stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
piątek, 15 lipca 2011
Debiutanci
Debiutanci
Najpierw obejrzyjcie zwiastun, to nie będziecie rozczarowani, że nie streszczam filmu.

Tak na gorąco: urocza, słodko-gorzka historia o ludziach, którzy z jakichś powodów nie potrafią być szczęśliwi, choć bardzo się starają. Pomysłowy montaż dodaje odrobinę zakręcenia do całej historii - i tak na przykład główny bohater wychodzi ze swojej sypialni prosto do biblioteki, w której jego ojciec, nie żyjący od kilku miesięcy segreguje książki. Film do śmiechu i do płaczu. Cudowny.
***
Rama całej historii jest prosta. On i ona - zupełnie do siebie niepasujący oraz ich dziecko, które bardzo będzie próbowało być szczęśliwe i tak bardzo nie będzie umiało. On - gej. Ona, świadoma jego orientacji, oświadcza mu się i przez całe życie mierzy się z jego chłodem i brakiem bardziej entuzjastycznego zainteresowania. Ich syn z kolei (w tej roli niepokojąco pociągający Ewan McGregor) wyrasta w przekonaniu, że jego rodzice się nie kochają, co później położy się cieniem na jego własnym życiu uczuciowym.
Czytam to, co napisałam, i wieje z tych słów smutkiem. A przecież napisać, że "Debiutanci" to smutny film oznacza poważne minięcie się z nastrojem. Oliver nie może utrzymać przy sobie żadnej miłości, jego pomysły w pracy zderzają się ze ścianą niezrozumienia jego artystycznych wizji, prawie wyrzuca z mieszkania kobietę swojego życia - a jednak jest w nim coś bardzo pozytywnego; jego pełna powagi troska o odchodzącego ojca czy, już później, o psa Arthura (Oscar dla tego zwierzęcia!) wywołuje uśmiech i poczucie tęsknoty za uporządkowaniem świata dookoła i siebie od wewnątrz. I rozczula - tak, rozczula ta jego pogoń, trochę po omacku, za czymś nieuchwytnym, za tą miłością, na którą całe życie czekał. Ta miłości wymyka mu się ciągle spod palców, bo nie zacisnął ich dość mocno na czas.
Postaci występujące w "Debiutantach" zarysowano smacznie i soczyście. Znany fanom choćby "Ostrego dyżuru" Goran Visnjic, chłopak ojca Olivera, to pełen nieco sztubackiego poczucia humoru wieczny chłopiec, którego pozorna powierzchowność pęka w pewnym momencie, i spod wesolutkiej maski wyłania się jego twarz pełna bólu i głębi. Matka Olivera (przepiękna Mary Page Keller), oprócz spontanicznych wygłupów w poważnych galeriach sztuki, ma niestandardowe hobby: "zabija" swojego syna, strofując go, jeśli ten nie "umiera" dość przekonująco. Twórcy filmu jednym ruchem - umieszczając trzpiotowatą kobietę w związku bez przyszłości, który jednak potrwał kilkadziesiąt lat - nadają tej postaci głębię i - to wielkie słowo, ale chyba na miejscu - tragizm. Melanie Laurent, dziwaczna dziewczyna Olivera, ta sama, która omal nie znika z jego życia, jest chodzącą niespodzianką i odwrotnością banału.
Co mnie ujęło w "Debiutantach" najmocniej, to szczerość emocji. Ten film składa się z odprysków przeżyć tak bardzo wszystkim znajomych: szok na wieść o skrywanej latami tajemnicy, smutek dziecka nierozumiejącego, co dzieje się między dorosłymi, szukanie nieuchwytnego i niezdefiniowanego czegoś, co jest przecież najważniejsze na świecie, rozpacz po odejściu tych, których kochamy, zrozumienie, jak przerażająco głupi czasem bywamy. Ten film to kawałek życia takiego, jakim je znamy.
A jak już wyżej wspominałam, zabawny i powykręcany montaż sprawia, że banalne historie nabierają dynamiki. Uroczy. Po stokroć uroczy film.

