stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
środa, 07 marca 2012
Dzień Walentego - Teatr Powszechny

Lista powodów, dla których kocham Iwana Wyrypajewa, jest długa. Najbardziej kocham go za "Lipiec". Potem za twórcze wykorzystanie Gruszki. A następnie - za umiejętność pisania o sprawach bolesnych i smutnych w taki sposób, żebym mogła w teatrze poprzewracać się ze śmiechu.

Oto, czym się ubawiłam podczas "Dnia Walentego" w Teatrze Powszechnym. Trójkątem miłosnym się ubawiłam, nieszczęściem trojga ludzi się ubawiłam. I to, o wstydzie, po pachy.

Walenty to mężczyzna (choć "mężczyzna" sugeruje pewną siłę charakteru, mówmy może zatem o osobniku płci męskiej), który stał się miłością życia aż dwóch kobiet, rywalizujących o jego względy latami. W naszym kręgu kulturowym jest to, jakby nie liczyć, o jedną kobietę za dużo. Walenty zmarł w wieku czterdziestu lat, i odtąd w mieszkaniu jego żony, Katii, zamieszkała jego wieloletnia kochanka, Wala. Ironia losu? To dopiero początek. Wala będzie wykupowała kolejne skrawki mieszkania Katii, Katia będzie piła, grała na akordeonie i co roku w urodziny Wali będzie próbowała sprzedać jej strzelbę, niegdyś należącą do Walentego. Strzelbę, która w zgodnie z regułą Czechowa w stosownym momencie wystrzeli (ale nie powiem wam, w czyim kierunku). Kolejne spędzone razem lata dwie kobiety spędzą na licytacjach, która z nich znała go lepiej - prawowita żona, czy młodzieńcza miłość, Wala.

Czemu Walenty nie poślubił Walentyny, ale Katię, wyjdzie na jaw po latach. W każdym razie nie wziął za żonę tej, ku której wyrywało mu się serce, a za to zdecydował się na życie przy boku dość mu obojętnej Katii. Zdecydował się to trochę za mocno powiedziane - Sławomir Pacek jest znakomity w roli pimpusia nie przejawiającego  najmniejszych oznak bycia zdolnym do podejmowania decyzji. Ot, gdzie go rzuciło, tam zostawał, i przez lata dręczył dwie kobiety, nie potrafiąc zdecydować, z którą z nich chce być. Z Katią było mu wygodnie - miała mieszkanie, codziennie podawała mu na stół zupę, była. Kapitalnie skonstruowano i zagrano scenę, w której widzimy ewolucję stosunków małżeńskich Katii i Walentego - co wieczór Katia podsuwa mu pod nos ciepły obiad i gazetę, w pierwszych dniach i latach robi to z czułością, miłością i niedowierzaniem, że udało jej się zdobyć kochanego od lat skrycie mężczyznę. Potem czułość przechodzi w rutynę, obojętność, w końcu złość i gniew, a talerz i gazeta lądują na stole z furią, nie wiadomo, czy Katia ma poczucie obowiązku, które każe jej nakarmić męża, czy też może wykorzystuje okazję do pokazania mu, jak bardzo go nie znosi. Walenty jest przy tym idealnie nijaki; jedynym magnesem, który może tak bez reszty przyciągać do niego dwie niegłupie, pełne temperamentu kobiety, jest prawdopodobnie fakt, że żadna z nich nie może go tak naprawdę mieć. 

Przez wszystkie lata wspólnego życia z Katią Walenty spotyka się potajemnie (jak sądzi) z kobietą swojego życia - a przynajmniej z tą, która mu się kobietą życia wydaje. Wygodna sytuacja - ona daje mu poczucie, że jest ważny, że jest ktoś, kto za nim tęskni, kto czeka na spotkanie z nim... a przy okazji nie musi wywracać swojego świata do góry, żeby związać się z nią na stałe, ba, oboje wierzą, że chcą być tylko i aż kochankami - bo wtedy on może za nią tęsknić, a ona może na niego czekać i mieć nadzieję. Życie oszczędza mu jednak dramatu podjęcia męskiej decyzji i elegancko usuwa go z tego świata.

Nastrój "Dnia Walentego" jest jednocześnie ironiczny i ciepły, co z jednej strony ratuje widza przed melodramatyzmem, a z drugiej - przed gwałtownym zderzeniem z goryczą losu.  Autor drwi sobie ze wszystkich, nie oszczędza nikogo - pana niezdecydowanego, miotającego się między dwiema kobietami, gotowymi powydrapywać sobie nawzajem oczy w walce o niego; nie oszczędza dwóch nieszczęśnic, które w swej ślepocie nie widzą, że obiekt ich wzajemnej zazdrości niewiele ma każdej z nich do zaoferowania; przemyca też kpinę z pewnego rodzaju patriotyzmu i tęsknoty za przeszłością (Michaił Gorbaczow pojawia się nawet w quasi-erotycznych snach młodej Katii) i wiary w wielkość Rosji (zobaczyć starą Katię w kombinezonie kosmonauty i umrzeć!).

