stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
niedziela, 11 marca 2012
Święto wiosny. Święto wiosny. Święto wiosny.
Na początku była muzyka. W 1913 roku Igor Fiodorowicz (prawnik z wykształcenia, syn śpiewaka operowego) przysunął fortepian do ściany i pracował od rana do nocy, na okrągło. Na drzwiach napisał: "To tutaj komponuję Święto wiosny. Igor Strawiński". Kiedy tak sobie siedział i w pocie czoła komponował, spod palców zaczęły wymykać mu się nowe akordy - całkiem nowy, z nowymi akcentami, które stały się fundamentem całości. Kiedy skończył pracę nad Świętem, zagrał je Siergiejowi Diagilewowi, którego zespół The Ballet Russes miał zatańczyć do nowej muzyki. Diagilew był dość zaskoczony. Nie chciał obrazić Strawińskiego, ale zadał mu jedno pytanie, które jednak Strawińskiego uraziło: "Czy to potrwa bardzo długo?" Na co Strawiński odparł: "Do samego końca, mój drogi". Zapadła cisza, bo Diaghilew zrozumiał, że odpowiedź była jak najbardziej serio. Tak się odbyły niełatwe narodziny muzyki współczesnej XX w.

Historię tę opowiada tu uroczo sam Strawiński:



Teatr Wielki pokazuje jednego wieczoru trzy różne inscenizacje "Święta wiosny", każdą z innej epoki (oraz bajki): zrekonstruowaną choreografię Wacława Niżyńskiego, stosunkowo świeżą, bo powstałą w 2004 r., choreografię Emanuela Gata oraz przypomnienie choreografii Maurice'a Bejarta z 1959 r.

Pierwszą - i od razu szokującą - choreografią do - również szokującej! - wówczas muzyki ułożył Wacław Niżyński, prekursor wielu powszechnych dziś w tańcu zjawisk (czyli to, na co sto lat temu widownia reagowała gniewem, gwizdami i nawet opuszczaniem budynku teatru, widownia dzisiejsza przyjmuje z zachwytem na kolanach). Pomysł na to, że balet ten ma opowiadać o dziewczynie, składanej wiosną w ofierze, zaszczepił w głowie Niżyńskiego Nikołaj Roerich, spec od dawnych słowiańskich rytuałów. Owa pierwsza inscenizacja przedstawiała właśnie sceny z obrzędów dawnej Rosji. Co było niezwykłe i szokujące, jak na początek XX w., to fakt, że Niżyński potraktował każdego tancerza zespołu, jak solistę (co oznacza, że na scenie można odnieść wrażenie, że każdy tancerz sobie rzepkę skrobie i nadweręża). I pomyśleć, że choreograficzne poodrywanie członków zespołu stanowiło dla niektórych ówcześnie niemalże obrazę...

Millicent Hodson, amerykańska choreograf, i Kenneth Archer, brytyjski scenograf, połączyli siły mrówcze i benedyktyńskie, aby odtworzyć jak najwierniej pierwotną choreografię Niżyńskiego. To bowiem, co oglądamy na scenie, zdecydowanie bardziej jest rekonstrukcją zdarzeń, niczym w 997, a nie zapisem oryginalnego przestępstwa. Aby złożyć w całość obraz "pogańskiej Rusi w dwóch aktach", trzeba było przekopać się przez różnorodne źródła wiedzy o przedstawieniu takim, jakie było ono w roku 1913: notatki Strawińskiego, Marie Rambert (asystentki Niżyńskiego przy Święcie), bezcenne dla utrwalenia informacji o balecie prace krytyczne czy rysunki Valentine Gross, rysowane z poświęceniem w ciemnym teatrze.

