stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | Film | Inne | Książka | Muzyka | Teatr
RSS
niedziela, 02 stycznia 2011
Down to the River to Pray

Wpis zainspirowany notką I-ry o muzyce bluegrass (przy okazji możecie sobie obadać, jak się skompromitowałam w komentarzach). ;) Zachęciła mnie do odświeżenia romansu ze ścieżką dźwiękową z filmu Bracie, gdzie jesteś? braci Cohen, na której można posłuchać i bluegrassa, i bluesa, i country, i nawet gospel. Znalazła się tam między innymi piękna tradycyjna pieśń Down to the River to Pray. Pogrzebałam po Youtube i znalazłam zatrzęsienie rozmaitych wykonań utworu.

Słodkim i pięknym mezzosopranem wyśpiewuje go Walijka Katherine Jenkins.

Panowie z King's Singers pokazują miękkie oblicze męskiej części ludzkości (wersja głównie do słuchania, do oglądania trochę mniej).

Niektórym wykonaniom kompletnie brakuje ducha, trochę jakby śpiewaczki nie wiedziały, o czym śpiewają (Francuzka milknie po około minucie). 

Inne wykonania zaś mają tyle ducha, energii i zaangażowania, że obdzieliłyby nimi kilka chórów, nawet tych bardziej profesjonalnych. 

Amatorskich wykonań pieśni na Youtube nie brakuje, większość jest, że się tak ordynarnie wyrażę, taka se, ale chciałabym wyróżnić dwa.

Dziewczyna w lekko zabałaganionej kuchni, nadającej pieśni lekko absurdalny wymiar, wie, jak używać głosu. Wyobrażacie sobie, między pieczeniem ciasta a myciem garów przeobraża się w Artystkę. A może po prostu jest Artystką piekącą ciasteczka i szorującą foremki. W każdym razie, wykonanie wyborne. (A do tego jakie piękne zęby).  

Przez tę rodzinkę spadły mi kapcie. Nieważne są słabe efekty wizualne, bez znaczenia kiepski dźwięk. Ot, siedzą sobie przy stole i po swojemu spędzają wolny czas, w dodatku, jak się wydaje, uważają to za coś zwyczajnego.

Pieśń Down to the River to Pray właściwie nie potrzebuje podkładu z instrumentów. Nie znaczy to jednak, że wszelkie elementy poza ludzkim głosem ją psują. Laila Biali zrobiła to na jazzowo. Dobrze zrobiła.

Czasami, bywa, piosenkarka próbuje być fajniejsza od piosenki. Tutaj Hayley Westenra próbuje przekonać publiczność, że jest fajniejsza niż Down to the River.

Na deser zostawiłam wykonanie kanoniczne (moim nieskromnym zdaniem, oczywiście). Gdyby anioły istniały, śpiewałyby właśnie tak, jak Alison Krauss. Z dużym prawdopodobieństwem tak również by wyglądały. To właśnie jej wykonanie znalazło się w filmie Cohenów. Dla Was mam wersję koncertową.

Enjoy!

PS Na koniec prywata nie mająca nic wspólnego z treścią notki. Szukam pomysłów/ inspiracji/ sposobów na to, jak jako taką umiejętność składania liter w słowa, a słów w zdania przerobić na źródło dochodu. Aha, oraz kopa w wiadomą część ciała, żebym się nie bała chociaż tego spróbować.

sobota, 04 grudnia 2010
Me, Myself & I, czyli przez uszy do nieba

Nie oglądam telewizji. Kilka lat temu wyłączyłam pudełko i spodobała mi się ta cisza. Nie, nie uważam, że telewizja to z założenia samo zło, tandeta i nic dobrego; jak każde medium TV to zbiorowisko śmieci, klejnotów i tego, co pomiędzy nimi. OK, nie jestem taka kryształowa i czasem - czasem! - prezentuję owo nieoglądanie jako przejaw mojej wyższości nad tymi, co oglądają, ale wyłącznie wówczas, kiedy tych oglądających nie lubię za coś całkiem innego. ;)

Raz lub dwa razy do roku robię jednakowoż wyjątek i przyklejam się do odbiornika, podporządkowuję plan dnia ramówce i biorę we władanie pilota. Bywa tak wtedy, kiedy w TVN dzieje się You Can Dance oraz wtedy, kiedy w TVN dzieje się Mam Talent, które nawet jeśli nie grzeszą wyrafinowaniem, to dostarczają rozrywki w czystej postaci.