Całkiem mi się podobały scenograficzne nawiązania do motywów z Chagalla, pojawiających się w "Dniu Walentego". Pożyczam ze strony Teatru Powszechnego dwa zdjęcia - musicie zobaczyć lot nad Witebskiem:

lot 

i iście chagallowską scenę ślubną:

slub

Elżbieta Kępińska w roli Walentyny jest krucha i subtelna; z jednej strony pogodzona z losem i tym, jak jej się w życiu ułożyło, a z drugiej -  pełna goryczy wobec Katii, z którą dzieliła miłość do Walentego, a której teraz po kawałku odbiera mieszkanie i wartość wspomnień ze wspólnego życia Katii z Walentym. Katię sprzed lat i Katię po latach grają Paulina Holtz i Joanna Żółkowska - pod każdym względem urocze w pijackich zaczepkach, w wyrachowanej uprzejmości wobec Wali, z przekomiczną wadą wymowy ("kuwwa" i "piewdolę", że pozwolę sobie zacytować), symetryczne w pozornym zwycięstwie nad rywalką i w staczaniu się po równi pochyłej, kiedy okazało się, że życie z Walentym nie jest tym, czym być miało, a życie po Walentym nabierało rumieńców tylko w chwilach, kiedy można było ponaigrawać się z dawnej rywalki. Śmieszne jest to wszystko okropnie, ale ta bezradność całej trójki wobec wydarzeń i własnych wyborów mocno porusza. Stworzyłam sobie taką kategorię "spektakl-bumerang" - wrzucam do niej przedstawienia wracające do mnie jeszcze długo po obejrzeniu. "Dzień Walentego" wraca. 

21:24, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 marca 2012
Teatr Lalka - Buratino i nie tylko

Moi drodzy, jeśli jesteście na Facebooku i jeśli bliska jest Wam idea wprowadzania dzieci w świat dobrego teatru, to bardzo proszę o zajrzenie na stronę Teatru Lalka.

Sama o Teatrze Lalka potrafię pisać używając wyłącznie pozytywnych przymiotników. Kiedy byłam dzieckiem, nie chadzałam do teatru - mieszkałam w małym mieście, a w rodzinie brakowało raczej miłośników tego medium, zatem rzadko miałam okazję zobaczyć jakieś przedstawienie. W Lalce bywam zatem nie tylko po to, żeby wkręcać własne dzieci w manię teatralną, ale też po to, żeby nadrobić własne zaległości w dostępie do kultury. W Lalce jestem jednocześnie dzieckiem i człowiekiem dorosłym; po dziecięcemu ulegam magii przedstawienia i po dorosłemu rozbieram je na czynniki pierwsze, żeby wiedzieć, co dokładnie mnie urzekło.

Ostatniej niedzieli obejrzeliśmy spektakl Buratino na podstawie opowiadania Aleksego Tołstoja. W ubogim domku z kominkiem namalowanym na płótnie, psującym się gramofonem, skrzypiącym ze starości i zmęczenia zydelkiem oraz drzwiami, które boją się, że zostaną wrzucone do pieca (we wszystkie rekwizyty brawurowo wcielają się aktorzy, zwłaszcza zydelek gra z wielkim poświęceniem) mieszka staruszek, który z krnąbrnego kawałka drewna struga pajacyka. Nadaje mu imię Buratino i staje się dla niego ojcem. Chce, żeby Buratino zdobył wykształcenie i pomógł mu zarabiać na życie na stare lata. Buratino ma jednak inne marzenie, niż chodzić do szkoły, gdzie jest nudno i powtarzalnie - on pragnie zostać w teatrze, w miejscu, gdzie mieszka szczęście.

Zanim jednak nasz drewniany pajacyk dotrze do swoich marzeń, złamie po drodze parę konwenansów, zmierzy się z własną naiwnością, a na koniec wykaże odwagą i siłą charakteru.

Za każdym razem na nowo zaskakuje mnie szczególna atmosfera Lalki: to atmosfera szacunku dla widza. Ze sceny płynie radosne przesłanie do widza: tu się pracuje z pasją i miłością do teatru.

Po spektaklu czekała nas nie lada gratka: podgląd teatralnych trzewi. Pokazano nam różne tricki i techniki, z jakich korzysta się w teatrze. Zobaczyliśmy, jak powstaje sztuczna burza, jak się robi wiatr na scenie, jak biała suknia, twarz i ręce mogą tańczyć każde swój osobny powietrzny taniec w każdym rogu sceny... A na sam koniec dzieci weszły na scenę i zasypał ich śnieg (piankowy, o smaku mydła).