Choreografia Niżyńskiego nie zestarzała się wcale, choć dziś już nikt go nie wygwiżdże, nie wyjdzie z teatru oburzony profanacją klasycznej sztuki tańca. Kostiumy natomiast mają długą (w dodatku doklejoną) brodę. O ile szczerze podziwiam pracę nad odtworzeniem strojów, z których każdy jest dziełem sztuki samym w sobie, o tyle estetyka dosłowności ludowych jest dzisiaj przede wszystkim pocieszna. Zachwyca mnie wysiłek włożony przez artystów w dokopanie się do oryginalnej wizualizacji; sam efekt już zdecydowanie mniej. Te wiechcie na głowach, wymalowane na policzkach czerrrrrwone rumieńce, trochę toporne stroje niedźwiedzi... Nie, taka dosłowność trąci mi naftaliną, choć z drugiej strony nie do przecenienia jest poczucie, że wsiadło się w wehikuł czasu i wylądowało na początku XX w; że można podejrzeć kawałek rzeczywistości, której nikt z żyjących już nie pamięta.



Dla kontrastu, kolejna inscenizacja Święta wiosny, autorstwa Emanuela Gata, elektryzuje minimalizmem formy, wysmakowaniem estetycznym i udanym mariażem klasycznego tańca baletowego z... z salsą. Można sobie ustawiać oko i w zależności od kąta patrzenia widzieć raz balet, raz salsę. Co kto lubi. Tancerzy na scenie jest tylko pięcioro: dwóch mężczyzn i trzy kobiety. Panowie tańczą w czarnych koszulach i spodniach, panie mają na sobie krótkie czarne sukienki. Kiedy zalewa ich czerwone światło, można stracić oczy z wizualnej uciechy. Tancerze wciąż splatają się ze sobą i rozłączają, zamieniają miejscami, trącają biodrami. Iskrzą. Jak mówi sam Gat, w jego inscenizacjach brakuje konkretnej historii, woli on grać emocjami, niż konkretną narracją. Składa widzowi propozycję, którą widz odbiera jak chce, w zależności od tego, kim jest i co mu aktualnie siedzi w duszy.



Autorem ostatniej inscenizacji jest Maurice Bejart. Miał w zespole niewielu tancerzy, więc zaprosił do współpracy artystów z innych zespołów. Choreografię ułożył w ciągu zaledwie trzech tygodni, w co trudno uwierzyć, kiedy ogląda się na scenie jakieś pół setki osób. Dla Bejarta tematem Święta Wiosny  jest energia życiowa, budzenie się świata do życia na wiosnę. Tancerze budzą się do tańca z trudem, ale potem drzemiąca w nich energia wybucha potem z całą siłą. Mam wielką słabość do scen zbiorowych, gdzie kilkudziesięciu tancerzy tak sobie równiutko i bez zadyszki pomyka po scenie. 



Gdyby się ktoś obawiał, że znuży go trzykrotne wysłuchanie tego samego utworu pod rząd, pragnę uspokoić - nie znuży; zobaczycie trzy zupełnie różne spektakle.

A kiedy teraz do Was pisałam, to w słuchawkach brzmiało mi Święto Wiosny zagrane przez pianistę Marka Tomaszewskiego. Okazuje się, że można to zagrać bez ukochanych przez Strawińskiego instrumentów dętych, a utwór nic na tym nie straci.

Na koniec pożyczam ze strony Teatru Wielkiego kilka zdjęć na zachętę:











20:37, agawa79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Słowo na koniec miesiąca, czyli notki niedokończone (przy czym niektóre JESZCZE nie)
Aaaaaby nie trzymać światła pod korcem, a zbyt wielu notek w poczekalni. Niedorobiony dorobek styczniowy. Ready, steady, go:

Sztuka bez tytułu - Teatr Współczesny. Czechow sprowadzony do zbyt długo żutej teatralnej gumy. Ciągnęło się, jak o cztery godziny za długo przeżuwana guma i miało podobny wdzięk. Cyzelowanie recenzji w toku.

Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi - Laurence Bergreen o jednej z najśmielszych i najbardziej ryzykownych wypraw wszech czasów. Na początku stwierdziłam, że Bergreen nadużywa przymiotników i przesadza ze złożonością zdań wielokrotnie złożonych. Twierdziłam tak przez jakieś 100 stron, po czym lekko barokowy styl dyskretnie przestał się rzucać w oczy, a na pierwszy plan wysunęły się zmagania dzielnego Magellana z pięcioma załogami, czterema żywiołami i jednym plemieniem (ale za to mściwym). Teraz czekam na dzienniki Antonia Pigafetty, kronikarza wyprawy i jednego z zaledwie osiemnastu członków pierwszej podróży dookoła świata, którzy dożyli mety. O tem potem.