23:29, agawa79 , Film
Link Komentarze (10) »
piątek, 03 grudnia 2010
Śluby panieńskie, czyli jak obrzydzić rodakom klasyka
Mam w domu remont. Remont oznacza na przykład to, że nie mam dostępu do porządnego stałego łącza albo jest on poważnie utrudniony. Zdana na łaski, niełaski i kaprysy Orange Slow marne mam szanse na regularne czerpanie rozkoszy z uczestnicwa w świecie wirtualnym. Remont oznacza także to, że między jednymi zajęciami a drugimi nie mogę sobie ot, tak, wpaść do domu i pouczestniczyć. To znaczy - mogę, ale czuję się nieswojo przy panach z ekipy. Coś jednak ze sobą w ciągu dnia muszę zrobić, zatem obficie korzystam z oferty kulturalnej (no, umówmy się, że) multipleksów. I tak wczoraj zatułałam się na profanację Fredry w reżyserii Bajona, czyli "Śluby panieńskie".

Żeby nie było nieporozumień - "Śluby" to przede wszystkim wyborna podkładka pod mocny, zdrowy, regenerujący sen. Moje impresje dotyczą zatem jedynie fragmentów przeze mnie nieprzespanych.

Krótko będzie, bo też i nie za bardzo jest o czym pisać. Fredro by Bajon to wygłup z absurdalnymi wstawkami w rodzaju telefonów komórkowych, samochodów i plotkarskich pism. Ni hu hu nie rozumiem celowości zabiegu. Że Fredro taki współcześnie aktualny? Żeby przyciągnąć młodzież i żeby młodzież miała powód do rechotu? Zawsze sądziłam, że konwencja szkatułki, film w filmie, czemuś służy. Zakładam, uruchamiając całą dobrą wolę, że i Bajon coś w ten sposób pragnął przekazać. Żal, że mi intelektu nie staje dla objęcia umysłem dowcipu z przemieszaniem czasoprzestrzennym. Żmuda-Trzebiatowska na przemian gra: nieznośnie, w stylizacji na drewno oraz "biorę udział w konkursie na najgłupszą minę". Ognista Klara w wykonaniu panny Marty wygląda, jak Żmuda-Trzebiatowska, której zachciało się poudawać dziewczę z temperamentem. (Literatura i film zna już podobne przypadki fiaska; pamiętacie Pinokia, który udawał, że jest prawdziwym chłopcem? No właśnie). Obie laski - wyżej wymieniona oraz Anna Cieślak - chyba nie za bardzo rozumieją wypowiadane przez siebie słowa. Co do panów: jakim aktorem jest Borys Szyc oraz jakim aktorem jest Maciej Stuhr każdy widzi, ale w tym filmie udało im się pokazać, że męskie postacie Fredry to przygłupy prima sorte. Na hasło reklamowe z plakatów - "Jak rozkochać kobietę" odpowiadam: nie mam pojęcia, a Filip Bajon na ten temat w swoim najnowszym dziele milczy. Aniela i Klara zakochują się w tych ciepłych kluchach chyba jedynie dlatego, że tak było w scenariuszu.

Za to film o ojcu Facebooka - polecam serdecznie, chociaż nie mogę się pozbyć wrażenia, że... Ale to już Wam powiem w następnym odcinku.
14:49, agawa79 , Film
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 kwietnia 2010
Tlen, czyli czad. I nazwisko do zapamiętania - Wyrypajew.
Tlen, film, który przemknął przez kina dość efemerycznie. Zdążyłam jednak być na nim dwukrotnie. Pierwszy raz z pędu do zapoznawania się z twórczością Iwana Wyrypajewa jak leci. Drugi raz dla wzmocnienia wrażeń i sztachnięcia się życiodajnym gazem, dla rozkoszowania się obrazem i muzyką.

Tlenodajny film. Minęło kilka tygodni od projekcji, a on wciąż we mnie tkwi. Film jak żaden inny. Kompilacja teledysków, w których rewelacyjna mocna, klimatyczna muzyka stanowi tło dla melorecytacji dwójki aktorów - Karoliny Gruszki oraz Aleksieja Filimonowa.

Historia opowiedziana fragmentarycznie jest prosta: Sasza się zapomniał. Sasza nie pamiętał, że Bóg powiedział "Nie zabijaj". I zabił. Zabił swoją żonę, kobietę o krótkich ciemnych włosach i grubych palcach, bo nie była mu tlenem. Tlenem była za to dziewczyna o rudych włosach i męskim imieniu Sasza. Sasza miała męża, zarabiała na życie handlując swoim ciałem i paliła trawę. To jej Sasza szukał i to ją odnalazł.