A wiecie, co robi człowiek tuż po powrocie z Teatru Lalka? Rzuca się przeglądać repertuar w internecie i planuje kolejną wizytę...

piątek, 02 marca 2012
Poszła kosmitka na 6. piętro i co z tego wynikło
Zrządzenie losu zawlokło mnie wczoraj na szóste piętro Pałacu Kultury, wprost w komercyjne objęcia spektaklu "Zagraj to jeszcze raz, Sam" Allena. Głównego bohatera, neurotycznego hipohindryka intelektualistę, rzuca żona, więc para jego najlepszych przyjaciół postanawia go wyswatać. Wokół tych poszukiwań toczyć się będzie nierównym rytmem akcja.

W tym miejscu miałabym ochotę rozpisać ankietę pt. "O czym myślimy, kiedy myślimy o Allenie". Zabawny? Lekki? Ironiczny? Zakochany w sobie? A może banalny, prymitywny, przewidywalny? Czy jeszcze coś innego?

Nie wątpię, że wyznawcy Allena bawiliby się świetnie. Co ja mówię, przecież widziałam i słyszałam, że wyznawcy Allena bawili się wczoraj znakomicie. Niestety, moje poczucie humoru rozjeżdża się z allenowskim dowcipem. Niby wiem, które miejsca są przewidziane przez autora na śmiech, a jednak... jakoś nic się ze mnie nie wydobywa. Zwłaszcza przy finezyjnych dowcipach o gwałcie. Boki zrywać, proszę państwa. Po szczery śmiech, najlepiej taki z drugim i trzecim dnem, jednak udam się gdzie indziej.

Rozpisałabym też chętnie ankietę pt. "Po co chadzamy do teatru?". Powiem Wam, po co ja do teatru NIE chadzam.

W głównej roli (Allana, prawie jak Allen, żebyśmy nie mieli wątpliwości, kim jest alter ego postaci) występuje (już z rozpędu chciałam napisać, że gra, po czym wykasowałam to poświadczenie nieprawdy) Kuba Wojewódzki.

A ja otóż nie chodzę do teatru, żeby zobaczyć, jak wypadnie na scenie pan z telewizji, ponieważ z telewizją kontakt mam wybitnie rzadki, a jeśli już coś oglądam, to to raczej nie jest Narcyz Wojewódzki. Nie interesuje mnie, kim w życiu prywatnym jest Wojewódzki ani czy Wojewódzki ma dystans do Wojewódzkiego, skoro się zgodził wygłupić na deskach teatru. Na Wojewódzkiego najczęściej natykam się w "Polityce"; jego rubrykę czytam nie bez przyjemności, ale chyba jednak brakuje mi biegłości w czytaniu Pudelka, żeby wszystkie dowcipy docenić i zrozumieć. Do czego zmierzam: facet na scenie, który jest kimś tam w innych mediach, a który kompletnie nie umie grać, jest dla mnie męczący, i jego (sztuczny oraz na pokaz, jeśli chcecie znać moje zdanie) dystans do siebie takoż. Mnie w ogóle nie interesuje, kim prywatnie są osoby występujące na scenie, ja chcę tylko, żeby dobrze grali. A jedynym aktorem z porządnym warsztatem jest tam Żebrowski - pan dyrektor jako jedyny się postarał, choć może nie musiał aż tak bardzo, otoczony drewienkami. Małgorzata Socha, piskliwa, rozwrzeszczana, z marną dykcją i z jedną, przysięgam, jedną miną, zainspirowała mnie do poszukania w słowniku żeńskiej formy słowa "aktorzyna". Anna Cieślak przynajmniej próbowała wykrzesać z siebie trochę kunsztu aktorskiego, choć szkoda, że na próbach się skończyło.

Najgorsze w tym spektaklu jest to, że między aktorami nic się absolutnie nie dzieje, są na scenie obok siebie, ale nigdy razem, i nawet Żebrowski próbujący posklejać całość do kupy, nie odnosi sukcesu.

Chyba, że mowa o sukcesie komercyjnym - tu się zgodzę, sukces został odniesiony w stu procentach. Teatr trzeszczał w szwach, wejściówki skończyły się na długo przed ostatnimi chętnymi. A ja się zastanawiam, gdzie w tym spektaklu jest magnes i dlaczego ja nic o tym nie wiem.

Brawa na stojąco uskutecznione przez jakieś pięćdziesiąt procent publiki, zapisuję do zaskoczeń kwartału.