Marek Edelman. Życie. Po prostu - Witold Bereś, Krzysztof Burnetko. Biografia człowieka niezłomnego.

Miasto morderca kobiet - Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal. W meksykańskim mieście Juarez, tuż przy granicy z USA, w niewyjaśnionych okolicznościach giną kobiety. Wiele kobiet. Policja działa nieudolnie, padają fałszywe oskarżenia, dowody rozpływają się w niebycie, a raporty ze zgłoszeń nigdy nie zostają napisane. Dwaj dziennikarze próbują po nitce dojść do zbyt splątanego i co gorsza znikającego kłębka - do przyczyn i sprawców popełnianych masowo morderstw. Wiele wskazuje na to, że ze sprawami powiązane są gangi narkotykowe, zaś z gangami - miejscy prominenci. Przerażające.

Razem na bieguny - Marek Kamiński. Wpaść na pomysł zabrania chłopaka bez ręki i nogi na oba bieguny i jeszcze to zrealizować - do tego trzeba być albo szaleńcem, albo wizjonerem, albo człowiekiem szalenie odpowiedzialnym. Albo wszystkim naraz. Notka trzymana jest na wolnym ogniu.

Córka polarnika - Kari Herbert. Nie do końca udana podróż w czasie córki sławnego polarnika, która jako dziesięciomiesięczne niemowlę zostaje zabrana z Anglii na Grenlandię, gdzie mieszka przez dwa lata. Podróż nieudana, za to książka, dzięki ogromnej dawce szczerości ze strony autorki - udana niezmiernie (mimo przyprawiających o ból słownika błędów ortograficznych; nazwiska korektorki i redaktorek w notce właściwej, wraz z listą dopuszczonych do obiegu niedopuszczalności, coming soon).

The Hot Zone - Robert Preston. Za górami i morzami żył sobie wirus Ebola, który pewnego dnia postanowił się rozerwać i wyjść do ludzi. Horrory pisane przez Mastertona czy Koontza  mogą horrorom pisanym przez życie czyścić stroniczki.

Irlandia. Celtycki splot - Małgorzata Goraj-Bryll i Ernest Bryll. Gdzieś już wyznałam, że opowieść państwa ambasadorostwa czytała mi się źle, ale nie potrafię sprecyzować, dlaczego. To było kilka dni temu, od tamtej pory argumenty na nie zaczęły się krystalizować. Pani Bryllowa wcisnęła Dublin w za ciasny kostium Joyce'a, a pan Bryll nadmiernie się ekscytował spotkaniami z wnukami, siostrzeńcami, prawnuczkami i dziesiątymi wodami po kisielu ludzi, którzy kiedyś coś znaczyli. (Za to wydanie przepiękne!).

Bóg. Życie i twórczość - Szymon Hołownia. Pan "nie przemyślałem sobie tego i brakiem przemyśleń postanowiłem się z wami podzielić" pisze biografię Boga (nie on pierwszy, jakby ktoś pytał). Dostałam w prezencie, to zmęczyłam, a trzeba było oddać bez czytania, bo o ile o autorze miałam całkiem dobre zdanie dotąd (ach, jakiż on ma szacunek dla myślących inaczej), o tyle zmieniłam je diametralnie (ach, jaki beton). Recenzji nie będzie.   

Konfucjusz - Jonathan Clements. Życie Konfucjusza (bez twórczości). Autor ewidentnie rozkochany w opisywanej postaci, co ma zresztą swój urok.

Tuwim - Michał Urbanek, seria A to Polska właśnie. Męcząca forma książki - obok tekstu właściwego tysiąc pińcet rameczek, obrazeczków, portrecików i wkładeczek. Biografia, ze względu na objętość, dość płaska i powierzchowna. Fanom licznych rameczek i obrazeczków, jak również papieru kredowego, jednakowoż serdecznie polecam.