YCD zesłabł był, zeszłoroczny MT zapisał się w mojej pamięci jako jeden z powodów do wzruszenia ramionami, tym większe było zatem moje zaskoczenie, kiedy przyszło mi powiększyć kolekcję wzruszeń nie ramiennych, ale tych, które obnażają bezwstydnie sentymentalną część mojej duszyczki. W chwili, kiedy zobaczyłam i usłyszałam zespół Me, Myself & I, w przyjemny sposób skamieniałam przed telewizorem, a jedyną poruszającą się częścią ciała była moja szczęka wędrująca w stronę podłogi.

Rzadko komu udaje się sztuczka przemienienia mnie w kamień. Janda to umie. McFerrin to umie. Małgorzacie Walewskiej się udało. Jopek jest w tym niezła. Kilka tygodni temu do tej wypasionej grupki dołączyli MM&I. Wystarczyło, że zrobili tak. Kiedy myślę o nich i o tym, jak narodzili się dla mnie, przychodzi mi na myśl obraz Boticellego "Narodziny Wenus", na którym dorosła, dojrzała, w pełni uformowana Wenus wynurza się z morskich fal. MM&I też mi się tak wynurzyli z fal eteru: jednego dnia nie miałam pojęcia o ich istnieniu, a drugiego pojawili się nie wiadomo skąd, dojrzali i uformowani w sam raz tak, żeby podbić moje uszy.

Pamiętacie moje pienia nad zaangażowanym bębniarzem podczas Sztuki Ulicy? MM&I są ze spokrewnionego gatunku. Owszem, nadają taki rodzaj muzyki, który idealnie się zestraja z moim rodzajem odbiornika, ale podoba mi się w nich coś więcej, niż tylko dźwięki. Kocham takich ludzi, którzy tworzą sztukę i tak ewidentnie upajają się tym co robią, że swoją radością i dobrą energią zarażają słuchaczy. Bije od nich pełnia życia, pewność siebie, żywa inteligencja. Kupuję to i zostaję tym kupiona.

Natomiast mazurek mnie wzruszył prawie do łez. Kibicuję im, jak mało komu. Wszystkiego dobrego!

sobota, 11 września 2010
Summertime na wiele głosów
W czasach mojej podstawówki wśród koleżanek i kolegów krążyły tak zwane "złote myśli". "Złote myśli" na pierwszej stronie zawierały zestaw pytań, na które wybrane osoby odpowiadały, po czym zaginały kartkę w trójkąt, naiwnie wierząc, że nikt prócz właściciela zeszytu nie przeczyta ich wyznań. (Moja siostra, na przykład, odkryła w ten sposób, że kocha się w niej sąsiad z czwartego piętra). Pytania miały charakter sondy, właściciel zeszytu oczekiwał, że wyspowiadamy mu się z takich tajemnic, jak ulubiony kolor czy ukochany zespół. Bywały pytania o ulubioną piosenkę - za nic nie mogę sobie przypomnieć, z jakich to inklinacji muzycznych zwierzałam się w tamtym czasie. Równie dobrze mogła to być Ewa Bem, Sandra albo Pink Floyd, a pod koniec podstawówki zapewne coś z repertuaru Iron Maiden, Kiss czy Megadeth. Dziś sama sobie zadaję pytanie o tę jedną, jedyną, najukochańszą piosenkę - i chyba mam liderkę. To melodia, do której wracam od lat, która mnie koi i zagłębia w pogodnej beztrosce. Panie i panowie, oto Summertime. Skomponowana przez Gershwina jako część opery Porgy and Bess, ze słowami Edwina DuBose'a Heywarda, doczekała się, jeśli wierzyć Wikipedii, 15 000 różnych wersji nagrania, co skłania mnie do refleksji, że w moich upodobaniach muzycznych jestem niezbyt oryginalna.