12:21, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (8) »
czwartek, 21 lipca 2011
Sztuka ulicy po raz ostatni
Sztuka Ulicy w tym roku wypadła średnio. Nie wiem, czy miałam pecha, wybierając przedstawienia, czy rzeczywiście poziom był niższy, ale tegoroczne wrażenia to jedynie blade i smętne namiastki zeszłorocznych uniesień. Tamte dwa spektakle, "Perła" i "Gingko", do dziś mam przed oczami, w uszach i pod palcami; tegoroczna edycja była poprawna, a za największą jej zaletę można chyba uznać to, że w ogóle była.

Na sam koniec wpadłam na spektakl Teatru TOL z Belgii, zatytułowany "Luce". Dwóch cyklistów pędzi na metę po sławę, chwałę i serce ukochanej kobiety. Przegrany zawodnik nie poddaje się po pierwszej porażce i postanawia zawalczyć o wybrankę. Tyle w warstwie fabularnej. Jeśli chodzi o tak zwane doznania artystyczne - cóż. Nic mi nie się urwało z wrażenia, choć Belgowie się starali. Może i nie wypadliby tak rozczarowująco, gdyby...
... gdyby aniołek zwisający z nieba umiał śpiewać...

... gdyby wybranka kolarzy też umiała śpiewać poruszając i poruszać śpiewając, a oszczędziła publiczności rzewnego i lekko kiczowatego zawodzenia...

... gdyby aktorzy nie byli tak ewidentnie oplątani linami, opancerzeni uprzężami, przez co widz głównie martwi się, czy któraś z wyginających się podniebnie postaci nie spadnie mu na głowę...

... które to uczucie zdecydowanie uległo eskalacji, gdy na kilkunastometrowym dźwigu w powietrzu zawisła cała masa rowerzystów i tancerzy...


... i gdyby niżej podpisana była ogólnie bardziej podatna na wzruszenia.

(Wszystkie zamieszczone tutaj zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu).

W przyszłym roku wybieram się znowu powybrzydzać.

A na nieco bliższą przyszłość planuję jeszcze kilka wpisów teatralnych (to mimo wszystko najbliższe memu wrednemu sercu medium), kilka recenzji z mądrych książek i jednej głupiej, parę słów o filmach oraz CV pewnej pani. Nie odchodźcie od monitorów!
23:26, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 lipca 2011
Sztuki ulicznej ciąg dalszy
 Francuska grupa Compagnie Antipodes zatańczyła w fontannie na Placu Grzybowskim. Ten krótki spektakl "Ostatnie rendez-vous" opowiada o trudach bycia razem - o tym, że niejedną trudność trzeba razem pokonać przed ostatecznym rozstaniem oraz, biorąc pod uwagę słabe zsynchronizowanie tancerzy, o tym, że cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz. ;) Mam nadzieję, że organizator zapewnił tancerzom zapas aspiryny.











Na Placu Zamkowym wystąpił czteroosobowy zespół Bash Street Theatre z Wielkiej Brytanii w przedstawieniu "Stacja". Utrzymana w konwencji komedii slapstickowej sztuka rozbawiła publiczność do - może nie do łez - ale przynajmniej do salw śmiechu, gromkich oklasków i okrzyków zachwytu na koniec. Pościgi, potknięcia, wybuchy - Brytyjczycy trzymali poziom. Szczególne wyrazy uznania należą się wąsatemu taperowi z akordeonem - był rewelacyjny, jeśli chodzi o jakość dźwięku i zaangażowanie!






















Na Placu Zamkowym można było również zobaczyć polską grupę Teatr Ewolucji Cienia ze spektaklem "Fin Amor", zainspirowanym historiami Tristana i Izoldy oraz Lancelota i Ginewry. Miała to być uniwersalna opowieść o miłości poza granicami czasu, o miłości, która nie przemija. Uczciwie mówię, że nie byłam zachwycona. Nie lubię teatru ulicznego, który musi posiłkować się słowem, aby dotrzeć z przekazem do widza. To raz. Dwa, nie lubię się martwić, że aktor zaraz sobie zrobi krzywdę (sobie i przy okazji innym), bo wygląda, jakby dopiero uczył się chodzić na szczudłach. Przed grupą jeszcze wiele godzin i lat dopracowywania ruchu scenicznego. Całość wypadła dość nieporadnie.










21:16, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
piątek, 01 lipca 2011
Festiwal Sztuka Ulicy uważam za rozpoczęty!

Ciemny wieczór, mało rozrywkowa dzielnica miasta stołecznego. Wieczór zupełnie nielipcowy, choć lipcowy: z nieba spadają coraz gęściej strugi zimnego deszczu, termometr wskazuje przyprawiającą o dzwonienie zębów temperaturę dwunastu stopni. W takich warunkach atmosferycznych składam nową definicję sztuki - sztuką jest w taką ulewę i ziąb wywabić tłumy ludzi na ulice.