Anty-TINA. Rozmowy o lepszym świecie, myśleniu i życiu - Jacek Żakowski. Wywiady Żakowskiego z ludźmi o często sprzecznych poglądach, których łączy jedno - sprzeciw wobec pewnej nieformalnej ideologii, dominującej myślenie zarówno tych, co z prawa, jak i z lewa. Poznajmy przeciwników TINA - There Is No Alternative. Bauman, Chomsky, Stiglitz, Soros, Naomi Klein, Benjamin Barber, Finkielraut, Martin Gilbert, Ronald Inglehart, Richard Rorty, Ingvar Kamprad (piękny wykład bogatego człowieka o kapitalistycznych pijawkach wysysających pieniądze z ludzkości), Oscar Niemeyer (wielbiciel Fidela Castro, świeżo po lekturze Cuba libre czyta się go jak opowieść przybysza z kosmosu), Kołakowski.

Muzycznie miała być Osiecka i Mackie Majcher. I może będzie, niechże się tylko ogarnę.   
22:29, agawa79 , Inne
Link Komentarze (8) »
piątek, 28 stycznia 2011
Ogden Nash
Wyimki z Ogdena Nasha dedykuję mojemu kotu, którego poeta - nigdy rzeczonego kota nie spotkawszy - bardzo trafnie podsumował.

KOTEK
Kiedy kotek jest kotkiem, da się znieść; kłopotem
Jest to, że zaraz potem staje się on kotem.

KOT
Masz żonę (ślubną), dom masz tyż,
W nim zaś masz misz-masz, gdyż masz mysz.
Przeklinasz mysz, masz dość jej psot?
W terminarz wpisz: Z a k u p i ć: KOT.
Jest kot. Noc. Śpisz. Spiż gwiezdnych cisz.
Wtem wrzask! Drżysz: drze się kot, nie mysz.
Zlewa cię zimny pot, gdy w lot
Pojmujesz: taki, ot, jest kot.
Kto milczy - milszy; milsza niż
Łotr kot jest wyż. wspomniana mysz.
Żona, wzburzona: "Wpisz do not:
D a ć   s p o k ó j: MYSZ. Udusić: KOT".

Więcej podobnych i jeszcze zabawniejszych niż powyższe wierszy znaleźć można w tomie wierszy Nasha przetłumaczonych przez Barańczaka W świecie mułów nie ma regułów,
zawierającą mnóstwo smaczków takich jak na przykład panorama zachowań, którymi ludzie działają sobie nawzajem na nerwy.  Ze względu na niemożliwe do uniknięcia wybuchy śmiechu będące skutkiem lektury, nie zaleca się czytania niniejszego tomu w miejscach, gdzie wybuchy śmiechu zostałyby uznane za zachowanie nieodpowiednie i nielicujące z powagą.
00:10, agawa79 , Inne
Link Komentarze (6) »
środa, 26 stycznia 2011
WAMPIR
U kolegi Zacofanego w lekturze w komentarzach pod wpisami o Boyu i Wyspiańskim (niezbadane są ścieżki...) rozwinęła się dyskusja o motywach wampiryczno-upiorzych w twórczości tego ostatniego. Kolega Zacofany stwierdził, że odkąd zaczęły się rozmowy na tematy modne, znacznie podniosły mu się statystyki odwiedzin. Wprawdzie my, Agawa, stawiamy na jakość, nie ilość, ale nie możemy się oprzeć chęci sprawdzenia, jak to działa.

Wabikiem niech będzie wstępny (i jadący amatorszczyzną, tak, WIEM) projekt nowej okładki dzieła Marii Janion "Wampir. Biografia symboliczna". Oto, jak wyobrażamy sobie próby skierowania zainteresowań czytelników zmierzcholubnych na niszowsze tory:

Rzucam przynętę i zobaczę, co się złapie.
czwartek, 20 stycznia 2011
Gdzie jestem, jak mnie nie ma

Zrobiłam listę wyrażeń, których zakazuję sobie używać w recenzjach - bo to takie wyrażenia, które - użyte - sprawiłyby, że moja recenzja to nie byłaby recenzja, tylko coś, co się oderwało od peletonu atakujących klonów. Omijanie raf sklonowanych fraz idzie mi jednak nieszczególnie. Utkłam, czyli, i to w dodatku w siedmiu notkach książkowych, dwóch teatralnych i trzech muzycznych naraz (wszystko przeczytane, obejrzane i wysłuchane od początku stycznia). Proszę o życzenia wyjścia z impasu.

