbary Toruńczyk (która była redaktorem omawianego tomu) oraz wiersze - również w wersji surowej, ze skreśleniami i poprawkami - dedykowane osobom, o których mowa w korespondencji: Adamowi Zagajewskiemu, Ryszardowi Krynickiemu, Wiktorowi Woroszylskiemu i innym. Dołączone zapiski rzucają nowe światło na przyjaźń Herberta i Barańczaka.

Mało obszerna (niestety) korespondencja pozwala czytelnikowi nabrać pewnego pojęcia, jaka była natura relacji łącząca obu poetów. Pierwszy list Barańczaka do Herberta, rozpoczynający się jeszcze oficjalnym "Szanowny Panie" (dopiero później stosunki między panami staną się bardziej zażyłe i poufałe) przepełniony jest podziwem i szacunkiem Barańczaka dla starszego kolegi po fachu. Obaj zresztą uważali, jak się wydaje - szczerze, że możliwość obcowania i współpracy z tym drugim jest ogromnym wyróżnieniem i zaszczytem. Z czasem panowie zaczęli poruszać w listach sprawy nie tylko zawodowe, ale także osobiste; każdy kolejny fragment korespondencji jest dowodem na pogłębianie się więzi między mężczyznami, obrazuje przyjaźń i wsparcie, jakiego dwaj mężczyźni byli gotowi sobie nawzajem udzielać.

Zdumiewający jest długi list napisany przez Herberta do Barańczaka 6 sierpnia 1990 r. Zaczyna się od mniej ważnych spraw, a całe jego sedno wylewa się z Herberta w obszernym postscriptum. Herbert odsłania w tym liście przed Barańczakiem szczegóły swoich kontaktów z PAX-em, opowiada o przeżyciach z czasów stalinizmu, relacjonuje dokładnie "jak hartowała się stal", jak nie poddawał się rozmaitym naciskom, jak wewnętrznie bronił się przed totalitaryzmem. Herbert mówi wiele o wątpliwościach, jakie targały nim wówczas i w późniejszym okresie, nie czyniąc z siebie przy tym męczennika ani świętego. Spowiedzi tej towarzyszą narzekania na stan współczesnej polszczyzny oraz rozważania nad istotą PRL, w której Herbert z jednej strony dostrzegał wielką nierówność i niesprawiedliwość społeczną, a która z drugiej strony doceniała wpływ kultury na ludzkie sumienia i kształtowanie postaw i gdzie kultura i literatura były zwyczajnie ważne. Władze zresztą cynicznie korzystały z dostępnych im środków, aby twórczość literacką kierować w pożądanych przez nią kierunkach. Bardzo przekonująco mówi Herbert o wpływach wzmocnienia i łagodzenia cenzury na możliwość wypowiadania się twórców, w tym - jak byśmy dziś powiedzieli - niszowych.

Oprócz transkrypcji listów i wierszy Korespondencja zawiera także rękopisy i rysunki Herberta, co jest kolejnym powodem, aby sięgnąć po tę pozycję.

W jednym z listów Barańczak dzieli się z Herbertem świeżym tłumaczeniem wiersza Williama Blake'a pt. Tygrys. Wiersz ów wszedł później w skład przygotowanej przez Barańczaka antologii Z Tobą, więc ze wszystkim. 222 arcydzieła angielskiej i amerykańskiej liryki religijnej. Nie mogę się oprzeć zamieszczeniu tutaj przekładu jednego z moich ulubionych wierszy.

Tygrys

Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
Jakiemuż nieziemskiemu oku
Przyśniło się, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii?

Jakaż to otchłań nieb odległa
Ogień w źrenicach twych zażegła?
Czyje to skrzydła, czyje dłonie
Wznieciły to, co w tobie płonie?

Skąd prężna krew, co życie wwierca
W skręcony supeł twego serca?
Czemu w nim straszne tętno bije?
Czyje w tym moce? kunszty czyje?

Jakim to młotem kuł zajadle
Twój mózg, na jakim kładł kowadle
Z jakich palenisk go wyjmował
Cęgami wszechpotężny kowal?

Gdy rój gwiazd ciskał swoje włócznie
Na ziemię, łzami wilżąc jutrznię,
Czy się swym dziełem Ten nie strwożył,
Kto Jagnię lecz i ciebie stworzył?

Tygrysie, błysku w gąszczach mroku:
W jakim to nieśmiertelnym oku
Śmiał wszcząć się sen, że noc rozświetli
Skupiona groza twej symetrii?