Dwie godziny temu ulicą Kasprowicza (mieszkańcy Warszawy wiedzą, że to ulica zupełnie niekojarząca się z ofertą kulturalną) ruszyła barwna parada. Nie trzeba aż tak wiele, żeby wyciągnąć ludzi z miękkich foteli i sprzed migających telewizorów. Kilkunastu akrobatów na szczudłach, z pomalowanymi na złoto twarzami i w błazeńskich strojach, to skaczący wśród stłoczonej masy, to rozciągający nad tą masą kolorową płachtę, sztuczne ognie, fajerwerki, iluminacje, gigantyczny mechaniczny owad, na którego grzbiecie zespół wydobywa z instrumentów wprawiającą widzów w radosny trans muzykę. Tak właśnie zaprezentowali się publiczności goście z Francji, Compagnie Malabar, z widowiskiem "Helios II". W teatrach ulicznych przepadam za stopieniem się publiki i aktorów, kiedy granice między jednymi i drugimi są niedostrzegalne, a przeżywanie teatru staje się jednocześnie doświadczeniem zbiorowym i bardzo intymnym. Nie potrzeba tu żadnej głębi, wystarczy odłożyć codzienność na bok i dać się ponieść artystom.

I tak będę spędzać popołudnia i wieczory do 5 lipca - o ile nie zawiedzie mnie ośrodek decyzyjny, bo wybór tego, co można zobaczyć w ramach tegorocznego festiwalu, przytłoczyć może niejednego.



Wszystkie zamieszczone zdjęcia pochodzą ze strony facebookowej festiwalu.

23:07, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 czerwca 2011
Przejście techniczne - Teatr Ochoty

Rzecz to mocna. I zaskakująca. Spektakl „Przejście techniczne” ma w sobie niepokojącą klaustrofobiczność. To studium samotności człowieka. Obserwujemy mężczyznę podczas codziennych, zwykłych czynności: przebieranie się, przygotowywanie posiłku, sprzątanie, palenie, oglądanie telewizji... Robi to wszystko z męczącą pieczołowitością, jakby chciał dokładnie wypełnić pustkę wokół siebie przesadną drobiazgowością. Widzimy, co człowiek żyjący w pojedynkę robi... ale największe wrażenie wywiera na widzu to, czego NIE robi. W głowie pojawiają się trudne pytania: jaki jest cel i sens tych wszystkich czynności? Jak to się stało, że jest sam? Kim jest na zewnątrz, poza zamkniętym światem swojego mieszkania? I w końcu to najtrudniejsze: czy jego życie w ogóle ma jakiś sens i cel? Wielkie brawa dla aktora, że udaje mu się tak maksymalnie skoncentrować – gra przed widownią złożoną z kilku osób; a każdy jego gest i wyraz twarzy można obserwować z bliska. Trudna jest ta intymność między aktorem a widzem. To prawdopodobnie o wiele większy wysiłek, niż gra dla kilkuset widzów. Na wspomnienie zakończenia mam dreszcze... granica między czasem, kiedy spektakl trwa a jego zakończeniem jest zatarta i wprawia w osłupienie – to do widza należy decyzja, ile wytrzyma i kiedy opuści widownię... Zaś picie szampana w pojedynkę to chyba najmocniejszy wyraz samotności, jaki widziałam w teatrze.

PS Postuluję wprowadzenie zakazu teatralnego dla niektórych - na wzór zakazu stadionowego. Głupawe komentarze wygłaszane scenicznym, nomen omen, szeptem przez pewnego pana skutecznie zakłócały odbiór - brawa dla aktora, że udało mu się tak maksymalnie skupić.

09:08, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 maja 2011
Tuwim dla dorosłych - Teatr Roma
Najchętniej wcale nie pisałabym tej recenzji. Nie dlatego, że to niedobre przedstawienie, a jak pisać, to albo dobrze, albo wcale. Wręcz przeciwnie - Tuwim dla dorosłych to perła, a żeby ją wydobyć z dna morza (czytaj: zdobyć bilet) trzeba się poważnie natrudzić. Chcę, zamierzam, muszę obejrzeć Tuwima raz jeszcze, a jeśli Was teraz zachęcę, to mogę przegrać wyścig do kas i walkę o bilet. Najchętniej schowałabym przed światem wspomnienie o spektaklu i jak Smeagol po przechwyceniu wiadomego pierścienia powtarzała mantrę "My precioussssss".

Ale pewnych rzeczy robić nie wypada, więc niech już będzie - napiszę.