Papatki, czy jak tam.

20:58, agawa79 , Inne
Link Komentarze (7) »
sobota, 08 stycznia 2011
A teraz coś z zupełnie innej beczki

Czyli mój drugi blog.

Enjoy!

23:28, agawa79 , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 grudnia 2010
Pozycja obowiązkowa
Tym, co świętują, i tym, co kontestują, tym, co lubią i tym, co nie znoszą, życzę dokładnie tego, czego sobie życzą - niech będzie jak w tej scenie w Karolci, gdzie się nagle wszystkim spełniły życzenia.



A my, uczyniwszy zadość tradycji, uprawiamy nicnierobienie z prezentami w roli głównej - syn ambitnie składa klocki, na które jest metrykalnie za młody, córka składa klocki, które są dla niej w sam raz, pan domu ogląda filmy, które przyniósł mu - a nie, nie Mikołaj, przed wiadomą kolacją czytaliśmy opis świąt w Dzieciach z Bullerbyn i młody pod krawatem wcielił się w Jultomte - zatem pan domu ogląda filmy od Jultomte (don't ask...), a ja chwilowo odkładam dzisiejsze dary (Lem i Woody Allen, yes, yes, yes) i wracam do rozpoczętego wczoraj Efektu Lucyfera Zimbarda zawierającego opis słynnego eksperymentu więziennego, gdzie losowo wybrani studenci wcielili się w role strażników i więźniów. Tak, tak, wiem, mało świątecznie i tylko dziwadła czytają o narodzinach zła w dniu, w którym narodziła się miłość, ale zostałam zahipnotyzowana i nic na to nie poradzę.

Zatem do...
19:43, agawa79 , Inne
Link Komentarze (3) »
piątek, 03 grudnia 2010
No nie.
Na bloggerze miejsca nie zagrzałam, czułam się tam, jak przeniesiona z małego miasteczka, gdzie znam wszystkich, i wszyscy mnie znają, na kompletne zadupie, gdzie wokół tylko wiatr hula, a ja nie wiem, gdzie jestem i co tam robię. Blox może i gorszy jest pod względem edycji, ale za to swój chłop. Jeszcze dziś poprzenoszę tu notki z blogspota i dam nowy wpis. No i liczę, że ci, co mnie niegdyś odwiedzali, nadal będą tu wracać.
14:39, agawa79 , Inne
Link Komentarze (10) »
wtorek, 24 sierpnia 2010
Wojtek Wieteska w Galerii Yours
Galeria Yours na Krakowskim Przedmieściu to wysepka ciszy i spokoju na ruchliwej ulicy, pełnej turystów, obrońców symboli i innych generatorów hałasu. Wdepnęłam tam, żeby obejrzeć wystawę Wojtka Wieteski Flights 91_08. W salach na trzech piętrach, salach przyjemnie cichych, minimalistycznie urządzanych i sterylnie czystych, pokazano fotografie, które autor wykonał podczas kilku pobytów w Japonii.

O Japonii nie wiem nic. Moją wyobraźnię na temat kraju karmię takimi pozycjami, jak film Między słowami czy książki Alexa Kerra, Joanny Bator, czy Marcina Bruczkowskiego. W głowie rysuje mi się obraz kraju nieznośnie zatłoczonego, hałaśliwego, gdzie ani przez chwilę człowiek nie bywa sam - przynajmniej jeśli chodzi o miasta.

Wojtek Wieteska burzy mi tę wizję. Postacie z jego fotografii są jak samotne wysepki w przestrzeni pozbawionej kontekstu. Nie wiadomo, kim są, dokąd zmierzają, po co znaleźli się tam, gdzie Wieteska uchwycił ich obiektywem. Samotny czuje się też widz w galerii, to samotność z rodzaju tych, jakie odczuwa się wtedy, kiedy nie ma się żadnego dostępu ani odpowiedniego narzędzia komunikacji, żeby porozumieć się z otaczającą  rzeczywistością.