Dlaczego wspominam dziś tę piosenkę? Cóż, odezwała się we mnie tęsknota za latem, za tymi złoto-niebieskimi dniami wypełnionymi niespiesznym delektowaniem się spokojem, dostatkiem, śmiechem bliskich; pachnącymi sosnowym lasem i trzciną przy brzegu jeziora. Poza tym, że tak sobie zejdę na ziemię, jest mi upiornie zimno, więc eskapistycznie urządzam sobie prywatny festiwal rozmaitych wykonań Summertime i udaję, że to wcale nie ja marznę, że nie do mnie należą fioletowo-sine stopy i zatkany nos, a za oknem nie ma tej całkiem niestety udanej podróby listopada.

Mahalia Jackson. Śpiewa to trochę tak, jak ideał babci śpiewałby kołysankę. Przy takiej babci można czuć się bezpiecznie.

Mica Paris. Kawał głosu, trochę brak jej subtelności. Smutna i poważna mina nieznającym angielskiego mogłaby zasugerować, że to pieśń żałobna. Niemniej, to wykonanie całkiem lubię.

Cecily Nall. Wersja najbardziej zbliżona do tej, jaką słyszałam na żywo. Dwa lata temu w Teatrze Wielkim pierwszy raz po pięćdziesięciu latach przerwy można było zobaczyć operę Porgy and Bess, w wykonaniu zespołu z Nowego Jorku. Pamiętam, że nie zdążyłam na czas przyjechać z pracy i do teatru pojechałam ubrana zupełnie nie "po operowemu" - moja sukienka w krateczkę do złudzenia przypominała fartuchy rybaków występujących na scenie. W antrakcie krytycznym wzrokiem zmierzyła mnie sama Janina Paradowska.

Miles Davis. Dla tych, którzy nie lubią, jak im brzmienie ludzkiego głosu zagłusza instrument.

Billie Holliday. Jak ją wielbię, tak tego wykonania nie wybaczę. Dokąd jej się tak spieszy? Przecież lato jest, odpoczywa się!

Jill Scott & George Benson. Z uśmiechem, z humorem. Relaksująco.

Eva Cassidy. Pamiętacie nieudany romans Sary (tej, która miała chorego brata, wydzwaniającego do niej co pięć minut) i Karla (enigmatic chief designer) z filmu
Love Actually? Kiedy pierwszy raz poszli do łóżka, w głowie Sary brzmiała piosenka Songbird, śpiewana właśnie przez Evę Cassidy. Tutaj umieszczam subtelne wykonanie Summertime
.

Leona Lewis. Młoda zdolna. Nagrała potem płytę lub dwie, ale, jak często w takich przypadkach bywa, młodą zdolną zmarnowano w kiepskiej jakości repertuarze. Tłumy szaleją mimo to.

Rita Reys. Ni mnie ziębi, ni grzeje, ale może ktoś zagustuje.

Sarah Vaughan. Przepiękna, ciepła wersja. Płynne złoto w gardle.

Ella Fitzgerald & Satchmo, czyli posłuchajcie sami, dlaczego tak bardzo pokochałam tę piosenkę. Są razem doskonali, nie ma tam ani jednego fałszywego tonu, ani jednego zbędnego dźwięku. Ideał. Oraz ciarki na plecach za każdym razem.

Janis Joplin. Zawsze chciałam to publicznie ogłosić, ale nie miałam okazji. Zrobię to teraz. Nie cierpię Janis Joplin i nie rozumiem jej fenomenu. Słuchanie jej jest równie przyjemne co - tak sobie przynajmniej wyobrażam - łykanie papieru ściernego. Wersja dla masochistów. Ciekawe, komu się właśnie naraziłam. I czy ktoś dotrwał do końca, żeby te bluźnierstwa przeczytać. ;)
czwartek, 02 września 2010
McFerrin - Chopin
Dziesięć lat temu z górką, będąc młodą studentką (anglistyki, gdyby to kogoś interesowało), zaprzyjaźniłam się przez raczkujący wówczas w Polsce internet z pewnym inżynierem o nicku Tetryk. Po Tetryku dziś zostały mi wspomnienia burzliwych dyskusji online, setki kilometrowych maili, kilka pocztówek (w tym jedna z Korei), parę książek, płyt oraz miłość do Bobby'ego McFerrina. To Tetryk wprowadził mnie w świat tego utalentowanego wokalisty, za co będę mu dozgonnie wdzięczna.