Julian Tuwim. Moje pierwsze skojarzenie z tym nazwiskiem - absolutny mistrz języka polskiego. Moje drugie skojarzenie - absolutny mistrz sarkazmu. Uzbrojony w słowo stawał się niebezpieczny dla adwersarzy, ciął tym boleśniej, im bardziej precyzyjnie. Potrafił jednak słowem ukochać, pogłaskać, lirycznie przytulić. Przez całe życie gromadził zapiski i karteluszki z tym wszystkim, co wydało mu się intrygujące, przydatne, niebanalne; pracowicie zbierał synonimy do rozmaitych słów i z wirtuozerią je potem wykorzystywał. W polszczyźnie poeta jest obecny na wiele sposobów do dzisiaj. Wielu z nas bez trudu rozpoznaje takie frazy, jak "Ojczyzna-polszczyzna", "Mimozami jesień się zaczyna", "Prawo i sprawiedliwość", "Miłość ci wszystko wybaczy", "miejscowa idiotka z tutejszym kretynem" - wszystko to ślady po Tuwimie, łącznie z nieśmiertelnymi wierszykami dla dzieci, którymi ambitni rodzice ukulturalniają kolejne pokolenia niemowląt.

Jednak na długo przed tym, zanim  Tuwim wrył się na stałe w kulturalny krajobraz, był młodym, niepewnym swojej wartości chłopakiem, który przybył z Łodzi do nieznanej mu Warszawy. Początkowy lęk przerodził się wkrótce w szczery zachwyt i miłość, aby po wielu latach zmienić się w zgorzknienie i rozczarowanie panoszącymi się po mieście antysemickimi nastrojami, których sam padł ofiarą. Równoległą historię tego młodego chłopaka i jego narodzin jako poety oraz miasta, które było mu towarzyszem i wrogiem, opowiada przestawienie "Tuwim dla dorosłych". Utrzymany w nieco staroświeckiej estetyce dawnych słuchowisk (nie sposób oprzeć się skojarzeniom z cyklem "Bajki grajki"), spektakl zamaszyście przeprowadza widza przez karkołomną polszczyznę Tuwima. Forma słuchowiska radiowego pozwala na przeplatanie recytowanych wierszy i dykteryjek brawurowo wykonywanymi piosenkami, skomponowanymi przez Satanowskiego, Możdżera, Koniecznego i innych. Sześcioro aktorów będzie dla nas Tuwimem wyśmiewać zacofanych mieszczan i kołtunów, będzie się dla nas adorować słowem i pluć goryczą, a wszystko to bez jednej fałszywej nuty. Cymes, moi drodzy, przyrządzony ze smakiem i znawstwem.

Proszę, oto aperitif:


PS No jednak muszę, inaczej się uduszę. Nie idźcie do Romy, Nova Scena z trudem mieści kilkaset spoconych (w miarę trwania spektaklu coraz bardziej) ciał, a klimatyzacja stanowczo odmawia współpracy. Zostańcie w domu, dajcie innym szansę kupić bilet! 
17:17, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (9) »
czwartek, 03 lutego 2011
Sztuka bez tytułu (ale za to z klopsem)

Przyszedł zblazowany widz z teatru, zabrał się za pisanie recenzji i okazało się, że jej tytuł już wcześniej wymyślił i wykorzystał ktoś inny. Co więcej, okazało się, że odczucia miejscami nawet dość zbliżone do odczuć owego widza również zostały wcześniej ujęte słowa przez tę samą osobę, ze szczególnym uwzględnieniem Osipa z drapakiem na głowie (komentarzami pod zalinkowaną recenzją nie radzę się sugerować, to na pewno pisały te same osoby, które z jakiegoś powodu na zakończenie czterogodzinnej męczarni klaskały na stojąco).

Wyżej wspomniany zblazowany widz w teatrze szuka rozmaitych rzeczy. Czasem szuka zaskoczenia. Czasem formy innej niż wszystkie. Czasem tylko perfekcji. "Sztuka bez tytułu" Czechowa w Teatrze Współczesnym nie oferuje niczego z tego zestawu.