Tlen nie przypomina żadnego filmu, jaki widziałam. Właściwie cały zachwyt, jaki stał się moim udziałem, wyraziście oddała już Klaudia. Chcę jednak, żebyście zwrócili w przyszłości uwagę na to nazwisko: Iwan Wyrypajew. Ma jedyny w swoim rodzaju ironicznie czuły sposób mówienia o świecie. O Rosji. O ludziach i o tym, co się dzieje między nimi. Prowokuje do myślenia i drażni. Urzeka pomysłami i oczarowuje oryginalnością. Esteta i myśliciel w jednym. Wierzę, że to, co robi, przetrwa.

Trailer:


Zanim dopadnę film na DVD:




22:11, agawa79 , Film
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 kwietnia 2010
Trick, czyli szczękościsk
Gdyby ktoś mi powiedział, że z filmu, w którym gra Marian Dziędziel, w którym gra Karolina Gruszka, w którym gra Bartłomiej Topa, w którym gra Andrzej Chyra, wyjdę po trzydziestu minutach, bo nie będę w stanie wysiedzieć z nudów - nie uwierzyłabym. A jednak. Mrowie ukochanych aktorów nie było w stanie zatrzymać mnie przed ekranem, na którym bardzo serio i bez najmniejszego przymrużenia oka serwowano kompletnie niewciągającą historię porwania polskiego posła w Afganistanie i wciągania więźnia, skazanego za fałszowanie pieniędzy, w pomoc polskiemu rządowi celem ratowania rodaka przed terrorystami. Rzecz świetnie zagrana i zupełnie niestrawna. A ja tylko chciałam się lekko rozerwać...




00:16, agawa79 , Film
Link Komentarze (5) »
sobota, 05 grudnia 2009
"Biała wstążka"

Film Biała wstążka Michaela Haneke jest jak brzytwa przystawiona do gardła widza.

Rok przed wybuchem I wojny światowej w jednej z niemieckich wiosek wydarza się seria niewyjaśnionych wypadków: koń wiozący na grzbiecie miejscowego lekarza zaczepia o rozciągnięty nad ziemią drut, przez co jeździec na długie miesiące trafia do szpitala. Kobieta za złą pracę przy żniwach zostaje skierowana do pracy w tartaku i tam ginie. Ktoś wiesza głową do dołu kilkuletniego syna barona, a upośledzony synek akuszerki zostaje ciężko pobity i przywiązany do drzewa w lesie. Wszystko to dzieje się w miejscu, gdzie panuje pruski dryl, chłód uczuciowy, a najważniejsza jest dyscyplina. Dzieciom nie pozwala się na bycie dziećmi, kobietami się pomiata, a między dorosłymi panuje atmosfera niechęci, braku zaufania, psychicznego dręczenia, egoizmu. Podejrzenie o popełnienie wszystkich postępków pada kolejno na syna ubogiego chłopa i na dzieci, które, niekochane i upokarzane wydają się na oślep dawać upust wewnętrznej złości.

Ostatecznej prawdy o przebiegu zdarzeń trzeba się domyślić; scenarzysta niczego nie wyjaśnia wprost, do końca buduje nastrój napięcia. Czarno-biała elegancja statycznych obrazów sprawia, że widz czuje, jakby mówiono do niego z ekranu: nie zamykaj oczu, przypatrz się dokładnie, jak wykluwa się zło; napatrz się, aż się udławisz. Mimo niewielkiej dynamiki filmu trudno oderwać wzrok od ekranu. W scenie, gdy widać tylko białe drzwi, zza których dobiega krzyk dziecka bitego rózgą, jest tyle dramatyzmu, że widzowie siedzą niemal bez ruchu i tylko ich oddechy świszczą w ciemności. Biała wstążka obfituje w takie hipnotyzujące sceny. Niewiele tam brutalności pokazanej wprost, ale same sugestie przemocy sprawiają, że widz zastyga przed ekranem.