McFerrin najbardziej znany jest z ogranego do granic możliwości utworu Don't worry, be happy - kiedy to słyszę, przenika mnie dreszcz i bynajmniej nie jest to dreszcz rozkoszy. Piłowany cyklicznie w mediach kawałek jest mało reprezentatywny dla repertuaru McFerrina. Bo Bobby to nie tylko wesołe pioseneczki śpiewane a capella, ale cały wachlarz różnych stylów, od jazzu przez elementy folku, gospel, po chorały i klasykę. Obdarzony głosem - orkiestrą muzyk od lat nazywany jest przeze mnie ulubionym wokalistą. Nie wiem doprawdy, czemu tak długo zwlekałam z wybraniem się na jego koncert. Być może bałam się konfrontacji wyobrażeń oraz cudzych zachwytów z rzeczywistością.

Strach ten zresztą okazał się całkiem bezpodstawny.

17 sierpnia w ramach festiwalu Chopin i jego Europa Bobby McFerrin zaśpiewał w Sali Kongresowej. Chopina zaśpiewał, umówmy się, że tak było. Nie, nie mówię tego z pretensją ani zastrzeżeniem. Ale był to Chopin we wcieleniu zaskakującym, Chopin niepodobny do samego siebie. McFerrin robiący Chopina przypomina kogoś, kto maksymalnie rozciąga gumę i sprawdza, w którym momencie trzaśnie. Mcferrinowskie wydanie kompozytora przypomina nieco Chopina, aczkolwiek pozostaje na granicy rozpoznawalności. Ten cały jazz, ten beatbox, te perkusje - Chopin to jeszcze czy nie Chopin? Nawet jeśli koło Chopina muzyka z koncertu stała tylko przez chwilę, to nie zmienia to faktu, że przedstawienie było przednie. McFerrin sobie śpiewał, NDR Big Band sobie grali, z werwą i przytupem, a publika chłonęła całość jak zaczarowana (lub z głupawym uśmiechem na twarzy, jak to się zdarzyło niżej podpisanej). W roli wisienek na torcie wystąpiły Anna Maria Jopek i Urszula Dudziak, które sobie weszły na scenę, żeby poimprowizować razem z McFerrinem. Obie panie trochę podkradły show naszej gwieździe - chociaż możliwe, że w swej skromności gwiazda ustąpiła firmamentu i odsunęła się na bok, w bardzo ewidentnym zresztą podziwie dla umiejętności koleżanek.

Prawdziwe czary działy się tego wieczoru na scenie, istne szamaństwo - oto po góra dwudziestu minutach okazało się, że minęły dwie godziny i pora zbierać się do domu. Do następnego!
czwartek, 22 kwietnia 2010
"Różyczka", a właściwie sam jej koniec
Nie spodziewałabym się, że film, który robił na mnie wrażenie, póki trwał, tak szybko ze mnie wyparuje. W związku z czym recenzji nie będzie poza krótkim "oglądable". Zapamiętałam właściwie tylko końcowy motyw muzyczny, niestety jego źródło wyleciało mi z pamięci niemal równie szybko, co treść Różyczki.



Dziś sobie przypomniałam, skąd to znam. Moja radość była tak wielka, że zdążyłam wysłuchać tej melodii ze dwadzieścia razy. Dobra, wiem, ckliwa jest. Kiczowata z lekka. Ale co ja poradzę, że mnie wzięło i trzyma.

Michał Lorenc złapał mnie tym:
(obrazki nieważne)

piątek, 29 stycznia 2010
Folk na Łotwie

Z braku weny do pisania o Tartuffie i jednocześnie wiedziona niechęcią do świecenia blogopustkami przez okres dłuższy niż kilka dni wstawiam (mam nadzieję, że wstawiam) video z festiwalu folkowego na Łotwie. Łotwa jest jedynym - a na pewno jednym z nielicznych - krajem w Europie, gdzie muzyka ludowa jest ciągle żywa. Połowa Łotyszy śpiewa w chórze, każdy z nich zna setki pieśni. Nie dziwię się, że chcą się tych pieśni uczyć, skoro one tak brzmią. :) Na video widać ogromny tłum śpiewaków. Początkowo sądziłam, że to publiczność, a tymczasem okazuje się, że to chór. Niezły chór, co?
środa, 16 grudnia 2009
Dawno temu w Betlejem

Z cyklu: wyciągamy na wierzch starocie.