Wyobraźcie sobie przedstawienie, w którym wszystko niby gra. Galeria czechowowskich charakterów sadowi się przed widownią; zaczynają rozmawiać ze sobą, patrząc przy tym na publiczność. Już na pierwszy rzut oka widać, że postaci jest za dużo i szykuje się grubszy galimatias; trzeba będzie nieźle się wysilić, żeby załapać, kto kogo nie lubi, a kto ku komu skrywa jaką namiętność. W miarę upływu akcji wydarzenia koncentrują się na Płatonowie (Borys Szyc), którego słabość charakteru skrzywdzi właściwie wszystkich, zwłaszcza panie - zakochana w nim (czy z wzajemnością, do końca nie zostanie ustalone) wdowa po generale, głupiutka i wpatrzona w niego a wielokrotnie zdradzona żona, kochanka z dawnych czasów, która rzuci męża po to, by się dowiedzieć, że Płatonow nie odpowie na ten zryw porzuceniem własnej żony; jakaś wpatrzona w Płatonowa młódka, którą urazi to, że Płatonow całował ją jedynie dla żartu. W jednej z końcowych scen jego koszmary przemówią jednocześnie i będzie to najlepszy moment spektaklu. Ci wszyscy zdradzeni mężowie i niewierne żony, zakochani bez wzajemności, dłużnicy i alkoholicy - znamy tę czechowowską kolekcję, znamy. Każdy aktor gra w zasadzie bardzo dobrze, bywa, że doskonale. Czemu więc uważam, że przedstawienie to strata czasu? Cóż - każdy z tych doskonałych aktorów gra dla siebie, poszczególnych postaci nie łączą żadne nici, oprócz tych zawartych w warstwie tekstowej i właściwie po pewnym czasie widz się zastanawia, po co tu przyszedł i co ci ze sceny chcą powiedzieć tym na widowni. Że zdarzają się takie puste typki, które wdziękiem uwodzą ludzkość, idącą za nimi na zatracenie? Że życie jest nędzne, brudne i podłe? Nic nowego pod słońcem. 

Największym problemem tego spektaklu jest moim zdaniem Borys Szyc. W tej tragikomedii Szyc, choć tak zwanych środków wyrazu mu nie brak, po pierwsze przez cały czas pozostaje Szycem, jest charakterystyczny do kwadratu, zarzyna swoją mocną osobowością postać kryjącą się pod nim. Po drugie, Borys Szyc jest tak komiczny, że właściwie widz się gubi i nie wie, czy ma się przejąć losem krzywdzonych przez niego osób, bo przecież obserwuje tragedię, ale ta tragedia bawi i dusi w zarodku wszelkie zadumanie nad wydarzeniami. Po trzecie, Borys Szyc tak się wyróżnia ekspresją, że tłamsi pozostałe postacie. (Że można grać na granicy nadekspresji i jednocześnie nie górować nad resztą aktorów, pokazuje choćby Stelmaszyk w "Iwanowie"). Mamy zatem klops, bo jak to możliwe, że w sztuce, w której wszystko gra, nie gra nic?

Bonus: jeszcze jedna recenzja. Krytykuje argumentując odwrotnie niż niżej podpisany znudzony widz, ale wnioski wysuwa zbliżone.

21:20, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (6) »
czwartek, 27 stycznia 2011
Wiedźmy

Kiedy żyje się w mieście, w dużym mieście pełnym latarni, wieżowców z rozświetlonymi oknami i innych źródeł sztucznego światła, łatwo zapomina się, co to jest ciemność. Wystarczy jednak pojechać dwieście kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód, aby na mazurskim bezdrożu przekonać się na własne oczy i mdlejące serce, jaki świat potrafi być ciemny, jeśli się postara. Dwa lata temu w mazurskich okolicznościach przyrody (ja plus drewniana chata jęcząca przy byle podmuchu wiatru plus dwoje dzieci w wieku przedszkolnym, za które się jest odpowiedzialnym i które trzeba bronić, gdyby do drzwi zaczął dobijać się, powiedzmy, szaleniec z siekierą plus ciemny las wysokich sosen skrzypiących jak potępieńcy plus brak sąsiadów w promieniu... no, w promieniu wystarczająco dużym, żeby się bać) rozrywałam się książeczką dla dzieci Witches Roalda Dahla. Rozrywka to słowo mało adekwatne, bo Dahlowi udało się sprawić, że nerwowo wyglądałam świtu. Nie dawała mi spać pewna wiedźma o dziąsłach jak surowe mięso. Jakby mało było generujących strach okoliczności... A to niby tylko książka dla dzieci!