Muszę wspomnieć też o grających w filmie aktorach. W każdym kraju można znaleźć znakomicie grających dorosłych, ale twórcom Białej wstążki udało się zgromadzić na planie grupę niesamowicie utalentowanych dzieciaków, zachwycających autentycznością. Żaden aktor, młody czy stary, tam nie gra, oni wszyscy stają się postaciami, które mają wykreować. Rzadko zdarza mi się zapomnieć w kinie, że to tylko film. Podczas oglądania Białej wstążki - zapomniałam, a wyjście z kina na ulicę miało w sobie coś wręcz absurdalnego.

Mam tylko jedno zastrzeżenie - dotyczy ono napisów, które w kilku miejscach są prawie nieczytelne, ponieważ zlewają się z jasnym tłem. Dla kogoś, kto ledwo liznął niemiecki, odbiór filmu staje się utrudniony.

23:44, agawa79 , Film
Link Komentarze (7) »
piątek, 04 grudnia 2009
"Dom zły" Wojciecha Smarzowskiego

Zimno. Rzęsisty deszcz. Klęczę w błocie. Ktoś uderza mnie obuchem w tył głowy. Padam twarzą na rozmokłą ziemię i próbuję krzyczeć.

Tak właśnie oglądało mi się Dom zły Wojciecha Smarzowskiego. Ten film jest jak dotknięcie samego środka zła i brudu.

Chciałabym napisać chłodną, analityczną recenzję, ale nie dam rady. Za dużo, za głośno we mnie wrzeszczy. Film powala na kolana realizmem, doskonałością kreacji aktorskich, scenariuszem, prawdą. To już poziom światowy. Chociaż "powala na kolana" to nie jest dobre określenie; raczej - przygina kark do ziemi i zmusza do zadławienia się z podziwu.

Zadam tylko jedno pytanie: Jakim cudem nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu w Gdyni dostała Agata Buzek, a nie Kinga Preis?!

18:18, agawa79 , Film
Link Komentarze (16) »
wtorek, 24 listopada 2009
Białe szaleństwo

Norwegowie dzielą się z grubsza na dwie grupy: ponurych i nieponurych. Ponurzy piszą książki, zakładają zespoły deathmetalowe i podpalają kościoły. Nieponurzy robią filmy.*

Bohater Białego szaleństwa, trzydziestoletni Jomar, to pacjent szpitala psychiatrycznego (pewne motywy w twórczości Norwegów są po prostu obowiązkowe), który stracił wszystko: karierę narciarza i ukochaną kobietę, która odeszła z jego najlepszym przyjacielem. Jomar pracuje jako sprzedawca biletów na wyciąg narciarski, ale pogrążony w beznadziei swojej egzystencji nie bardzo przejmuje się pracą i rozdaje bilety za darmo (w tych chwilach, kiedy nie wpatruje się w nicość). Pewnego dnia były przyjaciel (ten sam, co sprzątnął był Jomarowi kobietę sprzed nosa) wyjawia mu, że daleko na północy mieszka czteroletnie dziecko, które prawdopodobnie jest jego. Jomar pakuje na skuter pięć litrów alkoholu i wzniecając kolejne pożary brnie przez śniegi ku - być może - lepszemu życiu.

Ci nieponurzy Norwegowie, wspomniani wcześniej, mają zupełnie odjechane poczucie humoru, trochę jakby pochodzili z innej planety. Film obfituje w absurdalnie zabawne sytuacje (scena pokazująca jak się upić, jeśli się dysponuje znikomą ilością alkoholu, chociażby), które jednak pokazują wcale niezabawną prawdę o samotności spotykanych przez Jomara osób. Każda uczy czegoś ważnego naszego bohatera, on sam też wywiera wpływ na ich życie - czasem rozmową, czasem milczeniem. Podobało mi się, że twórcy filmu nie zdecydowali się babrać zbyt głęboko w popapranej psychice bohatera, a trudniejsze psychologicznie momenty zostały zrównoważone przez elementy komediowe.

Bardzo pięknie, choć nie bez pewnej grozy, pokazano w filmie zimową Norwegię. Zdjęcia kręcono w ciągu najtrudniejszych zimowych miesięcy. Podróż Jomara rozpoczyna się w Trondheim, a kończy w okręgu Troms, około 500 km za kołem podbiegunowym. Złowrogi śnieg, wiatr i zadymki nie zostały sztucznie wyprodukowane, film naprawdę kręcono w takich warunkach. Ciekawostką jest, że scenę z żołnierzami, którym Jomar wpakowuje się na poligon w czasie ćwiczeń, dodano do scenariusza, po tym jak tereny te zostały przypadkiem odkryte podczas szukania plenerów.