Niewiele wiedziałam o Japonii wcześniej, po wystawie w Galerii Yours rozumiem ją jeszcze mniej. I jest w tym niezrozumieniu i zagubieniu pewne uchwycenie rzeczywistości - nie można dotknąć tak odległej kultury, nie da się jej zrozumieć czy przetłumaczyć na własny język. Lost in Japan.
21:50, agawa79 , Inne
Link Komentarze (2) »
sobota, 31 lipca 2010
Kupą, mości panowie 2
Przyjmijmy, że wsiadłam w wehikuł czasu i zapowiadane w poprzedniej notce "jutro" subiektywnie wystąpiło u mnie w nieco innym terminie, niż przyjęła reszta świata.

W drugiej transzy miksu doznań zacznę od umiłowanego medium, czyli teatru. Przydarzyły mi się trzy spektakle warte wspomnienia.

Idąc chronologicznie, najpierw byli Ludzie i anioły w Teatrze Współczesnym. O ile detale treści nieco ze mnie wyparowały (przychodzi gość z neseserem do gościa w szlafroku i zaczyna go wypytywać o różne wydarzenia z jego życia, przy czym ujawnia, że wie o nim więcej niż ten w szlafroku chciałby się przyznać, a potem zaczynają pić, po czym anioł śmierci z neseserem - bo onże to - omal nie pada ofiarą zbrodni), o tyle do dziś pamiętam zrelaksowaną atmosferę na widowni i pyszną zabawę, jaką miałam dzięki aktorstwu panów Orzechowskiego i Zielińskiego. Są zabawni, przekonujący, wielcy - prawdziwi fachowcy. (Nie macie pojęcia, jak wiele szacunku straciłam do siebie po napisaniu tych ostatnich pokracznych zdań. Moja kulpa, ale lepiej dziś nie umiem). Na dobre zapadł mi w pamięć tak zwany (przeze mnie) gest Orzechowskiego, kiedy to zrozpaczony perspektywą rychłej śmierci próbuje pozbyć się anioła śmierci zamachując się na niego patelnią - i nie może się zdecydować, żeby TO w końcu zrobić. Masterpiece, jak mawiają Anglosasi. Ludzie i anioły to przede wszystkim porządnie zrobiona rozrywka, ale gdyby ktoś bardzo chciał, to może sobie tę sztukę odczytać, jako powiastkę o tym, jak łatwo można stracić i zdobyć władzę. Oraz że, jeśli chodzi o śmierć, to nie znamy dnia ani godziny. Diablo odkrywcze, tak, ale i tak bawi. Ludzi i aniołów się ogląda, i czasem tylko tego chcę od teatru.

A czasem chcę więcej i nawet to dostaję. Wojtek Ziemilski, wnuk hrabiego Dzieduszyckiego, w Teatrze Studio zrobił świetną rzecz o poszukiwaniu źródeł, powiedzmy to górnolotnie, upadku moralnego swojego dziadka, który po latach przyznał się, że był agentem SB. O Małej narracji nie piszę "spektakl" ani "przedstawienie", tylko właśnie "rzecz", bowiem wymyka się ona klasyfikacjom sztuk teatralnych. Mała narracja ma formę ni to wykładu, ni to performansu; daleko w tyle pozostawia klasyczne formy teatralnej ekspresji. Wojtek Ziemilski siedzi na krześle przed laptopem i nieco monotonnym głosem prezentuje dzieje swojej rodziny na tle filmów, wyświetlanych tekstów, zdjęć. To, co mówi, idealnie zgrane jest z tym, co widzimy na ekranie; czasem słowa "aktora" (cudzysłów użyty z braku lepszego pomysłu na określenie artysty) są uzupełnieniem multimediów, czasem komentarzem do nich (i na odwrót, multimedialne prezentacje komentują bądź uzupełniają wypowiadane przez Ziemilskiego kwestie). W formie Mała narracja to niebanalny wykład w teatrze i teatr w formie wykładu. Podstawowe pytania, jakie Ziemilski zadaje sobie i nieżyjącemu już dziadkowi to jak to się stało? dlaczego? po co? gdzie był początek upadku? Dlaczego dziadek o ujmującym uśmiechu, dziadek, który czteroletniemu Wojtkowi pokazywał litery, dlaczego okazał się kimś innym, niż wszyscy dookoła sądzili? Wnuk Dzieduszyckiego szuka odpowiedzi na dręczące go pytania i niekoniecznie je znajduje. Gdzieś ostatnio przeczytałam, że dobra sztuka zadaje trudne pytania, a kicz znajduje na nie odpowiedzi. Według tej definicji Mała narracja jest sztuką (czasem bez anglosaskiego wsparcia trudno wyrazić się precyzyjnie, chodzi mi o art, nie o play) całkiem niezłą.