Jeśli nie wiecie o kim piszę, to znaczy, że Wasza edukacja w zakresie książek dla dzieci leży i wymaga podniesienia. Roald Dahl, urodzony w Walii syn norweskich rodziców, po piętnastu latach pisania dla dorosłych rozpoczął nowy rozdział w swojej karierze i zajął się tworzeniem książeczek dla dzieci. Zaczęło się tak, jak to się często zaczyna: od tworzenia opowiastek dla własnych córek. Po "Jakubku i brzoskwini olbrzymce" szybko przyszły kolejne: "Charlie i fabryka czekolady" (2 miliony egzemplarzy sprzedanych w Chinach!), "BFO", "Matylda" i wiele innych. Roald wierzył, że czytanie jest ogromnie ważną czynnością, a pisał tak, że stawało się ono jednocześnie czynnością niezmiernie przyjemną. Daleko mu do mdłych historyjek podszytych dydaktycznym fetorkiem; Dahl doskonale zdawał sobie sprawę, jak trudno jest utrzymać uwagę dziecka, swoje książki konstruował więc tak, żeby młodego czytelnika ani przez moment nie nudzić, żeby trzymać go w napięciu i wzmagać w nim apetyt na więcej i więcej lektur (choć nie pałałam do niego wielką miłością, kiedy przyszło mi na głos przeczytać 200 stron "Matyldy" niemal bez przerw). Nie oszczędzał dzieciom trudnych tematów, opowiastki Dahla pełne są obrazów przemocy, pogardy, oszustwa, dramatów rodzinnych... Nie brakuje okazji do tego, żeby się trochę pobać (co, jak widać w pierwszym akapicie, dotyczy nie tylko dzieci), ale nawet najsmutniejsze historie zawierają potężną dawkę ciepła (nie mylić z przesłodzonym ciepełkiem) i optymizmu.

Witches, znane w Polsce jako Czarownice, czy też w nowym wydaniu jako Wiedźmy, opowiadają o chłopcu, który dwukrotnie utracił dzieciństwo. Zaczynają się źle: narratorowi, ośmioletniemu Norwegowi mieszkającemu w Anglii, giną w wypadku rodzice. Zostaje sam z babcią, która niechętnie przeprowadza się ze Skandynawii, aby dziecko, zgodnie z życzeniem rodziców, wychowywało się w Anglii. Babcia to skała, w tym dobrym znaczeniu: bez względu na wszystko wnuk może jej zaufać i na nią liczyć. Staruszka uczy młodego, jak rozpoznawać czarownice, aby nie dać się im porwać i unicestwić. Wiecie, jak poznać czarownicę? Nie? To jak zamierzacie chronić swoje dzieci? Uważajcie teraz: czarownice noszą rękawiczki. Zawsze, nawet w upalny dzień, inaczej musiałyby odkryć swoje ostre pazury. Noszą peruki na łysych głowach i cały czas się pod nimi drapią. Nie mają palców u nóg, a ich ślina jest niebieska.

Młody wszystko to wiedział, a i tak nie udało mu się umknąć wiedźmom, które zamieniły go w mysz. Spokojnie - okazało się, że być myszą jest całkiem przyjemnie, w dodatku daje to duże możliwości w rozwoju kariery jako pogromca czarownic. Tak, tak, nawet pozornie niekorzystne zmiany mogą się okazać prezentem od losu. A już jak się ma taką niezawodną babcię (źródła zbliżone do dobrze poinformowanych mówią, że autor sportretował tu własną matkę), to można i góry przenosić, i wiedźmi rodzaj tępić, by nie zaszkodził już nigdy żadnemu dziecku.

Wiedźmy wystawia Teatr Lalka, i robi to - jak to Teatr Lalka ma w zwyczaju - doskonale. Artystów Lalki i Roalda Dahla łączy podobny stosunek do dzieci - chęć rozerwania ich w sposób dostosowany do małych gustów i nienachalna edukacja w zakresie sztuki i, ujmijmy to górnolornie, trudno - życia. Nie da się uniknąć porównywania opowieści Dahla i spektaklu; choć różnią się nieco szczegółami treści i portretowaniem niektórych postaci (babcia książkowa, na ten przykład, nie ma ADHD. A teatralna troszkę jakby miała), to wymowa całości jest podobna: z bliskimi to choćby konie kraść. Wróć, poprawka: z bliskimi to choćby czarownice niszczyć.

Co jeszcze kocham w teatrach dla dzieci w ogólności, a w Teatrze Lalka w szczególności, to ta cudowna teatralność właśnie, te lekko przesadzone gesty, wybujała intonacja, te przyciężkawe i jakby umowne stroje; tego mi brakuje w moich dorosłych teatrach, gdzie często próbuje się imitować życie tak wiernie, że gdzieś znika poczucie zawieszenia między życiem a teatrem, a którego chce się czasem zakosztować.

Na koniec wieści z innej beczki (z tej spóźnionej). W tym sezonie już na to za późno, ale w przyszłym obowiązkowo zabierzcie swoje dzieci (a w przypadku braku własnych skombinujcie jakieś cudze) na wywołującą zawrót głowy Opowieść wigilijną. Staroświecka story z natrętnym morałem? Nic podobnego - nie w Lalce! O tym już za jedenaście miesięcy. (Czy wygrałam może konkurs na najwcześniejsze rozpoczęcie przygotowań do Bożego Narodzenia?).

PS Powyższy wpis zapewne jest pełen niedoróbek, ale dziś już mi wybaczcie, popoprawiam popołudniem.      

00:02, agawa79 , Teatr
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3