Czepnę się tylko obrazu Polaków w tym filmie. Nie występują tam fizycznie, są jednak wymienieni w kontekście przedstawiającym ich (nas, znaczy) jako mistrzów opilstwa. Przygarniał kocioł garnkowi - widziałam (i słyszałam! to nie były odgłosy wydawane przez abstynentów), co się dzieje w norweskim centrum miasta w piątkowy wieczór i jak to biedne centrum potem wygląda...

Nie jestem też zachwycona tytułem. W oryginale jest to Nord, czy nie lepszy byłby jakiś prosty polski tytuł, jak chociażby Na północ? Białe szaleństwo wydaje mi się dość topornym nawiązaniem do choroby psychicznej bohatera.

---

* Od tych reguł zdarzają się wyjątki, jak również występują typy mieszane. Wyjątkiem jest na przykład scenarzysta Białego szaleństwa, Erlend Loe, który napisał bardzo radosną (zwłaszcza jak na skandynawskie standardy) pochwałę prostego życia poza głównym nurtem cywilizacji pt. Doppler. Polecam!

21:58, agawa79 , Film
Link Komentarze (10) »
niedziela, 08 listopada 2009
Granice miłości

Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby Julia (ta od Romea) odkryła, że jej matka ma romans? I gdyby nie było całej tej afery z samobójstwami? Ja też nie. Ale Guillermo Arriaga się zastanowił i napisał scenariusz do filmu Granice miłości. Z bardzo dobrym zresztą skutkiem.

Do kina zagnała mnie ciekawość, co Charlize Theron i Kim Basinger mają do roboty w argentyńskim filmie. Okazało się, że grają w całkiem niezłej produkcji. W pierwszej scenie ukazują nam się plecy kobiety - już po tych plecach i po tonie, jakim ich właścicielka wygania z łóżka kochanka można poznać, że coś jest nie tak. Co nie gra? Dowiemy się, ale nie tak od razu.

Potem akcja przenosi się do innego miejsca, do innego czasu. W przyczepie w środku szczerego pola spłonęła kobieta i jej kochanek. Jedna zakazana miłość daje początek innej - jej córka i jego syn zaczynają się spotykać, próbując jednocześnie dowiedzieć się, co łączyło ich rodziców. Dla widza rozpoczyna się przeskakiwanie między planami czasowymi i różnymi miejscami akcji i stopniowe odkrywanie wydarzeń i motywacji bohaterów. Scenarzysta i reżyser w jednej osobie nie pozwala się nudzić, ale i nie wprowadza chaosu do opowiadanej fragmentami historii. Ułożona z kawałków opowieść zachwyca precyzją. Nie dowiadujemy się wszystkiego, pewne kwestie pozostają otwarte, ale to jest ten rodzaj niedopowiedzenia, który nie drażni, a intryguje.

Można by się czepiać, że takich historii kino opowiedziało już wiele, ale sposób, w jaki nam podano ten film o poszukiwaniu miłości i próbach wybaczenia samemu sobie zachwyca starannością. Ujął mnie pewien niepokój, jakim film emanuje od początku do końca. Oglądając Granice miłości miałam uczucie, że wreszcie nikt mi nie próbuje sprzedać banałów w oklepany sposób. Aktorsko film jest doskonały, a scena zdejmowania bluzki przez Kim Basinger - mistrzowska. Polecam z czystym sumieniem.

19:44, agawa79 , Film
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 października 2009
Film od kuchni

Dziś będzie o filmie Julie & Julia.

Krótko, bo mi się spieszy.

 

O czym to jest, chyba już wszyscy wiedzą, a jeśli nie, to szybko wyjaśniam: żyjąca współcześnie Julie, znudzona pracą urzędniczka ze słomianym zapałem, raz w życiu postanawia doprowadzić coś do końca i zaczyna prowadzić blog o gotowaniu z książki kucharskiej Julii Child. Na drugim planie czasowym toczy się historia gwiazdy kucharskiej, która zainspirowała Julie Powell.

 

Dołączam do piewców talentu Meryl Streep. Widziałam ją w tak wielu odsłonach, że nie spodziewałam, że mnie jeszcze czymś zaskoczy; tymczasem w Julie & Julie jest inna niż dotychczas. Znakomicie sportretowała Julię Child, która była jedną z tych wesołych, głośnych osób, wydających się być przez cały czas na lekkim gazie, a niezwykle sympatycznych. 