Annę Marię Jopek po raz pierwszy zobaczyłam i usłyszałam sto lat temu w jakimś programie TV o muzyce. Było to jeszcze przed ukazaniem się jej debiutanckiego albumu Ale jestem - AMJ zaśpiewała w rzeczonym programie jeden czy dwa jazzowe kawałki i mówiła, że niedługo wyda płytę. Zapamiętałam sobie dobrze jej miękki głos i właściwie z marszu zostałam jej fanką. Ale jestem trochę mnie rozczarowało jako mało jazzowe, ale też i pozytywnie zaskoczyło obecnością nawiązań do folkloru i wokalnymi możliwościami AMJ. Od tamtej pory poznałam wiele muzycznych wydań wokalistki i w każdym znalazłam coś pociągającego.

Niedawno, żeby odizolować się od wszechobecnych Last Christmas i Mistletoe and Wine (przeciw którym nic nie mam, ale na litość boską, proszę mi tego nie serwować w takich końskich dawkach), wrzuciłam do odtwarzacza Dzisiaj z Betlejem, czyli kolędy w wykonaniu Anny Marii Jopek, nagrane w 1999 roku. Jazzowe interpretacje znanych w Polsce od lat pieśni, folkowe aranżacje, nawiązania do muzyki organowej i najradośniejszych kompozycji Gershwina - te elementy tworzą zjawisko łączące w sobie wszystko, co kocham w muzyce. Płyta jest na tyle "nieortodoksyjna", że nie nadaje się raczej do roli podkładu pod rodzinne kolędowanie przy śledziu i makowcu, ale od tego wszak mamy nieśmiertelne nagrania Mazowsza. Wykonania kolęd przez AMJ wydobywają je z sentymentalnej XIX-wiecznej estetyki i przekształcają dawne pieśni w utwory atrakcyjne dla współczesnego słuchacza.

Jak w każdym dotychczasowym wcieleniu, tak i w albumie Dzisiaj z Betlejem głos AMJ zaprasza do rozpłynięcia się w nim. Muszę w tym miejscu dać upust swoim spożywczym skojarzeniom: gdyby wokal AMJ porównać do czegoś do zjedzenia, to powiedziałabym, że przypomina on lekko scukrzony miód gryczany - ciemny, słodki, ale o cierpkim i szorstkawym posmaku; o jednolitej fakturze z niespodziankami w postaci ostrzejszych drobinek. I jak ten miód można jeść łyżkami, tak głosu Anny Marii Jopek można słuchać wciąż i wciąż, bez znużenia.

poniedziałek, 23 listopada 2009
Listopadowo

Na listopad zawsze czekałam z utęsknieniem.

Po letniej wegetacji, kiedy żar lał się z nieba jak dzień długi, a duszne noce nie pozwalały spać, obietnica nadejścia listopada była jak czekanie na wyzwolenie. Uwielbiałam listopad z jego mroczną aurą, rześkością poranków, intrygująco szarym kolorytem.

Niestety zeszłoroczny listopad przyszedł jakby odmieniony, smutny i niedobry. W tym roku natomiast listopad pokazał swoją prawdziwą twarz. Jest ohydny. Paskudny, wysysający energię, dołujący. Nie znoszę jego aury, a i listopad za mną nie przepada, skoro przyniósł ze sobą dławiące poczucie bezcelowości i bezużyteczności. Wiem, że to minie wraz z jesienią, a najpóźniej z odejściem zimy, ale póki trwa - jest okropnie.

Na ten ponury nastrój znalazłam jednak coś w rodzaju zagłuszacza. Zagłuszacz nie sprawi, że listopad z przygnębiającym brakiem słońca zniknie zza okna, ale na pewno pozwoli na małą ucieczkę od ponurego nastroju.

W 1997 roku Bobby McFerrin  wraz z 12 gośćmi nagrał album Circlesongs. Śpiewane a capella utwory nawiązują do muzyki sakralnej, śpiewu chorałowego, Bacha, folkloru afrykańskiego. Gdyby optymizm występował w postaci dźwięków, to byłby właśnie tą płytą. Z każdego utworu emanuje radość życia i tworzenia. Absolutnie niepowtarzalne zjawisko.