Na koniec sezonu teatralnego sama sobie zrobiłam prezent w postaci Tańca "Delhi" Wyrypajewa w Teatrze Narodowym. A Taniec "Delhi" wziął się stąd, że główną bohaterką wszystkich siedmiu sztuk - bo ten spektakl to siedem jednoaktówek, w których występują niby te same postacie, ale każda historia ma nieco inną konfigurację bohaterów, a Wyrypajew gęsto korzysta z autocytatów; te same zdania wypowiadane są przez różne postacie w odmiennych kontekstach, za każdym razem na szpitalnym korytarzu toczą się rozmowy skupione wokół śmierci innej osoby - otóż główną bohaterką wszystkich siedmiu sztuk jest tancerka Katia, która zachwyca innych swoim tańcem. Jej taniec narodził się w Delhi - Katia patrzyła tam z bliska na brud, biedę i choroby i tak mocno odczuła ból cierpiących, że musiała go przekuć na taniec. Tu zaczyna się wyrypajewskie papranie emocjonalne na temat tego, czy i jak ból jednego człowieka można zmienić w coś, co zachwyci innego, czy mamy do tego prawo i takie tam, jak to Wyrypajew. Przy czym dramaturg zaskoczył mnie tym razem o tyle, że nie prowokował ostrymi moralizatorskimi tonami, a jedynie ograniczył się do stawiania pytań - głównie o to, gdzie powinno się zaczynać i kończyć nasze poczucie winy i czy to nasz grzech, że z powodu tego samego wydarzenia jeden rozpacza, a inny się cieszy. Jak zwykle, Wyrypajew swoimi pytaniami mocno dawał widzom po głowie. Bardzo przypadła mi do gustu maniera, z jaką grali aktorzy - z jednej strony ich mowa i gesty były bardzo teatralne, nie dawali ani na chwilę zapomnieć, gdzie wszyscy się znajdujemy, z drugiej zaś strony - pod tą teatralną maską aż huczało od emocji. Najlepsza moim zdaniem była Gruszka (a wystąpili tam także stanowczo-łagodna Agata Buzek, idealnie drugoplanowa Beata Fudalej, nieco sztywny Paweł Paprocki, zimna jak należy Aleksandra Justa i słodka Kamila Baar) - nie piszę tak dlatego, że się w niej kocham, ale to naprawdę niesamowita aktorka. Znajoma, z którą poszłam na ten spektakl, a która po Lipcu do Gruszki i Wyrypajewa mocno się zraziła, podziela mój zachwyt i twierdzi, że Gruszka mocno odstaje w górę od reszty aktorów. Dopiero tuż przed wejściem do teatru przyznałam jej się, na co kupiłam bilety - w pierwszym odruchu chciała mnie zabić, w drugim - uciekać, ale potem przyznała, że warto było się przemóc, bo oswoiła Wyrypajewa dla siebie.

Po Tańcu "Delhi" zdążyłam na kawałek koncertu Anny Serafińskiej śpiewającej przed Teatrem Wielkim pieśni Chopina. Mocny, ciemny, czysty, choć niezbyt oryginalnej barwy głos, autentyczna radość śpiewania i serdeczność kierowana w stronę publiczności - tak zapamiętam ten koncert. 