Amy Adams, aktorka grająca Julie Powell, miała już lepsze występy chociażby w Złap mnie jeśli potrafisz, gdzie zagrała bojaźliwą narzeczoną głównego bohatera, czy w Wątpliwości, gdzie wcieliła się w rolę młodej, entuzjastycznej zakonnicy (Meryl Streep też tam gra). Nie jest zła i w Julie & Julia; ale jej postać jest trochę rozmemłana i denerwująca. 

Julie & Julia to mimo pewnych wad bardzo przyjemny film; nie tylko o gotowaniu, ale również o tym, jak ważne jest, żeby wytrwale dążyć do celu i kończyć to, co się raz zaczęło. Co mnie drażniło, to portrety mężów obu kobiet z lekka trącące hagiografią; mimo to film jest smakowity, nawet biorąc pod uwagę fakt, że zjada się tam zdecydowanie za dużo mięsa. ;) 

Uwaga: przed projekcją proszę coś zjeść! Najlepiej dobrze i dużo.

09:34, agawa79 , Film
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 października 2009
Złoty Rewers

Po rozdaniu tegorocznych Złotych Lwów w Gdyni chyba głośniej było o najlepszym debiucie  niż o triumfatorze nr 1, czyli "Rewersie" Borysa Lankosza. Kiedy mówiłam znajomym o wizycie w kinie na przedpremierowych pokazach "Rewersu", prawie nikt nie wiedział, o co chodzi. Jednak spora grupa warszawiaków wykazała się większą znajomością tematu, a kolejka po bilety w kinie Wisła chwilami sięgała ulicy.

Akcja "Rewersu" rozpoczyna się mniej więcej rok przed śmiercią Stalina. Poznajemy córkę, matkę i babkę, z których dwie ostatnie zamartwiają się brakiem życia miłosnego tej pierwszej. Zmienia się to, kiedy najmłodsza z kobiet, Sabina, zakochuje się w poznanym przypadkiem tajemniczym Bronisławie. Nie chcę zdradzać zbyt dużo z treści filmu, bo jedna z największych przyjemności towarzysząca oglądaniu "Rewersu" to właśnie odkrywanie rozwoju akcji; powiem jedynie, że tytułowy rewers to spodnia strona złotej monety, która zostaje sprytnie (jak się jej wydaje) i niebanalnie ukryta przez Sabinę, a pośrednio stanie się przyczyną dramatycznej decyzji, jaką Sabina będzie musiała podjąć w związku z ukochanym.

Głęboki PRL przedstawiony w konwencji czarnej (oj, bardzo) komedii z elementami kryminału, a nawet thrillera, to zjawisko nader rzadkie. Z ekranu przez makabreskę i wisielczy (choć właściwie raczej topielczy) humor przebija swoista świeżość i lekkość. W oddali, delikatnie tak, że prawie trzeba się ich domyślać, pobrzmiewają echa polskich przedwojennych komedii (nawiasem mówiąc, jednego z moich ulubionych gatunków), gdzie kobiety są tymi silnymi, sprytniejszymi, pchającymi zdarzenia do przodu. Znakomicie mi się oglądało "Rewers". Scena cichego radosnego porozumienia międzysąsiedzkiego w dzień śmierci Stalina jest świetna, trudno samemu się nie uśmiechnąć i nie cieszyć. Od czasu projekcji zyskałam też nowe spojrzenie na Pałac Kultury... Ale to już sobie proszę obejrzeć w kinie.

Czy coś mi się nie podobało? Tak, nie przypadła mi do gustu Agata Buzek we współczesnej części filmu (w historycznej, tej właściwej, jest świetna, zabawna i wiarygodna), gdzie jest ucharakteryzowana na starowinkę, i jak starowinka ma mówić i się poruszać. To jedno jej nie wyszło. Poza tym - brawa dla niej i dla pozostałych aktorów.

Wątpię co prawda, czy "Rewers" zostanie nominowany do Oscara, o otrzymaniu samej nagrody nie wspominając, ale i tak warto obejrzeć tę oryginalną jak na polskie kino produkcję.

14:52, agawa79 , Film
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2