PS Chłopaki z Audiofeels, słuchajcie, zazdrośćcie i uczcie się.

wtorek, 10 listopada 2009
Koncertowo

Utworzyłam na blogu osobną kategorię dla muzyki i jakoś świeci pustkami, czas to zmienić.

Zacznę od tego, że koncertowo ten rok był bardzo ubogi.

Przed samą Wielkanocą wysłuchałam dwóch koncertów w ramach Festiwalu Pasyjnego. Pierwszy to były renesansowe pieśni wielkopostne, bardzo udany koncert. Drugi to prawdziwa rewelacja - pieśni pasyjne Bacha, ze śpiewającą jak anioł sopranistką (niestety zgubiłam program, a nie pamiętam nazwiska) i Tytusem Wojnowiczem na moim ulubionym instrumencie.

Trzy razy zaliczyłam Dancing w Polonii (nie mogłam się oprzeć), w Norwegii widziałam koncert z okazji zakończenia sezonu łacińskiego w bergeńskiej filharmonii (trochę dziwaczny, acz niebanalny, będę o nim pisać), dwa razy wysłuchałam Chopina w Łazienkach, we wrześniu poszłam na koncert Krystyny Jandy Piosenki z teatru - i tyle, nawet na Jazz na starówce w tym roku się nie wybrałam. Pod koniec kwietnia wpadłyśmy z koleżanką na pomysł, że można by się wybrać na listopadowy koncert Diany Krall w Sali Kongresowej, ale już wtedy dostępne były jedynie bilety po 400 i 500 zł - troszeńkę jakby za dużo, jak za jeden wieczór.

Powspominam sobie za to Piosenki. Z tym koncertem Janda jeździ po całej Polsce, ale dość rzadko jest on grany w Warszawie, więc popędziłam do jej teatru, jak tylko nadarzyła się okazja (a nadarzyła się we wrześniu).

Bosko było. Spektakl wystylizowany jest tak, że widz czuje się, jakby został zaproszony do domu aktorki. Może to i rezultat sprytnej reżyserii, ale wszystko to wypada bardzo sympatycznie i jakoś tak naturalnie, że człowiek zapomina, ile wybulił za bilet. Krystyna Janda siedzi sobie na krześle otoczona zespołem muzyków, opowiada widzom anegdotki związane z każdą piosenką, dzieli się refleksjami o teatrze i śpiewa wprowadzając mózgi zebranych w rozkoszne wibracje. Aha, i ładnie wygląda.

Piosenki z teatru przywołują duchy przeszłości teatralnej. Biała bluzka Agnieszki Osieckiej, Kobieta zawiedziona Simone de Beauvoir i Marlena Pam Gems to spektakle, których Janda już nigdy nie zagra, więc jeśli ktoś nie miał okazji ich zobaczyć, ten koncert da mu pewną namiastkę tego, czym były i pozna kontekst, w jakim oryginalnie wykonywano piosenki. Wreszcie dowiedziałam się, o czym jest piosenka Jest fantastycznie. Sądziłam, że to słodko-gorzka pochwała niezobowiązującej miłości, a tymczasem w ten sposób żona manifestowała radość, kiedy mąż na dwa dni wrócił od kochanki. Dla siebie odkryłam Wariatkę. Ten utwór nigdy nie należał do moich najulubieńszych, ale jak mi to Janda zaśpiewała z tak bliska, prawie w twarz, jak ryknęła bez ostrzeżenia Ale szum, ale tłum, to mnie dosłownie wprasowało w fotel. Może sobie Janda uważać, że nie umie śpiewać, ale doskonała technika to za mało, żeby złapać za serce publiczność, zwłaszcza publiczność tak marudną jak ja. Potrzeba pewnej autentyczności w tym, co się robi, a Janda śpiewająca jest bardzo prawdziwa, przekonująca i poruszająca.

Piosenki z teatru to nie tylko wysokie C. Jeden z najweselszych momentów wieczoru to parodie Marleny Dietrich. Parodie, dodam, bardzo dobroduszne, podszyte podziwem Jandy dla Marleny. Janda robi miny i modeluje głos, a publiczność pokłada się ze śmiechu.