Zapamiętam też z pewnością absolutnie czadowy koncert Lao Che. Pierwszy raz miałam okazję widzieć i słyszeć siedmiu nie zawsze wspaniałych na żywo. Są genialni. To co robią, robią z przekonaniem - i to się udziela. Często na żywo wokaliści miewają problemy z dykcją - Spięty nie zna tego problemu, bez trudu rozróżniałam słowa nawet tych kawałków, których wcześniej nie znałam. Po ich koncercie, na którym zagrali zbiór piosenek ze wszystkich swoich płyt, mogę powiedzieć jedno: ja chcę jeszcze raz!

Wybrałam się również na dwa koncerty organowe; jeden z nich odbył się w kościele św. Katarzyny przy Fosa, nazwiska organisty nie pomnę (gdzie mój program, gdzie mój program...), pamiętam, że grano m.in. Bacha, Brahmsa i Komedę. Kościół jest tak szkaradny, że musiałam zamknąć oczy, by móc się skupić. Przeszkadzały mi głośno stukające pedały, a kiepska akustyka odebrała dużą część radości z muzyki. Znacznie sympatyczniej wspominam koncert Jerzego Dziubińskiego, z mniej zróżnicowanym, a przez to robiącym wrażenie nie tak chaotycznego jak wcześniej wspomniany, repertuarem: Liszt, Franck, Brahms, Paderewski, sami romantycy. Zamierzam tam jeszcze wrócić.

Kiedy pisałam poprzednią notkę, zupełnie uleciały mi z pamięci co najmniej dwie przeczytane książki. Pierwsza to Adam Michnik. Biografia. Wymyślić to, co polityczne pióra Cyrila Bouyeure'a. Autor, francuski dyplomata i dziennikarz, podjął próbę umieszczenia nietuzinkowej postaci, za jaką uważa Michnika, w kontekście wydarzeń najnowszej historii i polityki Polski. Bouyeure dokłada starań, by brzmieć obiektywnie, ale darzy Michnika nieukrywaną sympatią i wydarzenia, w jakich Michnik brał udział przedstawia tak, by ten ostatni jawił się jako postać jednoznacznie pozytywna, mimo pewnych potknięć i popełnionych błędów. Tak sobie myślę, że ci, którzy za Michnikiem nie przepadają, nieraz się zirytują w trakcie lektury. Biografia Michnika jest jednak biografią jedynie z nazwy. Autor bowiem prezentuje szeroki kontekst historyczny i barwnie odmalowuje tło polityczne, na jakim działał Adam Michnik. Czytelnicy obeznani z najnowszymi polskimi dziejami mogą się zżymać, że opowiada im się oczywistości. Czytelnicy z tymi dziejami nieobeznani bądź obeznani słabo będą autora błogosławić za kronikę powojennej Polski w pigułce. Bouyeure szczęśliwie nie grzebie zbyt głęboko i bez potrzeby w najbardziej prywatnych częściach życiorysu Michnika, nad osobiste przeżycia działacza przedkładając jego życiorys polityczny.

Jakimś cudem udało mi się "zapomnieć wspomnieć" o jednej z najbardziej poetyckich podróży literackich, z jakimi się zetknęłam - mówię o Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka. Stasiuk dzieli się refleksjami z podróży po miejscach, które chyba tylko Norman Davies nazwałby Europą. Trasa jego wędrówki wiedzie przez małe miasteczka Słowacji, Węgier, Albanii, Mołdawii, Rumunii... Nie jest to świat piękny, tętniący, barwny; refleksje snute przez autora w czasie podróży przepełnione są melancholią, tęsknotą za czymś stałym, za zakątkami, gdzie można się ukryć przed pędzącym światem. Takie miejsca Stasiuk odnalazł dla siebie - i odkrył je dla nas.

Jak powiem, że wrócę z kolejnymi recenzjami już wkrótce, to nikt mi nie uwierzy, co? W takim razie - nic nie powiem. Ale hasta la vista!
21:08, agawa79 , Inne
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3