Marzy mi się płyta z tego koncertu, nagrana kiedyś w Trójce. Niestety, wydano ograniczoną liczbę egzemplarzy, po czym okazało się, że z powodu zawirowań wokół tłumaczenia jednej z piosenek wydawanie Jandy w Trójce musi zostać zawieszone. Szkoda.

środa, 01 kwietnia 2009
Dancing

Zdarza się czasem, że zaczynamy słuchać płyty, potem wysłuchujemy jej po raz drugi, trzeci, czwarty... i okazuje się, że jakaś muzyka nas opętała. Nie możemy przestać. Włączamy płytę znowu i znowu.

Pierwszy raz takie, powiedzmy sobie szczerze, histeryczne uwielbienie dla muzyki zdarzyło mi się trzynaście lat temu, kiedy jako nastolatka odkryłam Ewę Demarczyk. Słuchałam jej na okrągło, w dzień, w nocy, przed szkołą, po szkole, w dni powszednie i w święta. Słuchałam i nie mogłam się uwolnić od głosu Demarczyk, od jej na poły żywiołowych, na poły melancholijnych interpretacji wierszy. Słuchałam w zachwycie absolutnym.

Czas mijał, z nastoletniej egzaltacji wyrosłam, i nie sądziłam, że kiedyś jeszcze jakaś muzyka opęta mnie jak za czasów młodzieńczego bezwarunkowego zachwytu.

Jak bardzo się myliłam.

Z okazji trzydziestych urodzin teściowa uszczęśliwiła mnie (choć sądziłam, że raczej "uszczęśliwiła") biletem do teatru Polonia na spektakl "Dancing". Uprzejmie podziękowałam, ale na przedstawienie poszłam bez entuzjazmu. Krystyna Janda była mi do tej pory raczej obojętna, nawet trochę mnie drażniła. Czym - dziś nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Nie znałam właściwie wcale jej dokonań poza kilkoma migawkami na ekranie, widziałam ją jedynie w "Człowieku z żelaza" i reklamach.

Kiedy spektakl się zaczął, siedziałam w fotelu z nastawieniem dość negatywnym i myślałam sobie, że można wieczór spędzić ciekawiej. Po pierwszym tańcu "cietrzewi - profesjonalistów" stwierdziłam, że może nie będzie to najgorszy show w życiu, przynajmniej nacieszę oczy widokiem giętkich ciał tancerzy. Muzyka, do której tańczyli, wpisywała się w moje ulubione pejzaże, więc pomyślałam, że da się wysiedzieć do końca.

A potem nastąpił moment, w którym odkryłam Krystynę Jandę jako wokalistkę i mój sceptyczny stosunek do niej wykonał obrót o równe 180 stopni. Zaśpiewała potężnym głosem, a mnie ciarki przeszły po plecach. I przechodziły tamtędy wielokrotnie podczas spektaklu. Wystarczyło jej kilkadziesiąt sekund, żeby zdobyć moje opierające się serce. Nie przesadzam ani trochę pisząc, że śpiewająca Krystyna Janda to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie widziałam i słyszałam.

"Dancing" opowiada o tancerce, która próbuje oszukać nienawidzące ją szczęście, choćby przez jeden dzień. Wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej układają się w historię o szukaniu miłości, jej utracie, smutku, żalu; o walce z czasem i przemijaniu. Janda mnie zahipnotyzowała swoim śpiewem. Zauroczyła - i prawdziwie wzruszyła. Po skończonym spektaklu (a koniec przyszedł za szybko, o wiele za szybko!) miałam ochotę się przed nią pokłonić i powiedzieć, jaka jest wielka. Żal było opuszczać teatr, chciałam, żeby kurtyna rozsunęła się ponownie i żeby przedstawienie zaczęło się od nowa.

Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że zapis "Dancingu" ukazał się na płycie. Ogarnęło mnie podobne szaleństwo muzyczne, co dawno temu przy Ewie Demarczyk. Słucham tej płyty wciąż i nie mogę przestać. Mocny, trochę szorstki, a trochę rozpaczliwy głos Krystyny Jandy mnie uzależnił. Ciągle włączam "Dancing" i w wyobraźni przenoszę się do teatru, a pieśniarka na nowo porywa mnie do swojego świata.